Gdy stanąłem na scenie byłem tak szczęśliwy, że zapomniałem o całym strachu. Nie pamiętałem już o tym, że przecież za niedługo ojciec dowie się o wszystkim, o tym, że profesor Keating pozna w końcu prawdę, o tym, że konsekwencje będą straszne. Grałem, po prostu grałem. W końcu mogłem robić to, co chciałem, co kochałem. To aktorstwo było moim przeznaczeniem i jedynym sposobem do osiągnięcia szczęścia. Byłem chyba świadomy, że dzięki ojcu może to być mój ostatni występ w życiu i to chyba właśnie ta świadomość kazała mi po prostu zapomnieć o konsekwencjach i pozwolić unieść się poezji na jej ogromnych i jakże pięknych skrzydłach. Pojąłem, że wszystkie próby, które mieliśmy, były tylko cząstką radości, jaka może mnie spotkać dzięki aktorstwu. Całość odkryłem dopiero podczas tego występu, gdy wszyscy mogli zobaczyć piękno sztuki. Zobaczyć, a może nawet, dzięki naszej grze ją pokochać? Pomimo takiej wielkiej plątaniny myśli, które kłębiły się w mojej głowie nie myliłem się, wręcz przeciwnie, było jeszcze lepiej, jeszcze wspanialej niż na próbach. Gdy schodziłem, by przygotować się do następnego aktu, rzuciłem ukradkiem okiem na moich przyjaciół. Byli szczęśliwi, tak jak ja. I krzyczeli, wiwatowali na moją cześć. Nawet Todd. Kto by pomyślał, że taki cichy i skryty chłopak potrafi tak głośno krzyczeć? Pomimo wielkiego zgiełku mogłem bez problemu rozróżnić wypowiedziane przez niego słowa: "Jesteś najlepszy Neil, oby tak dalej!". Serce mnie ścisnęło, kiedy to usłyszałem, nie miałem jednak czasu, by to rozpamiętywać, za chwilę miał się zacząć drugi akt...