Drogi rówieśniku, kiedy w niedzielę rano zmierzasz do kościoła, czy masz jakieś myśli, które Ci wtedy towarzyszą? Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy może lepiej zamiast do kościoła iść się gdzieś przejść? Czy w czasie następnej mszy, przechodząc przez teren kościoła widziszmłodzież, która nie uczestniczy we Mszy, tylko krąży tam bez celu i udaje, że jej tam nie ma? Nie? To ciesz się. Jeżeli na postawione wyżej pytania odpowiedziałeś twierdząco wiedz, że właśnie tak zaczyna się kryzys wiary. Czy kiedyś byłeś tak zmęczony, że darowałeś sobie poranną bądź wieczorną modlitwę? Następnego dnia również i kolejnego i tak przez tydzień, dwa, miesiąc… Aż nagle uświadamiasz sobie, że nie klęczałeś przez obrazem świętych w pokorze już od lat? Tak, to jest kryzys wiary. Lecz czy samo zaniedbywanie obowiązków chrześcijańskich jest kryzysem wiary? Nie.

W wyżej postawionych pytaniach chciałam zwrócić uwagę czytającego na jedną z głównych przyczyn kryzysu wiary – tzw. „nie chce mi się”, co najprościej można nazwać lenistwem.

Czy lenistwo jest jedyną przyczyną kryzysu? Nie. Jest jeszcze między innymiokres dojrzewanie. Jest to okres buntu przeciwko zastanej rzeczywistości. Co za tym idzie, często nie zgadzamy się z tym co się dzieje wokół nas. Nie akceptujemy innego zdania, niż nasze własne. Jesteśmy skupieni na naszej własnej opinii. Doskonałym przykładem może być odmienna opinia co do słów, które słyszymy na kazaniu w kościele. Nie zgadzamy się ze słowami księdza, czujemy się skrzywdzeni przez kapłana, który je głosi. To działa jak efekt kostek domino: bunt – ksiądz- kościół – Bóg. Już Tłumaczę: bunt młodzieńczy wpływa na brak akceptacji odmiennych opinii. Brak zrozumienia naszych myśli. Zawęża horyzonty. Zsyła zaćmienie na umysł. Ksiądz głoszący odmienną opinię podlega kościołowi, natomiast Kościół to Dom Boży. Wszystko się łączy. Ksiądz krytycznie wypowie się o czymś co nas interesuje, za długo będzie mówił w czasie ogłoszeń i to już wystarczy by pomyśleć „nie lubię go, nie będę chodził na Msze Święte.” Zapominamy tylko o jednym małym szczególe, że do kościoła nie chodzimy dla księdza, tylko dla Pana Jezusa. Do przyczyn kryzysu może się również przyczynić nacisk środowiska. Człowiek od dziecka wychowywany w wierze katolickiej po jakimś czasie odkryje, że ta wiara jest w nim zakorzeniona odkąd tylko pamięta… albo po jakimś czasie zorientuje się, że to rodzice karzą mu chodzić do kościoła, modlić się i uczęszczać na Mszę Świętą. Wciągu tego całego „zmuszania” dorośli przestają być autorytetem. Zaślepieni miłością rodzice nie zauważają, że ich pociecha jest już pełnoletnia i ma prawo decydować o swoim życiu. Zadecydować o tym w co wierzy i czym chce się kierować w życiu. Najprościej ujmując – chce zdobyć jakieś doświadczenie życiowe. Może ono być bardzo dobre, może to być jakiś sukces, ale równie dobrze, może to być porażka życiowa, którą zapamięta na całe życie. Sens tkwi w tym, że to będzie jego. Nikt mu tego nie zabierze i to on wyciągnie najlepsze dla siebie wnioski. W ciągu całej naszej młodości, poglądy na poszczególne sprawy ulegają drastycznym zmianom. Nie wiadomo kiedy zaprzyjaźniamy się z ateistami, przed którymi tak przestrzegali nas rodzice. W takiej znajomości temat wiary, jest tematem tabu. Ty wierzysz, on nie. Koniec. Brnąc w tę przyjaźń, nie zauważasz, że przejmujesz pewne nawyki od niewierzącego kolegi. Zmieniają się twoje uczucia do Boga. Widzisz, że skoro ateista żyje i ma się dobrze nie odmawiając modlitwy, nie chodząc na Mszę, to czemu mam być gorszy? Dlaczego mam marnować czas w kościele, z ludźmi, którzy są moimi braćmi, siostrami, a nawet się nie znamy? To są jedne z tych pytań, na które trudno jest odpowiedzieć. Aby chociażby spróbować zadać sobie trud odpowiedzi, musimy dowiedzieć się dlaczego ludzie wierzą. Zacznijmy od tego, że wierzących dzielimy na trzy grupy: wierzących niepraktykujących, na wierzących praktykujących dla Boga i na wierzących praktykujących w strachu przed gniewem Bożym. Ostatnia grupa jest grupą dość powszechną. Można śmiało powiedzieć, że ponad połowa wierzących zalicza się do tego rodzaju wyznawców. Osobiście uważam, że ta grupa jest najgorsza. Oszukują samych siebie, a na pytanie „wierzysz?” odpowiadają twierdząco. Wiara jest bezwzględnie połączona z sumieniem człowieka. Sumienie to wewnętrzny głos Boga, mówiący nam co jest dobre, a co złe. Czy nie czują, żadnego ukłucia w sercu? Nie mogę ich słów nazwać kłamstwem, bo może się okazać, że tylko na chwilkę zboczyli na ścieżkę zła.

Najgorsze jest jednak posądzanie Boga o to, że nie pomógł. „Boże dlaczego do tego dopuściłeś? Co on Ci zrobił?!” – ludzie wypowiadają te pytania w szalonej nienawiści do Stwórcy. Nie zastanawiają się nawet, jak wielkie cierpienie mógł im zaoszczędzić. Z tą sytuacją kojarzy mi się jeden obrazek, który kiedyś znalazłam na stronie internetowej. Powiedzmy, że był sobie Jasio, który poprosił Boga w modlitwie, aby nic mu się złego nie przytrafiło. Idzie sobie i nagle dostaje kamieniem w głowę. Odwraca się za siebie i przez łzy krzyczy „Boże dlaczego?!”. Gdy otwiera oczy dostrzega Pana Jezusa, który stoi przed nim jak mur i w jego klatkę piersiową uderzają ogromne głazy. Mówi: nic Ci nie jest? Jeden odłamek mógł mi odlecieć. Cała anegdotka polega na wielkości kamieni. Jaś dostał w głowę małym kamyczkiem, a wszystkie wielkie głazy, które mogły go skrzywdzić, były blokowane przez Pana Jezusa. Za każdym razem jak widzę ten obrazem, to coś mi drga w sercu. Czy nie możemy tego przełożyć na nasze życie? Pan Bóg nas kocha, więc dlaczego chciałby nas skrzywdzić? Bóg stara się oszczędzić nam jak najwięcej cierpienia. Doceńmy go chociaż raz, a nie popadajmy w kryzys. Aby zwalczyć nasz kryzys wiary zadajmy sobie podstawowe pytanie – wierzę? Pamiętaj, że jeżeli twoja odpowiedź nie określi się w przedziale tak/nie, to wcale nie znaczy, że coś jest nie tak z twoją wiarą. Pamiętaj, że nic na siłę. Trudno jest odpowiedzieć od razu. Jestem bardziej niż pewna, że nie jeden człowiek zastanowi się nad swoją wiarą, gdy ktoś zada mu takie pytanie. Musisz poszukiwać prawdy, nie zachowuj się jak niewierny Tomasz i nie przyjmuj filozofii „nie uwierzę póki nie zobaczę”. Nie tędy droga. Nawet nie droga. Dróżką do poznanie Boga jest poznanie siebie. Zobaczenie co się straci, gdy nie będzie się wierzyć. Mówiąc o straceniu czegoś, nie miałam na myśli, tego co powinnam. Automatycznie pomyślałam o możliwości rozmowy z Bogiem poprzez codzienna modlitwę. Powiedzenie o tym co cię martwi, pomilczenie przez obrazem Jezusa Chrystusa, podziękowanie za miniony dzień, złożenie swoich próśb. Oczywiście modlitwy bez próśb są najpiękniejsze. Pewnie myślisz: jak to? Mam się modlić i nie prosić? Bóg jest od tego by mnie wysłuchać! Tak. Oczywiście masz racje. Bóg Cię wysłucha. Ale w odpowiednim czasie. Pamiętaj, że nie tylko ty składasz prośbę np. o chłopaka, o miłość, o to byś jutro w autobusie nie spotkał kogoś, kogo nie lubisz. Daj Panu Bogu jeden dzień wolnego, by mógł spełnić prośby innych. Wielu ludzi prosi o zdrowie – a teraz sam/sama przyznaj, że zdrowie jest ważniejsze, niż nowy chłopak.

Jak wspomniałam poszukuj prawdy. Poszukuj jej w zgodzie ze swoim sumieniem. Poznaj ludzi, których świadectwa wydadzą Ci się najwiarygodniejsze. Zapisz się do grupy – nawet internetowej – gdzie twoi rówieśnicy maja takie same problemy jak ty.

Ważnym zaznaczenia wydaje mi się fakt, iż wiele nastolatków deklarujących, że ma problemy z wiarą, a nawet nieświadomie czyni znak krzyża przed kapliczką, nosi medalik, krzyżyk na szyi, czy nawet staje w obronie religii i wiary, gdy ktoś miesza ją z błotem. Czyniąc te wszystkie znaki wiary, myślisz, że przez niechodzenie do kościoła Bóg Cię potępi? Nie kocha Cię? Nie. Wbrew pozorom pokazujesz, że twoja wiara jest bardzo głęboka, tylko zboczyła z dobrze obranej ścieżki, prowadzącej do zbawienia. Pamiętaj, że nigdy nie jest za późno. Bóg zawsze czeka na swoje zbłąkane owieczki. Staraj się poznać Boga, czytając Pismo Święte. Słuchaj ludzi głoszących Słowo Boże. Nadal nie lubisz kapłanów? Żaden problem. Porozmawiaj z katechetą. Siostrą zakonną… z rodzicami. Też byli w twoim wieku i jestem pewna, że Cię zrozumieją. Zapamiętaj tylko jedno – poznawanie Boga jest jak maraton kolarski. Najpierw musisz zaopatrzyć się w rower, następnie nauczyć się na nim jeździć. Gdy załapiesz podstawy, zaczniesz jeździć raz dziennie, dwa razy, cztery, aż pewnego dnia zaczniesz to robić codziennie z wprawą i niespotykaną przyjemnością. Zaczniesz czerpać z tego radość. Radość to szczęście, a szczęście wywołuje uśmiech na twarzy. Na tym świecie nie ma nic piękniejszego niż szczery, niewymuszony uśmiech.