Subkultura bikiniarzy była szczególnie aktywna w latach tuż po śmierci Stalina (1953). Członkowie tej subkultury wywodzili się głównie z młodzieży inteligenckiej z rodzin o wysokim statusie materialnym. Zasadniczym rysem tej subkultury było odrzucenie oficjalnie propagowanych i obowiązujących wzorów i podkreślenie w ten sposób osobistej wolności i niezależności oraz akceptacja tego, co zakazane. A zakazane były nowe trendy, którymi kusiła kultura Zachodu, czyli moda ubierania się, nowa muzyka, głównie jazz, nowe tańce itp. Można więc stwierdzić, że podstawową racją bytu i wyróżnikiem grupowym bikiniarzy była fascynacja Zachodem, przede wszystkim Ameryką. Bikiniarze ubierali się więc w kupowane na bazarach zachodnie, najlepiej amerykańskie ciuchy, słuchali zachodniej muzyki, głównie amerykańskiego jazzu. Cechowała ich troska o elegancję w wyglądzie i manierach oraz zainteresowanie nowymi trendami w kulturze młodzieżowej. Byli niewygodni dla ówczesnych władz. Bycie bikiniarzem w tamtych czasach nie było łatwe i wymagało pewnej odwagi: milicja polowała na nich, obcinając krawaty, a zdarzało się, że golono ich starannie wymodelowane fryzury. Subkultura bikiniarzy wyrosła na afirmacji zakazanego , dlatego zamarła, gdy to, co dotąd zakazane, stało się legalne i częściowo przynajmniej przejęte przez kulturę oficjalną.

Termin „chuligan” odnosi się obecnie do osobnika naruszającego normy społeczne. Nazwa „chuligaństwo” w podobnym znaczeniu, a więc jako synonim wykolejonej młodzieży funkcjonowała w Wielkiej Brytanii już w wieku XIX, natomiast dopiero po II wojnie światowej tak określone zjawisko nabrało cech młodzieżowej subkultury. Chuligani pochodzili głównie ze środowisk robotniczych, z rodzin o niskim statusie społecznym. Początkowo przyswajali sobie styl i wygląd bikiniarzy, z czasem jednak zaczęły narastać różnice. Jednak nadal wspólna była im fascynacja popularną kulturą Zachodu. Dla chuligana jednakże bikiniarz stał się modnisiem, maminsynkiem. Struktura grup chuliganów opierała się na grupowej solidarności, bezwzględnym posłuszeństwie wobec przyjętego sposobu postępowania wiążącego członków grupy oraz jej przywódcy. Grupa przyjmowała podział na swoich i obcych: obcymi byli wszyscy spoza własnej grupy i spoza innych grup chuligańskich. Obcy zasługują na pogardę i brutalne potraktowanie. Subkultura chuliganów zanikła już w latach sześćdziesiątych, natomiast przetrwał do dziś termin „chuligan” i „chuligaństwo” jako synonimy dewiacyjnych postaci kultury młodzieżowej.

Gitowcy (git-ludzie) stanowią zjawisko rdzennie polskie, chociaż gitowska ideologia, zwyczaje i rytuały są podobne do innych funkcjonujących na granicy świata przestępczego grup subkulturowych z innych krajów. Gitowcy znani byli już w połowie lat pięćdziesiątych w młodzieżowych zakładach karnych, wychowawczych i poprawczych, jednak jako zjawisko rozpoznawalne pojawiło się dopiero w latach siedemdziesiątych. Ideologia gitowców polegała na podziale społeczeństwa na dwie grupy: ludzi, czyli ich, i frajerów. Frajerów należy eksploatować w każdy możliwy sposób. Git-ludzie to „swoi”, wszyscy inni to obcy. Obcymi byli mieszkańcy innych miast czy innego środowiska, cudzoziemcy. Ze szczególną brutalnością odnosili się do hipisów. Drugi – obok eksploatacji frajerów – kierunek działania gitowców to „neutralizacja ideałów i wpływów normalnego społeczeństwa, a więc resocjalizacja negatywna przeciwstawiana zasadniczym celom organizacji formalnej, to jest resocjalizacji i socjalizacji”. Wśród gitowców obowiązywał kult siły fizycznej i twardego charakteru. Stąd hipisi, stanowiący antytezę męskiego ideału stworzonego przez gitowców, byli przez nich tak prześladowani. Głównymi cechami „dobrego” gitowca obok agresywności są spryt i bezwzględność. Istotną cechą tej subkultury jest posługiwanie się specjalna mową – grypserą. Subkultura gitowców zanikła pod koniec lat siedemdziesiątych, gdyż rozwinęły się wtedy nowe subkultury – najczęściej polskie odmiany subkultur zagranicznych – które są atrakcyjniejsze. Wśród nich wymienić należy przede wszystkim hipisów oraz punków.

Pod koniec lat sześćdziesiątych dotarł do Polski ruch hipisowski, głównie za sprawą mody na muzykę rockową. Ruch ten w Polsce różnił się jednak w niektórych przejawach od swego zachodniego pierwowzoru. Zrezygnowano np. z najbardziej skrajnych postulatów „odpadania” od społeczeństwa, niepodejmowania nauki i pracy, życia w samowystarczalnych komunach, opuszczania miast itd. W Polsce zaistniał jednak, podobnie jak na Zachodzie, problem narkomanii. Po hipisach funkcje kontestacyjne przejął młodszy, dynamicznie rozwijający się w okresie stanu wojennego, bardziej agresywny w wyrażaniu sprzeciwu, ruch punk.

W Polsce punk pojawił się u schyłku lat siedemdziesiątych, również – jak na Zachodzie – jako krytyczna „odpowiedź” na sytuację społeczną i ekonomiczną. Załogi punków charakteryzowała duża solidarność. Polscy punkowie w mniejszym stopniu niż ich zachodni koledzy byli nastawieni negatywistycznie i nie przejawiali agresji. Polityka obchodziła punków na tyle, na ile ingerowała ona w sferę stosunków międzyludzkich, na ile naruszała wolność ekspresji, wolność bycia sobą. Polscy punkowie, podobnie jak ci zachodni, zachowali tę samą pesymistyczną wizję świata. Jednak atrakcyjność innych subkultur, a także zmiana sytuacji politycznej i ekonomicznej odcięły punkom skrzydła. Zniknęły z ulic kolorowe irokezy na głowach, wyćwiekowane kurtki, wojskowe buty, podarte spodnie.

Specyficzny charakter założeń i działań reprezentuje ruch znany pod nazwą Pomarańczowa Alternatywa. Celem tego ruchu było pogłębienie wrażliwości estetycznej i etycznej oraz budowanie nowych humanistycznych więzi międzyludzkich. Formą działania była ironia, parodia, kpina, tak wyreżyserowana, że wywoływała śmiech widzów, którzy przychodzili na organizowane przez Pomarańczową Alternatywę happeningi. To, co było straszne na co dzień, w czasie działań tego ruchu stawało się śmieszne i komiczne.

Inne zupełnie subkultury rozwijały się w drugim podokresie, a więc w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Skinheadzi dotarli do Polski w połowie lat osiemdziesiątych. Natychmiast zaadaptowali na swój użytek nacjonalistyczny katalog haseł, np.: „Polska dla Polaków”, „Żydzi do gazu”, „Polish Power”, „White Power” i inne. Podstawowym założeniem polskich skinów jest szeroko rozumiana ideologia narodowa, wyrażająca się różnymi postawami – od patriotycznych, poprzez nacjonalizm, aż do skrajnych postaci szowinizmu narodowego. Subkultura ta, chociaż bardzo charakterystyczna, nie jest wcale jednorodna. Istnieje w niej kilka istotnych podziałów. „Nazi” to najbardziej radykalny odłam, do którego zalicza się szowinistów spod znaku „White Power”. Głoszą wizje Wielkiej Polski i wyznają nacjonalizm posunięty do granic szowinizmu. Do tej skrajnej grupy zalicza się też skinów skłonnych do bijatyk i awantur. Wraz z szalikowcami są oni postrachem polskich stadionów.

Rastafarianie są przedstawicielami ruchu o charakterze społeczno-religijnym, który powstał w drugiej połowie lat sześćdziesiątych na Jamajce wśród ludności murzyńskiej. Ruch miał cele społeczne i polityczne, ale charakterystyczne jest to, że chciał je osiągnąć przede wszystkim za pomocą religii. Według nich, gdy nadejdzie dzień sądu, potępieni zostaną wszyscy ciemiężyciele czarnych, czyli w radykalnych interpretacjach wszyscy biali. Do rozwoju ruchu przyczyniła się walnie zrodzona w jego obrębie muzyka reggae. Oparta jest ona na karaibskich motywach ludowych: teksty pieśni reggae głoszą równość społeczną, miłość i braterstwo, potępiają rasizm, demaskują symbol zła – Babilon, w którym żyjemy. W tekstach muzyki reggae znajdujemy protest przeciwko białym, poczucie zamknięcia w czarnym getcie, chęć powrotu do afrykańskich praźródeł i wierzeń religijnych. Za sprawą popularności muzyki reggae ruch rastafariański pojawił się w USA, Anglii i innych krajach. Do Polski trafił na początku lat osiemdziesiątych, tworząc subkulturę białych rastafarian. Ideologia naszego rodzimego rastafarianizmu obejmuje głównie sfery moralne rzeczywistości. Polscy rastafarianie również twierdzą, że żyjemy w Babilonie, że nasza kultura, cały system panowania nad umysłami ludzkimi muszą zostać przezwyciężone.

Nazwą „metalowcy” definiuje się subkulturę fanów odmiany rocka zwanej heavy metal. Metalowcy nie formułują odrębnej, specyficznej dla nich ideologii. Charakteryzuje ich „bycie razem” na koncertach i ten sam gust muzyczny. Polsce metalowcy wpisali się w krajobraz subkultur na początku lat osiemdziesiątych. Wyróżniali się – podobnie jak ich zachodni koledzy – głównie strojem i fascynacjami muzycznymi. Od początku swego istnienia byli oskarżeni o profanację muzyki, tendencje satanistyczne i neopogańskie, głównie za sprawą nastroju grozy, którą wywoływali na koncertach. Typowa dla heavy metalu jest widowiskowość i teatralizacja zachowania scenicznego muzyków. Koncert metalu jest nie tylko widowiskiem, ale także rytuałem, podczas którego – jak stwierdził jeden z członków heavymetalowego zespołu KAT – „można skakać, wrzeszczeć, tańczyć, wyrzucić z siebie wszystkie brudy, przestać myśleć i tylko poddać się muzyce w swój własny, indywidualny sposób: koncerty są swego rodzaju katharsis, oczyszczeniem, odejściem od szarej rzeczywistości. I dobrze”. Neopogaństwo, motywy wampiryczne, satanizm, kult śmierci i okultyzm to jedna strona metalu. Ta ciemna. Istnieje wszelako i jasna, o wiele bliższa niektórym zespołom, np. Sweet Noise, którym zależy przede wszystkim na tym, by „ostre granie”, zwane przez metalowców „łojeniem”, było niekwestionowanym faktem artystycznym.

W latach osiemdziesiątych pojawił się w Polsce „japiszon” – uproszczona, półprofesjonalna imitacja „młodego wielkomiejskiego profesjonalisty”. Specyfiką polskiego fenomenu yuppie jest po pierwsze to, że niektórzy „młodzi profesjonaliści” zaangażowali się w karierę polityczną, a po wtóre – że starają się godzić sprawy zawodowe z osobistymi i rodzinnymi. Podstawowy cel życiowy polskich yuppies to możliwie najszybciej odnieść jak największy sukces.

Najszerzej omówię subkulturę o nazwie „szalikowcy”, gdyż jest mi znana, działa w czasach obecnych. Obejmuje ona młodych ludzi, dla których kibicowanie określonej drużynie piłkarskiej stanowi czynnik grupowej tożsamości. Dla szalikowców konkurencyjna drużyna i jej kibice są synonimem wroga. Pod ich adresem skandowane są obraźliwe nazwy, wulgarne przyśpiewki itp. Mecz piłkarski jest okazją do wyładowania agresji, zaznaczenia swojej obecności, ugruntowania w sobie przeświadczenia, iż jest się członkiem określonej społeczności. W ten sposób zaspokaja się typowa w tym wieku potrzeba identyfikacji. Cechą charakterystyczną subkultury szalikowców jest okazjonalność, bowiem piłka nożna nie organizuje całego czasu życia młodych ludzi. Społeczność szalikowców wyróżniła się już na początku lat pięćdziesiątych i odtąd stadiony piłkarskie stały się widownią ich aktywności, często tragicznej w skutkach. Tytułem przykładu można tu wspomnieć zamieszki na stadionie Heysel w Brukseli 20 maja 1985 roku, kiedy podczas meczu między Juventusem Turyn a FC Liverpoolem brytyjscy kibice spowodowali gigantyczną bójkę, w wyniku której zginęło 41 osób. Od tego czasu z roku na rok problem chuligaństwa na stadionach gwałtownie narastał. Mecze piłkarskie stawały się pretekstem do wyrażania agresji wobec „obcych”. Stworzyła się już polska subkultura kibiców-szalikowców funkcjonujących na pograniczu marginesu społecznego i działań chuligańskich. Jako początek chuliganizmu piłkarskiego w Polsce można przyjąć datę 9 maja 1980 roku, kiedy to podczas finałowego meczu o puchar Polski w Częstochowie, pomiędzy Legią Warszawa a Lechem Poznań doszło do ogromnej bójki między zwolennikami obu drużyn, w wyniku której kilkadziesiąt osób zostało rannych i pokaleczonych. Sprawa ta została wówczas wyciszona, z myślą iż jest to jeden incydent. Tymczasem „szalikowy serial” na niespokojnych stadionach trwał nadal. Finał Pucharu Polski w roku 1995 pomiędzy Legią Warszawa a GKS Katowice ukazał, jak bezmyślni potrafią być nasi pseudokobice. Puchar Polski zdobyli piłkarze Legii, a warszawscy fani okazali swą radość, doszczętnie demolując własny stadion w czasie walk z policją. Znane są „pociągi widma” lub „pociągi grozy”, bijatyki przed, w czasie i po meczu. A od czasu, kiedy szeregi szalikowców zasiliła jedna z odmian skinów, problem przybrał niepokojące rozmiary. Stopień wewnętrznej organizacji grup kibiców jest luźny, aczkolwiek daje się zauważyć pewna hierarchia ważności w grupach. Dół stanowią zwykli szalikowcy, „nowicjusze”, którzy nie angażują się w agresywne akcje. Dla nich mecz to sposób na zabicie nudy, spędzenie wolnego czasu, magia tysięcy gardeł. Z czasem przejmują oni „męski styl”, przekazany im przez starszych. Nad nowicjuszami znajdują się wojownicy, którzy sami siebie nazywają „ultrasami” albo „hoolsami”. Są starsi i najbardziej agresywni. Aby zostać hoolsem, trzeba zaliczyć odpowiednią liczbę wyjazdów na mecze z własnymi, a także wrogimi klubami, pokazać się w czasie awantur. Stanowią żelazną gwardię zespołu, elitę. Nad hoolsami jest zbiorowy wódz lub rada starszych. Ona podejmuje decyzje, wskazuje na aktualnych wrogów, zawiązuje sojusze. Często agresywne zachowania szalikowców interpretuje się przy pomocy „psychologii tłumu”. Jednostka w tłumie podlega specyficznym prawom. Tłum zaraża swymi nastrojami osoby skądinąd zrównoważone i spokojne, które w innych warunkach nie ulegałyby uczuciom nienawiści i agresji. Emocje są zaraźliwe. Jeżeli grupa skanduje wyzwiska, inni robią to samo, jeżeli rzuca butelki czy kamienie – inni również chcą to robić. Spokojny chłopiec z wzorowej rodziny zamienia się w zdemoralizowanego chuligana. Jeszcze inna interpretacja odwołuje się do specyficznej cechy młodych ludzi, którzy nie chcą być tylko widziani – chcą uczestniczyć. Dlatego, nieraz bez powodu, prowokują organizatorów, innych kibiców, policję, chcąc w ten sposób sprowokować „uczestnictwo”. Któryś z dziennikarzy sportowych zanotował i zacytował w swoim artykule wypowiedź młodego kibica: „Rozróby i agresja to taki sam element futbolu jak rzuty karne i rożne. Starsze pokolenia wywołują wojny. My mamy futbol po to, żeby się bić”. Mecz piłkarski jest więc okazją i sposobem na zaspokojenie instynktu walki. Powstają różne sposoby walki z szalikowcami. W Anglii szkolone są specjalne psy, u których agresja objawia się dopiero przy określonym zachowaniu tłumu. Psy te chodzą oczywiście bez kagańca. Natomiast w Szwajcarii, jak podała prasa, kibice udający się na mecz do innego miasta muszą opuścić autobus na 20 km przed stadionem i resztę drogi odbyć pieszo. Większość po pokonaniu takiej trasy ma już tylko siłę usiąść na miejscu i w spokoju obejrzeć mecz. Kiedy w roku 1923 na stadionie Wembley w Londynie podczas meczu na boisko wtargnął tłum niezadowolonych kibiców, porządek i spokój potrafił zaprowadzić jeden policjant na białym koniu. Dziś nie wystarczają uzbrojone oddziały policji. Być może, istotnie „problem” szalikowców można rozwiązać jedynie z udziałem ich samych.

Ostatnia z omawianych przeze mnie subkultur to raperzy. Ta subkultura ma swoje korzenie w USA i powstała na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w środowisku murzyńskim. Zapoczątkował ją gatunek muzyczny rap – szybka, rytmiczna, wygłaszana na tle muzycznym melorecytacja, deklamowanie i śpiewne improwizacje. Muzyce towarzyszyły akrobatyczne tańce. Koncerty pierwszych zespołów rap urządzane były wyłącznie dla ludności murzyńskiej, ale wkrótce pojawił się rap biały na kontynencie europejskim. Lata osiemdziesiąte przyniosły rap gangsterski – gangsta rap. Nowo powstające zespoły zaczęły prześcigać się w brutalności tekstów. Grupa „Geto Boy” pobiła rekordy na wszystkich światowych listach, śpiewając:

„Zapach krwi podnieca mnie,

strzeliłem ci w głowę,

teraz siedzę i patrzę, jak umierasz,

słyszę, jak wydajesz ostatnie tchnienie”.

Nowym zjawiskiem, coraz bardziej popularnym, jest gospel rap. Jego twórcy i zwolennicy uważają, że o ile typowy rap odzwierciedla patologię życia amerykańskich gett, o tyle raperzy gospel oferują rozwiązanie dla problemów duszy. W jednej z piosenek tego typu słyszymy słowa:

„Ponieważ jestem wolny jak ptak na niebie

i jestem duchowym narkomanem,

Bóg jest moim narkotykiem”.

Muzyka rap ma spore grono wielbicieli również w Polsce. Polacy chętnie słuchają zagranicznych „kawałków”, ale od jakiegoś czasu mamy swój własny rap. Teksty naszych rodzimych raperów (począwszy od Kazika Staszewskiego, przez Liroya, do takich jak Peja, Mezo, Lajner, czy zespołów: Kaliber 44, Borixon, MorWa, Molesta, WWO) charakteryzuje pełen wulgaryzmów język ulicy, częściowo wzorowany na więziennej grypserze (w której starszy człowiek jest zgredem, policjant psem, pieniądze kasą, a wódka śmagą), z drugiej zaś strony skrajny, bezkompromisowy krytycyzm zwrócony właściwie wobec wszystkich: rodziców, nauczycieli, polityków.