Dnia 17.10.2012 roku miałam zaszczyt uczestniczyć w projekcji filmu „Pora umierać”, która odbyła się w kinie Luna w centrum Warszawy. Już gdy weszłam do kina poczułam, że nie będzie to jedno z tych spotkań, które często opisuje się kolokwialnym przymiotnikiem „nadmuchany”. Nie, stanowczo nie była to „nadmuchana impreza”. Gdy rozejrzałam się dookoła poczułam się trochę obco. Oprócz małej grupki moich szkolnych kolegów, zewsząd otaczali mnie ludzie w sędziwym wieku. Wiedziałam, że film jest wyświetlany ze względu na projekt „Wzajemność”, ale myślałam, że więcej osób w młodocianym wieku przyjdzie zobaczyć tę projekcje. Weszłam na salę z lekkim strachem, przed tym, co mogę tam zobaczyć i czy nie będzie to czas stracony. Pierwsze minuty filmu zadecydowały praktycznie o całej reszcie. Oglądałam go z zapartym tchem, co jakiś czas poprawiając się na niespecjalnie wygodnym fotelu kinowym. Obrazy targały moimi emocjami a wskaźnik tychże emocji szalał pomiędzy płaczem ze wzruszenia a śmiechem przez łzy. „Pora umierać” to niezwykły film. Nie jestem w stanie słowami opisać jak wielkie wrażenie wywarł na mnie ten obraz. Pobudził wszelkie zakamarki mojej duszy, bezceremonialnie wywlekając wszelkie dozy ukrywanego sentymentalizmu i melancholii. Film jest niesamowity w każdym fragmencie. Jestem filmem szczerze zachwycona, szczególnie nastrojową muzyką i przeuroczą rolą Danuty Szaflarskiej, która dała tutaj prawdziwy popis swoich umiejętności aktorskich; wcieliła się w pierwszoplanową postać staruszki, wciąż jednak żwawej i krzepkiej. Widz miał możliwość zobaczyć świat z perspektywy tej doświadczonej kobiety – jej drogocenne wspomnienia, a to wszystko okraszone zostało trafnie uchwyconymi kadrami, płynnymi i leniwymi ujęciami wprawiającymi widza w stan błogości. Jednym z najwspanialszych aspektów obrazu był fakt, że, pomimo iż obraz nakręcony został w szarościach, konkretny przedmiot czy krajobraz znajdujący się w kadrze nie tracił na wartości i intensywności swoich walorów, co się często...