Gdy stanąłem na scenie byłem tak szczęśliwy, że zapomniałem o całym strachu. Nie pamiętałem już o tym, że przecież za niedługo ojciec dowie się o wszystkim, o tym, że profesor Keating pozna w końcu prawdę, o tym, że konsekwencje będą straszne. Grałem, po prostu grałem. W końcu mogłem robić to, co chciałem, co kochałem. To aktorstwo było moim przeznaczeniem i jedynym sposobem do osiągnięcia szczęścia. Byłem chyba świadomy, że dzięki ojcu może to być mój ostatni występ w życiu i to chyba właśnie ta świadomość kazała mi po prostu zapomnieć o konsekwencjach i pozwolić unieść się poezji na jej ogromnych i jakże pięknych skrzydłach. Pojąłem, że wszystkie próby, które mieliśmy, były tylko cząstką radości, jaka może mnie spotkać dzięki aktorstwu. Całość odkryłem dopiero podczas tego występu, gdy wszyscy mogli zobaczyć piękno sztuki. Zobaczyć, a może nawet, dzięki naszej grze ją pokochać? Pomimo takiej wielkiej plątaniny myśli, które kłębiły się w mojej głowie nie myliłem się, wręcz przeciwnie, było jeszcze...