Powieść Zofii Nałkowskiej pt. Granica została wydana w 1935 roku. Autorka współpraco­wała wówczas z grupą literacką „Przedmieście" i w związku z tym chętnie podejmowała w swych utworach problematykę społeczno-obyczajową. Granica jest najbardziej dojrzałym utwo­rem Nałkowskiej, w którym autorce udało się zbudować doskonałe portrety psychologiczne przedstawionych postaci.

Główny bohater, Zenon Ziembiewicz, został ukazany w utworze jako mąż i kochanek, lecz my, postaramy się prześledzić dzieje Zenona, jego kolejne ustępstwa i towarzyszące im samooceny.

Zenon Ziembiewicz wywodził się z rodziny zubożałej szlachty. Po ukończeniu gimnazjum wyjechał do Paryża na studia. Tam ukształtował się jego światopogląd i Zenon miał jasno okre­ślony cel -pragnął rzeczy bardzo prostej: żyć uczciwie. Jego program naprawdę był minimal­ny. To przekonanie umacniało się w nim podczas wakacyjnych pobytów w Boleborzy, gdzie obserwował swoich bliskich i dostrzegał zjawiska, które rodziły w nim bunt. Zenon krytycznie oceniał zwłaszcza ojca, który całe dnie spędzał na polowaniach, nie dbając o majątek, którym zarządzał. Raziły go też stosunki panujące w domu - tzw. boleborzański schemat - rytuał zdrad, przeprosin i przebaczeń. Wszystko to sprawiało, że pragnął za wszelką cenę żyć i zachowywać się inaczej niż jego rodzina.

W czasie ostatnich wakacji Zenon zwrócił się do rodziców z prośbą o pieniądze, bez któ­rych nie mógł ukończyć nauki. Okazało się to jednak niemożliwe i stanął przed dylematem, czy zrezygnować ze studiów czy też, jak radziła mu matka, rozpocząć współpracę z miejscową gazetą. Mimo iż zdawał sobie sprawę, że pisząc do niej artykuły będzie zmuszony do niepo­wodzeń i do zaprzeczania swoim lewicującym poglądom, to jednak zgodził się na pracę u Czechlińskiego. Zenon nie lubił tego człowieka, który był mu daleki i nieprzyjemny, jednak decyzja została podjęta i w związku z tym nadsyłał z Paryża artykuły dotyczące aktualnej sytuacji międzynarodowej. Ukończył dzięki temu studia i teraz z radością powracał do kraju, gdzie czekała na niego ukochana kobieta. Elżbieta jednak nie była jedyną kobietą w jego życiu, oprócz niej była jeszcze Justyna. Romans z Justyną rozpoczął się latem, w Boleborzy, przed wyjazdem Zenona do Paryża. Gdy po powrocie stamtąd spotkał ją ponownie, wiele się zmieniło; nie żyła stara Bogutowa, matka Justyny, a ona sama pracowała teraz w mieście. Justyna osamotniona po śmierci matki, potrzebowała opieki kogoś bliskiego, potrzebowała miłości Zenona. Odnowienie romansu z Justyną zaważyło na całym jego życiu. Elżbieta została przez męża obarczona odpowiedzialnością za los jego byłej kochanki, dziewczyny, którą znała jeszcze z kamienicy przy ulicy Staszica i której chciała w odruchu bezinteresownej szlachetności – ustąpić miejsca u boku mężczyzny, który w tym czasie był jej narzeczonym.

„Nagle, chcąc jak najlepiej, z lękiem w sercu, Elżbieta powiedziała:

- Niech pani nie myśli, że on jest czymś związany. On jest wolny. Ja za niego nie wyjdę.

Gdy mówiła te słowa, czuła rosnące przerażenie. Była zdumiona próżnią, w którą staczała się ta jej ofiara. Ale sama znajdowała się jakby wysoko i daleko, jakby już nie obecna.

- To dziecko musi żyć – dokończyła szeptem.”

Stało się jednak inaczej. Elżbieta przebaczyła Zenonowi, jak przebaczyło swym mężczyznom wiele kobiet. Pobrali się. Spodziewająca się dziecka Justyna musiała poradzić sobie sama, poszła więc do akuszerki i usunęła ciążę. Po zabiegu czuła się źle: ogarniał ją smutek, płakała bez przyczyny, odczuwała zmęczenie. Stan apatii i obniżonego nastroju świadczył o rozwijającej się chorobie, wywołanej trudną sytuacją i przerwaniem ciąży. Justyna nie mogło zapomnieć o dziecku, które straciła, podejmując próbę samobójczą odpowiedzialnością za swoje nieszczęście obarczała Zenona. Ziembiewicz nie przejmował się jej cierpieniem i zajął się pracą.

Jak się okazało, pisanie do „Niwy" było początkiem kompromisów i ustępstw, które odtąd stały się charakterystyczne dla postępowania tego młodego człowieka. Natychmiast po powro­cie do kraju Zenon spotkał się z Czechlińskim, który awansował na stanowisko starosty i gotów był przekazać Ziembiewiczowi swoją starą posadę redaktora „Niwy". Zenon przyjął tę propo­zycję w nadziei, że praca pomoże mu w zbudowaniu spokojnego i ustabilizowanego życia. Szybko okazało się jednak, że „Niwa" nie jest pismem niezależnym, a na jej kształt ogromny wpływ wywiera okoliczne ziemiaństwo i kler. Mimo to, ze względu na dług u Czechlińskiego, Zenon przystawał na kolejne artykuły, z treścią których się nie zgadzał. Czasem z przerażeniem spoglądał do własnej gazety, gdzie oglądał dramaty małego miasta, kradzieże, bijatyki i samobójstwa, podane w sposobie żartobliwym. Pewnego dnia uświadomił sobie, że robił nie to co chciał i inaczej. Zmienił się jednak bardzo i pozostawał w stosunku do tego faktu bezradny.

„O każdej chwili trzeba się było stawać kim innym, by nie zatracić owego czucia z rzeczywistością, które jak tajemnicza magia zaimponowało mu kiedyś u Czechlińskiego. W ciągu godziny Zenon przesuwał się parę razy w górę i w dół po całej skali przeciwstawień. Sam teraz dziwił się sprawności, z jaką to robił.”

Wierzył naiwnie, że praca w „Niwie" nie będzie trwała zbyt długo. W rzeczywistości jed­nak już wtedy powoli zaczął budować system samousprawiedliwień, dzięki którym nie czuł, że ulega konformizmowi.

„Na razie nie wyglądało to jeszcze na porażkę. W jakimkolwiek miejscu zastawał samego siebie, zawsze tuż w pobliżu leżało coś gorszego, czemu się można było w najlepszej wierze przeciwstawić.”

Budując swoją karierę, Zenon stawał się coraz większym oportunistą i nieświadomie sprze­niewierzał się własnym ideałom. Po raz pierwszy uwidoczniło się to w trakcie rautu, na którym Ziembiewicz doskonale odnalazł się w środowisku wysokich dygnitarzy państwowych.

„Elżbieta widziała, jak szybko ten zawsze pochmurny i gwałtowny Zenon staje się miły, miękki i zdawkowy, łatwo służą mu słowa i uśmiechy. Siedział między matką i panią Tczewską. Mieli sobie od razu dużo do powiedzenia o Pieszni, o Czechlińskim, o związanych z nim sprawach. [...] Elżbieta była rada, widząc, że Zenon ładnie wygląda między tymi ludźmi, że się podoba.”

Wystarczył krótki pobyt w Warszawie, kilka rozmów z ojczymem Elżbiety i niewielka pomoc starosty Czechlińskiego, by w krótkim czasie Ziembiewicz został prezyden­tem miasta.

Wydawać by się mogło, że nareszcie będzie miał możliwość realizowania swoich młodzieńczych planów. Sam bowiem mówi:

„- Myślę, że właśnie teraz dopiero będę miał więcej sposobności do inicjatywy, że właściwie będę daleko swobodniejszy niż dotąd.”

Z początku rzeczywiście postępuje zgodnie z zamierzeniami, z entuzjazmem zabiera się za pracę i miasto zmienia swój wygląd z dnia na dzień. Mając w pamięci widok wiedeńskich osiedli, które oglądali z Elżbietą w czasie podróży poślubnej, z zapałem przystępuje do działa­nia. Buduje robotnicze domy, remontuje starą cegielnię, tworzy też park, w którym obok ośrod­ka rekreacyjnego pojawia się pijalnia mleka dla dzieci. Gdyby nie cofnięcie pożyczki rządo­wej, związanej z ogólną polityką oszczędnościową, Ziembiewicz zapisałby się zapewne w pa­mięci mieszkańców jako wzorowy prezydent, który w niedługim czasie przeprowadził szereg znaczących zmian. Brak pieniędzy sprawił jednak, że przerwano budowy. Do tego dołączyły się kłopoty związane z zamknięciem fabryki Hettlera i pogłębiającym się bezrobociem. Zenon nie potrafił poradzić sobie z piętrzącymi się problemami. Zaczął odczuwać nieustający stres i zmienił się w tych dniach nie do poznania. Towarzyszące mu napięcie doskonale wyczuwała Elżbieta.

„Małomówny, skupiony, gdy byli sami, między ludźmi Zenon zmieniał się po pro­stu w oczach. Stawał się zbyt wesoły, ekspansywny, przybierał różne miny, ani przez chwilę nie był spokojny. Raptownie, niby nagle sobie o tym przypomina­jąc, zapinał lub odpinał guzik marynarki, podnosił ramiona, przerzucał na gło­wie kapelusz w przód lub do tyłu. Było w tym coś więcej niż niepokój, była niepewność wobec świata, niezgoda na siebie, coś niedobrego, czemu w ten sposób nadaremnie usiłował zaprzeczyć.”

Pewnego dnia Zenon zastał swoją żonę na przeglądaniu ulotek, które w tych dniach często podrzucane były do domu Ziembiewiczów. Poczuł rozdrażnienie, wiedział bowiem, że infor­mują one o licznych aresztowaniach zbuntowanych robotników i o warunkach, jakie panują w więzieniach. Rozmowa, którą odbył z żoną, po raz kolejny ukazuje jego bezradność i towarzy­szącą jej próbę usprawiedliwienia samego siebie.

„Chodził po pokoju i mówił rzeczy odpowiadające tej sytuacji. Jego świadomość organizowała się błyskawicznie do obrony. Rzecz była w tym, żeby w to nie wierzyć, żeby na to nie przystać. Byle jakie słowa wystarczyły. Widziała, jak przekonywał sam siebie, widziała, że szło mu to jak z płatka.”

Młody prezydent miasta coraz częściej odsuwał od siebie odpowiedzialność. W sytuacji, w jakiej się znalazł (bezrobocie, bunty robotników), wolał unikać podejmowania jednoznacz­nych decyzji. Niekiedy decyzje sugerował nieznacznie innym, którzy mu ją później, jako dojrza­łą podsuwali.

Zamieszki i manifestacje uliczne przybierały na sile, a Ziembiewicz nie potrafił temu zara­dzić. W powieści znajdujemy scenę, która w sposób niezwykle sugestywny oddaje nastrój, jaki w tym czasie towarzyszył bohaterowi. Widzimy tłum robotników nacierających na ratusz miejski i prezydenta, który w ostatniej chwili dociera do drzwi budynku. Jego sylwetka odbija się w szybie. W odbiciu wydawało się, że stoi na ich czele. W istocie przed nimi uciekał.

Dalsze wypadki potoczyły się już bardzo szybko i jakby poza Zenonem. Policja rozpędziła tłumy robotników, otwierając do nich ogień. Kilka osób zginęło, kilka zastało poważnie zranio­nych. Rozkaz użycia broni przeciwko ludziom domagającym się pracy i godnych warunków życia wydany został przez bliskich współpracowników Ziembiewicza. Sam prezydent nie opo­nował jednak przeciwko tej decyzji. Ponosił więc moralną odpowiedzialność za przemoc do­konaną na niewinnych ludziach.

Czy postawę Ziembiewicza można jednak oceniać jednoznacznie negatywnie? Nałkowska ukazała go jako człowieka, który, by osiągnąć karierę, rezygnuje ze swoich ideałów i marzeń. Ma jednak świadomość, że stopniowo coraz bardziej się poddaje, o czy świadczy łatwość, z jaką usprawiedliwia wszystkie swoje poczynania. Pod wpływem ciągłych kompromisów, zmienia się jego osobowość. Ostatni etap kariery zdaje się dobitnie o tym świad­czyć. Oto zaczyna on bronić się schematami, z którymi wcześniej walczył.

„Polował teraz często, nieraz dwa razy w tygodniu, nie bronił się także przed piciem. Jego życie obrosło w cały ceremoniał męskich obrzędów. Znajdował zadowolenie w nie rzucającym się w oczy, dyskretnym i zarazem kosztownym zbytku łowieckim, jego gabinet zawieszony był przyborami do polowania: du­beltówki takie i inne, torba myśliwska na naboje, pętelki z rzemienia do zawie­szenia na nich za szyjki ubitego ptactwa. Miał buty futrzane i filcowe, buty z gumy sięgające do pachwin, kurtki ze skóry, z zamszu, futra czapki odmienne na każdą okazję.”

Historia Zenona zakończyła się groteskowo i tragicznie. Pewnego dnia do jego gabinetu wtargnęła dawna kochanka - Justyna. Dziewczyna, pogrążona wówczas w głębokiej depresji psychicznej, okaleczyła prezydenta miasta, oblewając jego twarz żrącym płynem. W niedługi czas po tym wydarzeniu Zenon popełnił samobójstwo.

Nałkowska nie wyjawia czytelnikowi, jakie przemyślenia towarzyszyły bohaterowi w ostat­nich dniach jego życia. Można jedynie przypuszczać, że czuł się człowiekiem przegranym. Przez całe swoje życie dążył bowiem do osiągnięcia pozycji, która dałaby mu poczucie swobo­dy w podejmowaniu decyzji. Nigdy jednak nie udało mu się osiągnąć tego celu i do końca pozostał uzależniony od politycznych koterii. Warunki, w których się znalazł, nie pozwoliły mu więc w pełni realizować młodzieńczych ideałów.

Nowatorstwo Nałkowskiej polega przede wszystkim na innym, niż to dotychczas miało miejsce w tego rodzaju powieściach, rozłożeniu punktów ciężkości. Czytelnik już na samym wstępie dowiaduje się, jaki był koniec losów głównego bohatera, Zenona Ziembiewicza. Jest to zamierzone działanie autorki, która chce tym samym zmusić czytelnika do zadania sobie innych pytań, niż czynił to dotychczas, obcując z powie­ścią tradycyjną. Czytającego książkę ma przestać interesować, co będzie dalej, co sta­nie się z bohaterami, jak potoczą się ich losy. Teraz czytelnik musi zadać sobie pyta­nie o przyczynę rozwoju wydarzeń, takich a nie innych decyzji i posunięć bohatera. Sakramentalne pytanie „co będzie dalej?" zostanie zastąpione przez o wiele bardziej dociekliwe „dlaczego tak się stało?". W ten sposób Nałkowska kładzie nacisk na in­terpretację i analizę wydarzeń, czyniąc z Granicy powieść psychologiczną.

Przed czytelnikiem zostaje tu postawionych kilka zasadniczych pytań, na które każdy czytający książkę musi sobie odpowiedzieć. Naczelnym pytaniem jest to o spo­sób, w jaki postrzegamy innych ludzi. Drugi człowiek jest bowiem kimś innym w na­szych oczach, a kimś innym we własnym przekonaniu. Gdzie więc leży prawda? „Ja­kimi ludźmi jesteśmy naprawdę, czy takimi, jak nas widzą inni, czy też takimi, za ja­kich sami się uważamy?” Jest to pytanie niezwykle głębokie, gdyż okazuje się, że człowiek jest istotą w swej naturze zbyt skomplikowaną, aby móc określić go w kilku zdaniach, ocenić jednoznacznie. Tradycyjne kategorie dobra i zła wykluczają ocenę pośrednią, prowadzą często do krzywdzących uproszczeń, do po­myłek, błędnych interpretacji. Równie trudna - według Nałkowskiej -jest samooce­na, bo także my sami nie wiemy o sobie wszystkiego. Patrząc na samych siebie ludzie dostrzegają tylko to, co chcą widzieć, często stając się sędziami subiektywnymi, my­lącymi się w samoocenie, co prowadzi do różnych nieszczęść.

Stereotypy i schematy w Granicy to przede wszystkim już sama konstrukcja fa­buły. Jest to po prostu banalna historia przeciętnego, typowego romansu młodego in­teligenta pochodzenia ziemiańskiego (Zenona Ziembiewicza) z prostą wiejską dziew­czyną (Justyną Bogutówną). W całej tej historii nie dzieje się nic niezwykłego, zwią­zek Zenona z Justyną nie jest ani szczególnie oryginalny, ani szczególnie wzniosły. Historia romansu jest niczym wyjęta z prasy bulwarowej, której ulubionymi tematami były dzieje kochanków, miłosne porywy i zemsty.

Właśnie taką „brukową” opowiastkę Nałkowska wykorzystuje w Granicy: mał­żeństwo Zenona z Elżbietą Biecką, panną z dobrego domu, nie przerywa romansu, a co więcej, doprowadza do tragedii: Justyna zachodzi w ciążę, a po jej przerwaniu popada w obłęd. Także zakończenie powieści zdaje się być wyjęte z „romansu z niż­szych sfer”: Justyna mści się na Zenonie, oblewając mu twarz kwasem, Ziembiewicz popełnia samobójstwo, Elżbieta wyjeżdża za granicę, obłąkana kochanka zostaje zatrzymana. Schemat trójkąta małżeńskiego został przez Nałkowska wykorzystany rów­nież do ukazania podziałów społeczeństwa polskiego okresu międzywojennego.

Tytuł powieści należy rozumieć symbolicznie, autorka stara się ukazać pewne granice moralne, etyczne, lecz również społeczne, warunkujące działania bohaterów. Ludzie są w swoim życiu bezustannie ograniczani. Tak więc w Granicy można odna­leźć kilka granic: przede wszystkim najważniejszą wydaje się być granica społeczna, czyli podział ludzi według ich przynależności do różnych warstw społecznych: zubo­żałego ziemiaństwa (rodzice Zenona, Zenon), dobrze sytuowanego mieszczaństwa (Kolichowska, Elżbieta), arystokracji ziemiańskiej (Tczewscy) oraz biedoty wiejskiej (Justyna z matką), a także nędzarzy z miasta (mieszkańcy suteryn, choćby Gołąbska). Granice społeczne niemożliwe do przekroczenia, każda próba ich pokonania może skończyć się katastrofą (przykładem może być historia Justyny i samego Zenona). Symbolami tego podziału są w powieści: kamienica Kolichowskiej, w której „sufity i podłogi” poszczególnych pięter oddzielają bogatych od biednych, próg gabinetu Zenona jako prezydenta miasta, wejście do ogrodu, podwórze...

Nałkowska ukazuje w Granicy również granicę moralną, po przekroczeniu której doprowadza się do nieszczęścia drugiego człowieka. Przekracza ją Zenon, za­czynając romans z Justyną i kontynuując go po ślubie. Przekroczenie tej granicy pro­wadzi Zenona do skrzywdzenia dwóch osób: swojej żony i Justyny.

Trzecią granicą jest granica odporności psychicznej człowieka, przekroczenie której powoduje, że człowiek przestaje być sobą. Zenon, pozwalając na ingerencje w swoje artykuły, czy też romansując z Justyną, przekracza tę granicę wielokrotnie i ponosi tego surowe konsekwencje. Również usunięcie ciąży przez Justynę staje się powodem przekroczenia „punktu krytycznego” i popadnięcia przez dziewczynę w obłęd.

Czwartą jest granica psychologiczna, będąca jednocześnie próbą odpowiedzi na pytanie o możliwość poznania siebie przez każdego z nas. I wreszcie ostatnia, grani­ca filozoficzna, czyli pytanie o możliwość poznania ostatecznej prawdy.

Człowiek według Nałkowskiej ma ograniczone możliwości poznania świata, często więc błędnie ocenia otaczającą go rzeczywistość i samego siebie.