Wydarzenia lat sześćdziesiątych powinny stać się ostrzeżeniem dla tych wszystkich poczynań reformatorskich, które nie miałyby dostatecz­nie silnego oparcia w Rzeczypospolitej. Dla programu odnowy trzeba było pozyskać światlejszą magnaterię i szersze rzesze średniej szlachty; starania w tym kierunku wypełniały okres między pierwszym rozbiorem, a Sejmem Wielkim. Nie było to łatwe zadanie, gdyż wśród szlachty przeważały tendencje konserwatywne i istniała znaczna dezorientacja polityczna, a większość magnaterii kontynuowała wspólną opozycję przeciwko królowi, w jed­nym obozie znalazło się teraz młode pokolenie dawniej skłóconych ro­dów: Adam Czartoryski z Ignacym i Stanisławem Potockimi. Ich zafas­cynowanie ideologią Oświecenia nie przeszkadzało we współdziałaniu z hetmanami Franciszkiem Ksawerym Branickim i Sewerynem Rzewus­kim w Koronie oraz Michałem Ogińskim na Litwie, którzy nie mogli przeboleć utraty dawnych prerogatyw swego urzędu i całą nadzieję wią­zali z wpływowym w Petersburgu Potiomkinem. Ta opozycja oligarchicz­na wprawdzie nie zrywa już sejmów, ale skutecznie paraliżuje poczyna­nia króla. Nie ułatwiało to starań o pozyskanie szlachty dla programu reform. „Wyniki pierwszych zabiegów były negatywne. Wielka batalia, roze­grana wokół przygotowanego przez Andrzeja Zamoyskiego kodeksu, skoń­czyła się niepowodzeniem kodyfikatorów. Sejm w 1776 r. polecił ekskanclerzowi (Zamoyski zrzekł się kanclerstwa na znak protestu przeciwko gwałtom Repnina) opracowanie kodeksu, który zgodnie z tendencjami Oświecenia ujednoliciłby stosowane w Polsce prawa. Zamoyski wezwał do współpracy światłych reformatorów, jak Józefa Wybickiego czy Joa­chima Chreptowicza, i starał się wprowadzić do kodeksu przepisy, które w nowy sposób regulowałyby stosunki między stanami i uprawnienia władz centralnych. Przygotowując opinię szlachecką do przyjęcia kodeksu Józef Wybicki ogłosił mądre Listy patriotyczne (1777). Wskazywał w nich na konieczność wzmocnienia centralnych organów państwa, na potrzebę opieki nad mieszczaństwem i stworzenia lepszych warunków dla chłop­stwa, choćby przez dobrowolne oczynszowanie. Projekt kodeksu nie naruszał zasadniczych przywilejów szlachty, ale można się było w nim doszukać zarówno próby rozszerzenia praw miesz­czańskich, jak i złagodzenia poddaństwa chłopów. Pierwsza tendencja występowała w postaci zezwolenia większym miastom na wysyłanie przedstawicieli na obrady sejmowe, powołaniu zjazdów miejskich dele­gatów, którzy rozpatrywaliby sprawy handlowe, dopuszczeniu mieszczan do nabywania dóbr ziemskich (do 3 mil od miasta) czy ułatwianiu im nobilitacji. Drugie dążenie znalazło wyraz w projekcie wprowadzenia m. in. kategorii chłopów wolnych, osiadłych za kontraktem, czy zezwo­leniu drugiemu i czwartemu dziecku chłopskiemu na udanie się do miast, do rzemiosła. Kamieniem obrazy stały się zezwolenia na śluby mieszane, chłopsko-szlacheckie, oraz — obok przepisów ograniczających w myśl dawnych konstytucji możliwość nabywania dóbr przez Kościół — żąda­nie zgody władz państwowych na publikowanie bulli papieża (podobne, jakie w tym czasie wprowadzał Józef II w Austrii). Właśnie to zastrzeżenie wywołało energiczną akcję nuncjusza J. A. Archettiego przeciwko kodeksowi. Pozyskał on pomoc opozycji magnackiej, a także Stackelberga, który obawiał się, by uchwalenie kodeksu nie przy­niosło zbyt dalekich zmian ustrojowych. Za pomocą demagogicznej pro­pagandy łatwo pozyskano szlachtę: na sejmie w 1780 r. podczas debaty nad kodeksem posłowie odrzucili go stanowczo wśród histerycznych scen darcia projektu i rzucania nim o ziemię. Zmieniała się jednak powoli struktura gospodarcza Rzeczypospolitej, zmieniała się też postawa szlachty. Ogólny sprzeciw budziły rządy obcych jurgieltników. Coraz szerzej docierało przekonanie o konieczności prze­mian. Pociągało to za sobą polaryzację wewnątrz społeczności szlachec­kiej. Z jednej strony utrzymywał się wciąż liczny obóz zagorzałych obroń­ców ,,republikanckiego" porządku Rzeczypospolitej, w którym najbardziej konserwatywni magnaci postulowali nawet całkowitą decentralizację ośrodków władzy; z drugiej jednak strony powstawał coraz mocniejszy obóz zwolenników unowocześnienia aparatu państwowego, przyznania praw politycznych mieszczaństwu i roztoczenia opieki nad chłopami. Po­woli dokonywać się rozkład dotychczasowych ugrupowań — zwłaszcza opozycja magnacka coraz wyraźniej dzieliła się na postępową grupę mło­dej, światłej magnatem i konserwatywnych oligarchów. Podobne ten­dencje zdradzały także grupy regalistów. Tworzyły się podstawy przyszłe­go obozu patriotycznego. Obok światlejszej magnatem i tej trudnej do ustalenia części szlachty średniej, która czy to zainteresowana była w roz­woju rynku wewnętrznego, czy też przeciwna hegemonii magnackiej oli­garchii, czy po prostu szukała sposobów zapewnienia niezależności pań­stwa, pewną rolę zaczynało odgrywać także mieszczaństwo, dobijające się emancypacji politycznej. Narastało również niezadowolenie wśród chłopów. Cały ten ruch polityczny miał jeszcze charakter bardzo niesprecyzowany, brakowało współdziałania między grupami zbliżającymi się ku so­bie poglądami. Na formowanie się nowych postaw oddziaływały w znacz­nym stopniu instytucje nieoficjalne, jak np. salony, w których rej wodziły co aktywniejsze magnatki, zwłaszcza Izabela Czartoryska czy Katarzyna Kossakowska. Dyskusyjna jest rola masonerii, której niektórzy historycy usiłowali przypisywać decydujące znaczenie zarówno w dobrym, jak i ujemnym sensie. Ruch ten rozrósł się niezmiernie w latach osiemdzie­siątych; gdy Ignacy Potocki zostawał wielkim mistrzem (1784), działało już 13 lóż Wschodu Polskiego. Skład ich był jednak tak różnorodny (na­leżeli do nich bowiem ludzie z najrozmaitszych obozów), że trudno by­łoby wskazać na jeden kierunek polityczny masonerii. Bardzo istotny wpływ na kształtowanie się postaw miała żywa akcja publicystyczna, wystąpienia pisarzy, liczne pisma ulotne rozprowadzane w całym kraju, systematyczne kształtowanie opinii poprzez czasopisma. Nigdy jeszcze walka na pióra nie przybrała w Rzeczypospolitej takich rozmiarów. Nie była to bowiem akcja jednostronna; obrońcy starego po­rządku bronili się zaciekle: polemika i pamflet stały się zjawiskiem co­dziennym. Ale najświetniejsze pióra i umysły opowiadały się zdecydowa­nie za reformą — ich zapał twórczy i logika rozumowania poruszały nawet te jednostki, które z tradycyjną już w Rzeczypospolitej biernością oczekiwały dalszego biegu wypadków. Bliższe sprecyzowanie zasadniczych kierunków reform przypadło nie tyle ostrożnym przywódcom obozów politycznych, którzy dopiero pod­czas obrad Sejmu Wielkiego zdecydowali się odkryć śmielej swe przył­bice, ile bardziej samodzielnym pisarzom i uczonym. Szczególną rolę odegrali pod tym względem Stanisław Staszic i Hugo Kołłątaj. Jak to w tym wieku bywało, należeli obaj do stanu duchownego. Nie przeszkodziło to im w zajmowaniu radykalnego nieraz stanowiska. Sta­nisław Staszic (1755 -1826), z pochodzenia mieszczanin z Piły, po grun­townych studiach za granicą, zwłaszcza w Paryżu, był w omawianych latach wychowawcą dzieci Andrzeja Zamoyskiego. Nie biorąc bezpośred­niego udziału w życiu politycznym (na szerszą arenę miał wyjść dopiero w dobie Księstwa Warszawskiego), ogłosił dwa dzieła, które spotkały się z żywym oddźwiękiem opinii polskiej: Uwagi nad życiem Jana Za­mojskiego (1785) i Przestrogi dla Polski (zapewne 1787). Głęboki patriotyzm i szczera troska o losy Rzeczypospolitej nadają im szczególnie wy­soką rangę w polskim piśmiennictwie politycznym. Staszic występował jako zwolennik wzmocnienia, władzy, królewskiej wprowadzenia dziedziczności tronu oraz reformy sejmu przez głodowanie większością i stworzenie wspólnej izby mieszczańsko-szlacheckiej, w której oba stany rozporządzałyby tą samą liczbą posłów. Podkreślał też konieczność zwiększenia armii. Zasadnicze znaczenie miała jednak jego zdaniem zmiana polityki gospodarczej i społecznej. Żądał więc pro­tekcyjnej polityki w stosunku do polskiego handlu i rzemiosła, zrów­nania w prawach mieszczan i szlachty, wreszcie poprawy położenia chłopów, których krytyczną sytuację (odmalowaną przez niego we wstrzą­sający sposób) uważał za najważniejszą przyczynę słabości Rzeczypo­spolitej; drogę naprawy widział w oczynszowaniu. Jako fizjokrata uwa­żał przy tym Staszic pracę rolnika za podstawę dobrobytu społeczeń­stwa. Ze szczególną natomiast zaciętością występował przeciwko magnatom, widząc w nich głównych sprawców upadku Polski. W znacznie większym stopniu działaczem politycznym był Hugo Kołłątaj (1750 - 1812). Pochodził ze średniej szlachty wołyńskiej. Po studiach w Rzymie wziął czynny udział w pracach Komisji Edukacji Narodowej, dokonując reformy Akademii Krakowskiej. W dobie Sejmu Wielkiego stał się właściwym przywódcą obozu patriotycznego. Jeszcze przed zwołaniem sejmu zaczął publikować najważniejsze swe dzieło „Do Stanisława Małachowskiego... anonima listów kilka”, uzupełnione wydanym w 1790 r. „Prawem politycznym narodu polskiego”. Poglądy Kołłątaj w niejednym zbliżone do Staszica, dyktowane były jednak w większym stopniu moż­liwościami chwili. W działalności Kołłątaja przeważały potrzeby taktyki; stąd w poglądach jego nie brak sprzeczności, które utrudniają ustalenie jego doktryny. Sporo było takich wahań w odniesieniu do sprawy chłopskiej, na któ­rą opinia szlachecka była najbardziej czuła. Nie kładł więc na rozwiąza­nie jej takiego nacisku jak Staszic, postulował, by ziemia pozostała wła­snością panów^ natomiast chłop miałby otrzymać wolność osobistą, co zmieniłoby go w, najemnika. Praktycznie godził się też na oczynszowanie. W sprawie mieszczańskiej był również zwolennikiem równoupraw­nienia ze szlachtą, radził jednak mieszczanom zadowolić się powołaniem osobnej izby mieszczańskiej w sejmie. Wiele uwagi poświęcił Kołłątaj reformie władz państwowych — niejeden z jego postulatów w tej dzie­dzinie został zrealizowany w Konstytucji 3 maja, której był współauto­rem. Za podstawę powodzenia reform uznawał jednak podobnie jak Sta­szic zmianę stosunków społecznych. „Nie może być ten kraj wolny, gdzie człowiek jest niewolnikiem — stwierdzał, wiążąc utrzymanie niezależ­ności Rzeczypospolitej z zapewnieniem praw i wolności wszystkim jej mieszkańcom. Najsilniejszy głos za chłopami zabrzmiał przecież ze strony zaczyna­jącego wtedy dopiero swą demokratyczną karierę polityczną, młodego mieszczanina Józefa Pawlikowskiego. W anonimowej broszurze O poddanych polskich (1788), a potem w Myślach politycznych dla Polski (1790) przedstawił w sposób najbardziej gruntowny położenie chłopów w Pol­sce i domagał się zniesienia poddaństwa osobistego oraz zapewnienia chło­pom dziedzicznego użytkowania ziemi i zamiany pańszczyzny na czynsze lub daniny. Pawlikowski deklarował się również jako zwolennik silnej władzy królewskiej, poskromienia nadużyć szlacheckich i przyznania praw politycznych mieszczaństwu. Ten anty-szlachecki nurt publicystyki doczekał się najpełniejszego rozwinięcia przez Kuźnicę Kołłątajowską (zob. cz. 2, s. 56). Związani z nią pisarze i publicyści nie tylko ostro krytykowali nierząd Rzeczypospolitej, ale i wskazywali na wartości tkwiące w ludności plebejskiej, lekcewa­żonej i uciskanej przez szlachtę. Nie omieszkali odwoływać się przy tym do przykładów płynących z rewolucji francuskiej, której początkowa faza przebiegała równolegle z obradami Sejmu Wielkiego. Nieprzypadkowo Franciszek Salezy Jezierski rychło spolszczył słynną broszurę Sieyesa Ou’st-ce que le Tiers Etat? (Co to jest stan trzeci) i opublikował ją pt.: Duch nieboszczki Bastylii (1790). Przystosowany do polskiej sytuacji pro­gram burżuazji francuskiej stawał się jeszcze jednym argumentem w wal­ce o naprawę Rzeczypospolitej. Powodzenie reformy zależało jednak nie tylko od uzyskania dosta­tecznie silnego poparcia w kraju. Wobec słabości Rzeczypospolitej ko­nieczne było powstanie korzystnej sytuacji międzynarodowej, w której można by było liczyć na konflikt między rozbiorcami lub uzyskanie po­parcia ze strony choćby jednego z nich dla projektowanych reform. Szcze­gólnie istotne wydawało się rozbicie sojuszu rosyjsko-pruskiego, obez­władniającego Rzeczpospolitą. Nawet bowiem wybuch konfliktu austriacko-pruskiego i konfrontacja sił obu państw w wojnie sukcesyjnej bawar­skiej (1778 - 1779) nie przyniosły żadnych zmian w położeniu Polski. W sondażach dyplomatycznych mówiło' się wtedy mniej o odzyskaniu przez Polskę Galicji, a więcej o wynagrodzeniu Prus Gdańskiem. Na szczęście zawarty przy pośrednictwie rosyjskim kompromisowy pokój w Cieszynie ograniczył się do uregulowania spraw wewnętrzno-niemieckich. Osłabło także zainteresowanie państw zachodnich problemami środ­kowej i wschodniej Europy, gdy wojna o niepodległość Stanów Zjedno­czonych Ameryki Północnej przybrała charakter międzynarodowy. Wojna ta była zresztą uważnie obserwowana w Polsce jako przykład walki o nie­zależność narodową. Brali w niej udział Polacy — Kazimierz Pułaski, który poległ w walce pod Savannah, Tadeusz Kościuszko, wykorzystujący za oceanem swą wiedzę inżynieryjną, i wielu innych, zwłaszcza dawnych konfederatów barskich. Organizacja nowego państwa mogła zresztą budzić również pewne (w istocie rzeczy dość powierzchowne) analogie z Rzecząpospolitą, stąd zainteresowanie stosunkami amerykańskimi, któ­re znalazło odbicie w dość licznych publikacjach polskich. Dopiero jednak opanowanie przez Rosję Krymu oraz śmierć Fryde­ryka II (1786) doprowadziły do ukształtowania się nowego układu mię­dzynarodowego w najbliższym sąsiedztwie Polski. Prusy związały się bo­wiem sojuszem z Anglią oraz z Holandią i znalazły się w antagonizmie nie tylko z Austrią, ale także z Rosją. Chodziło przy tym o zahamowa­nie postępów rosyjskich nad Morzem Czarnym. Zajęcie Krymu spowo­dowało odnowienie się wojny turecko-rosyjskiej, do której tym razem przyłączyła się i Austria, Józef II zawarł bowiem poprzednio nowy so­jusz z Katarzyną II i zdawało się, że ze strony obu tych potęg grozi osta­teczna katastrofa imperium osmańskiego. Aby do niej nie dopuścić, An­glia i Prusy starały się o doprowadzenie do prędkiej pacyfikacji. Jed­nym z jej wariantów był plan ministra pruskiego Hertzberga, aby w celu zapewnienia równego udziału w łupach bez naruszenia równowagi Au­stria i Rosja zadowoliły się skromnymi zyskami terytorialnymi na Tur­cji; Prusy za pośrednictwo dostałyby Gdańsk i Toruń, a Polskę wyna­grodziłby zwrot zaboru austriackiego, czyli Galicji. Przy okazji Berlin spodziewał się, że nastąpiłoby zbliżenie Polski do Prus, których wpływy zastąpiłyby wpływy rosyjskie w Warszawie. Gdy plan ten nie został przy­jęty przez Austrię i Rosję, dyplomacja pruska i angielska wszczęły za­biegi o zaszachowanie Rosji w inny sposób. Za jej zachętą do wojny z Rosją przystąpiła w 1788 r. Szwecja. Rozpoczęły się też starania o do­prowadzenie do konfliktu polsko-rosyjskiego. Padły one na podatny grunt. W Rzeczypospolitej, w obozie, który nazwał się patriotycznym, nara­stało wzburzenie przeciwko ustawicznej ingerencji carskiej w sprawy we­wnętrzne. Wśród arystokracji utrzymywały się nastroje filoangielskie i filopruskie, które wiązały się z nieprzychylnym stanowiskiem wobec Stanisława Augusta i jego prorosyjskiej polityki. Za uzyskaniem popar­cia angielsko-pruskiego opowiedziała się grupa puławska—Adam Czartoryski, Stanisław, a zwłaszcza Ignacy Potocki, ostatni zachęcany przez swego wpływowego sekretarza i brata lożowego, związanego z dworem berlińskim księdza Scypiona Piatollego. Spodziewali się oni, że przy po­parciu pruskim da się przynajmniej odzyskać ziemię utracone na rzecz Austrii, której osłabienie chętnie widziano w Berlinie. Nie zastanawiali się natomiast, czym za taką pomoc przypadnie zapłacić Prusom, których apetyty na emporia handlowe nad dolną Wisłą wcale nie zmalały przy dość chimerycznym nowym władcy Fryderyku Wilhelmie II. Na tym tle doszło do zdecydowanego rozbicia wśród opozycji magnac­kiej. Inna grupa wpływowych oligarchów z Sewerynem Rzewuskim, Fran­ciszkiem Ksawerym Branickim i Szczęsnym Potockim na czele nie wy­ciągając żadnej nauki z doświadczeń konfederacji radomskiej, wracała do koncepcji obalenia Stanisława Augusta przy pomocy rosyjskiej. Po­przez Potiomkina usiłowali oni zasugerować projekt przekształcenia Rze­czypospolitej w rządzoną przez oligarchów republikę — bez Rady Nie­ustającej i króla Ciołka. Projekty te zostały jednak stanowczo odrzuco­ne. Więcej szczęścia miał Stanisław Poniatowski, który wyprawił się w 1787 r. na spotkanie z Katarzyną II do Kaniowa. Wprawdzie nie udało mu się uzyskać zgody carycy na aukcję wojska i zwiększenie zakresu swej władzy w zamian za pomoc militarną przeciwko Turcji, jednak gdy wyłoniły się trudności wojenne, w następnym roku Petersburg wysunął koncepcję traktatu odpornego, przewidującego udział polskiego korpusu posiłkowego w wojnie. W celu zawarcia takiego przymierza i wzmocnienia sił wojskowych Rzeczypospolitej król zwołał na jesień 1788 r. sejm do Warszawy. Po zawiązaniu konfederacji, na której czele stanęli marszałkowie Stanisław Małachowski referendarz koronny i Kazimierz Nestor Sapieha, rozpoczęły się obrady, które wbrew oczekiwaniom przeciągnęły się przez cztery lata (1788-1792). Rychło okazało się, że obóz prorosyjski nie był ani dostatecznie jednolity, ani na tyle liczny, by przeprowadzić swe za­miary. Rozpadał się bowiem na co najmniej dwa rywalizujące ze sobą stronnictwa. Pierwsze z nich, które obok właściwego stronnictwa het­mańskiego Branickiego i Rzewuskiego obejmowało także inne fakcje ma­gnackie, przede wszystkim wahającą się przez pewien czas między popie­raniem dworu a opozycją fakcje Szczęsnego Potockiego, było przeciwne reformom, a zwłaszcza wszelkim reformom, które wzmacniałyby centralne organy władzy, i odwoływało się do tradycji staroszlacheckich. Nie cofało się zresztą przed żadnymi środkami, które mogłyby doprowadzić do po­niżenia i obalenia Stanisława Augusta. Natomiast stronnictwo dworskie, obejmujące rodzinę króla, kanclerza kor. Jacka Małachowskiego i część patriotycznie nastawionych posłów, i także różne kreatury szukające łaski królewskiej czy carskiej — widziało w sojuszu z Rosją środek do prze­prowadzenia umiarkowanych reform, które umocniłyby autorytet mo­narchy. Tą zasadnicza różnica stanowisk prowadziła do konfliktów, które umiało wykorzystać liczniejsze chyba (jeśli pominąć dość obfitą grupę neutralistów) stronnictwo- patriotów, obóz zwolenników reform i unieza­leżnienia się przy pomocy Prus od caratu. Oprócz wspomnianej poprzed­nio grupy puławskiej do patriotów należał m. in. marszałek Stanisław Małachowski, a spoza sejmu kierował ich poczynaniami Hugo Kołłątaj. On też był rzecznikiem silniejszego związania się z mieszczaństwem sto­licy. Patrioci zdobyli sobie dominujące stanowisko w sejmie, pozyskali z czasem króla i w poważnym stopniu zrealizowali swe zamiary. Walka stronnictw na sejmie znalazła szerokie odbicie w ówczesnej lite­raturze politycznej i publicystyce. Toczyły się zacięte polemiki co do po­trzeby proponowanych reform. Obok związanych z Kołłątajem pisarzy z jego „Kuźnicy", wystąpili także publicyści mieszczańscy. Na ich głosy zaczęto zwracać tym baczniejszą uwagę, że jednocześnie .z obradami sej­mu we Francji doszło do pierwszych wystąpień rewolucyjnych, które zachwiały pozycją feudałów w całej Europie. Nie omieszkali i mieszczanie polscy wykorzystać tej sytuacji. Za radą Kołłątaja prezydent Warszawy Jan Dekert wezwał na spotkanie w listopadzie 1789 r. przedstawicieli 141 miast królewskich z całej Rzeczypospolitej. Po podpisaniu „aktu zjed­noczenia miast", mającego zapewnić współdziałanie całego mieszczaństwa, w ciemnych strojach deputaci miejscy udali się „czarną procesją na za­mek do króla i sejmu i wręczyli postulaty przywrócenia dawnych praw miejskich, rozciągnięcia na mieszczan zasady niewięzienia bez wyroku sądowego, dostępu do urzędów, udziału w sejmie, prawa nabywania dóbr ziemskich. Wystąpienie mieszczan wywołało panikę wśród konserwatyw­nych posłów i senatorów, którzy widzieli w nim początki rewolucji. W rze­czywistości mieszczaństwo polskie nie było dostatecznie silne, by samo sięgało po władzę, i za cenę kompromisowych ustępstw gotowe było do współdziałania ze szlachtą. Nie bez znaczenia dla obrad sejmowych były także stałe obawy przed ruchami chłopskimi. Przybrały one szczególnie na sile na wiosnę 1789 r., kiedy pod wrażeniem wyolbrzymionych zresztą wieści o wystąpieniach poddanych na Wołyniu sejmująca szlachta zastosowała wobec chłopów ostre represje, podkreślając w ten sposób, że w tej najważniejszej dla siebie sprawie nie pójdzie na żadne ustępstwa. Egoizm klasowy raz jesz­cze wziął górę nad interesem całego państwa. Rozwijająca się na tym tle debata sejmowa doprowadziła rychło do dramatycznych decyzji. Wkrótce po rozpoczęciu obrad poseł pruski Buchholtz wystąpił z notą protestującą przeciwko sojuszowi polsko-rosyjskiemu, stwierdzając, że król pruski zrzeka się praw gwaranta ustroju. Wią­zała ślę z tym propozycja zawarcia przymierza. Daremnie teraz Stani­sław August w porozumieniu ze Stackelbergiem wycofał sprawę sojuszu z Rosją. Obóz patriotów wymógł przyjęcie oferty pruskiej, a jednocześnie doprowadził do podjęcia uchwał, które miały na celu uwolnienie się od zależności od Katarzyny II. Postanowił więc sejm zwiększyć liczbę wojska do 100 tysięcy, odebrał przy tym niepewnym hetmanom i Radzie Nieusta­jącej władzę nad wojskiem, przekazując ją powołanej specjalnie Komi­sji Wojskowej, a w- końcu zniósł samą Radę Nieustającą. Zabrano się też do jurgieltników carskich: Poniński jako zdrajca został postawiony przed sądem i usunięty z kraju, posłowie zaś zobowiązali się do nie pobierania pensji zagranicznych. W celu przestrzegania neutralności wobec Turcji sejm zakazał dostaw do magazynów wojsk rosyjskich, zażądał także usu­nięcia obcych wojsk z Rzeczypospolitej. Wśród ogólnego entuzjazmu zabrakło wszakże gotowości do rzetelnego przyłożenia się do zaspokojenia najważniejszych potrzeb Rzeczypospolitej. Fatalnie wyglądała sprawa znalezienia środków na utrzymanie armii, na której miała się oprzeć niepodległość kraju. Wprawdzie poprzednio dzięki poprawie administracji skarbowej dochody państwa uległy podwyżce w stosunku do stanu z 1776 r., ale umożliwiło to bardzo skromne po­większenie liczby wojska, które w 1788 r. nie przekraczało 18 500 osób. Wzrosła wyraźniej liczba piechoty, rozwinęła się zaniedbywana latami artyleria, polepszyło się przygotowanie żołnierza. Teraz pięciokrotne po­większenie liczby wojska wymagało uchwalenia odpowiednio wysokich podatków i podjęcia niezbędnych postanowień werbunkowych. Nie moż­na bowiem było opierać się na dobrowolnym zaciągu. Tymczasem sejm najpierw odwoływał się do ofiarności publicznej i dopiero w pół roku po przyjęciu uchwały o zwiększeniu armii, w 1789 r., wprowadził tzw. „ofiarę wieczystą", czyli ofiarę dziesiątego grosza. Był to podatek bezpo­średni nałożony na dochody szlachty — 10% z nich miało przypadać skarbowi. Wyższym podatkiem, bo 20%, obłożono dobra kościelne, na miasta przypadł nowy podatek od skór i rzezi. Sejm podniósł również wymiary szeregu dawniejszych podatków oraz przejął na skarb dobra biskupstwa krakowskiego. Podatek bezpośrednio nałożony na szlachtę nie przyniósł oczekiwanych dochodów, w dużej mierze wskutek fałszywych zeznań po­datkowych zainteresowanych, toteż trzeba było uzupełnić go przez na­rzucenie zwiększonych ciężarów na miasta. Uzyskane w ten sposób fun­dusze nadal nie wystarczały na utrzymanie stutysięcznej armii — posło­wie musieli więc akceptować obniżenie jej liczebności do 65 tyś. Sejm nie zabezpieczył także możliwości werbunku — wprowadzony po długich dyskusjach pobór rekruta ograniczał się do nakazania wystawienia l re­kruta na 50 dymów w dobrach królewskich i duchownych i na 100 dy­mów w dobrach ziemskich. Było to znacznie mniej, niż przewidywały podobne „wyprawy” dymowe sprzed wieku. Wreszcie, ponieważ posłowie kładli nacisk na rozbudowę szlacheckiej kawalerii narodowej, przyjęty ostatecznie etat normował stosunek jazdy do piechoty w stosunku prawie 1:1, co było jawnym anachronizmem. Skutki ignorancji, zaniedbania i lekkomyślności w zakresie spraw wojskowych wystąpiły z całą jaskra­wością, gdy przyszło walczyć o utrzymanie przeprowadzonych reform. Tymczasem oparcie się na Prusach nie przyniosło spodziewanych re­zultatów. Nowy poseł pruski Lucchesini zabiegał o przymierze skierowa­ne przeciwko Austrii. Niepowodzenia militarne Austriaków pozwalały przypuszczać, że w razie ewentualnego starcia Polska mogłaby odebrać Galicję, a Prusy zapewnić sobie preponderancję w Rzeszy. Nie do pogo­dzenia jednak okazało się stanowisko w sprawie Gdańska i Torunia, któ­rych domagały się Prusy. Wprawdzie część przywódców obozu patrio­tycznego gotowa była do rezygnacji z tych miast, ale sejm stanął na grun­cie niepodzielności ziem polskich. W rezultacie podpisany 29 marca 1790 r. traktat obronny Polski z Prusami odłożył tę sprawę do późniejszego okre­su. Jeżeli nawet początkowo Prusacy myśleli poważnie o realizacji postanowień tego traktatu, to bardzo prędko zmiany w sytuacji międzyna­rodowej doprowadziły do rozkładu przymierza. Nacisk dyplomatyczny zwłaszcza Anglii na Austrię spowodował jej kapitulację bez wojny. Nowy cesarz Leopold II na zjeździe w Dzierżoniowie (Reichenbach) przyjął w le­cie 1790 r. żądania pruskie i zapewnił nietykalność granic Turcji od stro­ny Węgier. Wkrótce potem Szwecja wycofała się z wojny, a także An­glia uznała, że bezpieczeństwo Turcji nie wymaga nowych akcji anty­rosyjskich i wstrzymała obiecane Prusom subsydia. W tej sytuacji dwór berliński uznał przymierze z Polską za bezwartościowe i wrócił do myśli uzyskania dalszych nabytków kosztem Rzeczypospolitej w porozumieniu z Rosją. Nad Polską zawisło znów niebezpieczeństwo nowego rozbioru.

Korzystałam z literatury:

1. Jerzy Topolski „Historia Polski”

2. Józef Andrzej Gierowski „Historia Polski”