Historia miłości Róży i mojej zaczyna się dość nietypowo. Jej ziarenko dotarło na moją planetę nie wiadomo skąd. Od początku wzbudziła ona we mnie wielkie zainteresowanie, a szczególnie wtedy, gdy krzak zaczynał rosnąć. Bacznie obserwowałem ten pęd. Byłem bardzo ciekawy, czy to nowy gatunek baobabu, które licznie porastały moją planetę,czy też zupełnie coś innego. Czułem, że wykwitnie z niego coś wspaniałego i cudownego! Szybo zaczął się formować w kwiat, starannie dobierał barwy. Ubierał się wolno, dopasowywał płatki jeden do drugiego. Nie mogłem się doczekać, kiedy pokaże całe swoje piękno. Aż pewnego dnia o wschodzie słońca ukazała się Róża. Nie umiałem nadziwić się jej wyglądem. Wyglądała wspaniale, inaczej niż baobaby i dlatego tak bardzo mi się spodobała. Prowadziliśmy liczne rozmowy w których doświadczałem na przemian uczucia smutku, żalu, złości, a nade wszystko bezradności. Była dumna, świadoma swojej urody i czaru. Zachowywała się jak kobieta- kapryśna, wymagająca troski i opieki. Róża była pewna swojego piękna, nie umiała docenić mojej pomocy, tego jak się nią opiekowałem, jak przykrywałem ja kloszem i podlewałem. Wpędzała mnie w poczucie winy i sprawiała mi ból. Dlatego przestałem jej wierzyć, byłem nieszczęśliwy. Po prostu była za bardzo skomplikowana i nie umiałem jej zaufać. Postanowiłem więc opuścić swoją planetę i zostawić ją samą. W swojej wędrówce wiele...