Poszczególne dni tygodnia pozwalają nam uporządkować cały nasz czas, całą naszą umiejętność planowania. To one wyznaczają granice, między którymi my – ludzie – staramy się egzystować. Są niczym marginesy tej strony, na której teraz piszę. Kiedy docieram do końca wersu, przerzucają tekst do następnego. Coś w rodzaju blokady będącej kwintesencją istnienia. Takimi oto dniami tygodnia zainteresowała się tytułowa czarownica. Rozdziera ona je, niszczy, pragnie je unicestwić, chce, aby ludzie zapomnieli o przemijającym czasie. Być może nawet ona chce zapomnieć. Możliwe, że nie może pogodzić się z marnością i świadomością starzenia się. Możliwe, że chce zatrzymać czas, aby temu zapobiec, aby żyć wiecznie. Czy człowiek jest w stanie zatrzymać czas? Jak się okazuje, wyciągnięcie baterii z zegarka zda się na nic, więc i ona nie jest w stanie zatrzymać chwili niszcząc „prawy kalendarz”. Swoją drogą ten epitet prosi się o interpretację. Nie wiadomo czy to kalendarz, który leżał po prawej stronie, a czarownica wzięła go akurat do prawej ręki, czy jest to kalendarz „przestrzegający” prawa, dbający o reguły, idealny, który nigdy się nie myli i nigdy nie spóźnia, który ma z góry ustalony plan i mobilizuje ludzi, aby również planowali swoje życie.

Dlaczego czarownica jest biała? Kolor biały kojarzy się z czystością, oczekiwaniem. Kobieta, nie chce źle. Niszcząc tydzień za tygodniem pragnie tylko młodości, życia. Jednak kalendarz jest w nieładzie, zniszczony, niechciany. Z tychże składników tygodniowych wiedźma tworzy miksturę. Do poniedziałku, będącego rondlem wsypuje pozostałe dni tygodnia. Podmiot liryczny, którym jest pewna grupa ludzi, prawdopodobnie młodych, opisuje pierwszy składnik, wtorek, jako wlewaną do rondla „zimną wodę wprost z konwi.” Wtorek jest bezpostaciowy, zimny. Przelewa się pomiędzy ludzkimi palcami, którzy nawet nie za-uważają jego przemijania. Środa jako drugi składnik jest niczym mąka, której drobna konsystencja rozpyla ponad nami niepewność. Czwartek jak i piątek to koniec tygodnia. Dwa ostatnie dni przed weekendem, a świadomość istnienia czwartku napełnia wszystkich nieopisaną radością, pęczniejącą w człowieczym wnętrzu. Piątki są zatem mało ważne. One przemijają jeszcze szybciej, stają się schematyczne i błahe. Szybkie i przyjemne sprawiają wrażenie kruchych, chudych i łatwych. Piąty składnik, sobota, tonie w nadziei o dobry dzień, pokazuje swoją lekkość, początek weekendu, ale jednocześnie jego krótkość i uświadamia o już niedługo będącym poniedziałku. Niedziela jest ostatnim składnikiem, jak i ostatnim dniem tygodnia. Nie chcemy niedzieli. Wiemy, że po niedzieli jest poniedziałek, w którym wszystko zaczyna się od początku, Pragniemy, aby trwała jak najdłużej. Mikstura jest już prawie gotowa, tydzień ma się ku końcowi. Ostatni dzień tygodnia pozwala przemyśleć całe ostatnie siedem dni. Jest to wolny dzień od obowiązków, przeznaczony do odpoczynku i rozmyślania. Jest jak deser, którego z rozkoszą kosztuje się po całym tygodniu ciężkiej pracy. Jak owa mieszanka stworzona z siedmiu składników. Bez jednego, nie może istnieć drugie.

Lud nie chce tej mikstury, boi się jej, nie zna jej właściwości i działania, obawia się, że może działać na szkodę dla nich. Lud chce z powrotem swój kalendarz, chce planować i być zawsze na czas. Podmiot liryczny nazywa stworzenie eliksiru przez czarownicę ciosem, który wołając o pomoc, ma po swojej stronie biednych ludzi, których zła wiedźma okradła z czasu. Sprzeciwiają się jej woli, chcą ,aby zwróciła im kalendarze, chcą przywrócić dawny porządek świata, wyeliminować niebezpieczeństwo. Wszystkie oddechy – ludzie – zaczęły nienawidzić czarownicę z tego powodu, że ma własne zdanie, że jest aberracją życia, ponieważ jako jedyna, zatrzymując czas, chce pozostać młoda. Pragną więc spalić ją na stosie, tak jak w średniowieczu paliło się kobiety podejrzewane o czary. Określenie sukienki jako natłoku guseł, świadczy o tym, że czary były chlebem powszednim kobiety i ten chleb irytował lud, sprawiał, że zaczęli bać się o samych siebie. Ludzka świadomość umiejętności magicznych czarownicy kuła ich ostrym żarem, który rósł w ich wnętrzu i w końcu musiał wy-buchnąć. Lud nie chce się godzić na szalejącą w swoich czarach wiedźmę, która w każdej chwili, z prostej nawet złośliwości, może rzucić urok na nich i ich rodzinę. Kiedy lud, zebrawszy się wcześniej, próbował pochwycić wiedźmę i wykonać wyrok, paląc ją na wspomnianym już stosie, ta wymknęła się, przechytrzyła ich i siłą wmusiła wszystkim wypicie mikstury, sporządzonej z siedmiu kalendarzy – poszczególnych dni tygodnia. Upojeni upadali na ziemię i spali w „obu ślepiach (…) podszewkami sierści na wierzch.” Ten ostatni wers jest bardzo ciekawy. Pokazuje sprzeczności pozornie niemożliwe w świecie. Wytłumaczenie jest jednak proste. Podszewka sierści to skóra, która została zdjęta z żywej istoty. Jest więc na wierzchu. Skoro leżący na ziemi zasypiali z oczami o podszewkach na wierzchu, znaczy, że ich oczy w ogóle nie były zamknięte. Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest fakt, że ów sen jest po prostu śmiercią. Skosztowanie mikstury sporządzonej z siedmiu dni tygodnia po-woduje śmierć. Morał? Nie ma morału. Jest jedynie przestroga: Zgubnym jest doszukiwanie się powiązań pomiędzy dniami tygodnia. Każdy następuje po poprzednim automatycznie, bez jakiegokolwiek planu, a doszukiwanie się podtekstów w kontekstach może przyprawić o niepowodzenie i ewentualny ból głowy.

Kim są wspomniane w tytule szczenięta? Można przenośnie je rozumieć jako coś w rodzaju królików doświadczalnych. Jeśli tak jest, wiedźma od samego początku dobrze widziała co robi. Zwabiła rozgniewany tłum, aby sprawdzić moc swojego wytworu. Zaś skradający się naiwny lud z pochodniami wpadł w pułapkę, z której nie sposób się wydostać. Spotkał więc ich taki los, na jaki zasłużyli. Nie powinno się wścibiać nosa w nie swoje sprawy. Można, tak jak ci ludzie, zapłacić za to wysoką cenę.

W tekście występuje bogactwo różnorodnych epitetów, które bardzo ubarwiają wiersz. Sprawiają wrażenie, że sytuacja mogła mieć miejsce oraz rozbudowują cały utwór. Przykładem są „skrawki piątkowe”. Epitet ukazuje, że piątki są lekkie i przyjemne, że tak naprawdę zaledwie skrawki, krótkie chwile są ważne. Reszta to jedynie wypełniające pustą przestrzeń frazesy. Występuje tutaj również wiele metafor między innymi ta, którą tak skrzętnie opisałem: „spać podszewkami sierści na wierzch”. Obok niej jeszcze jedna zasługuje na wyróżnienie. Mianowicie: „czerwony dym podniebienia”, przedstawiająca wielu ludzi z otwartymi podniebieniami, gotowymi do wypicia mikstury, a czerwień to tak jak alarm, który świtał w umysłach osobników przyjmujących „płynne kartki siedmiu kalendarzy”, ale było już zbyt późno na jakiekolwiek działanie. Rymy tutaj nie występują. Jest to wiersz wolny, bez średniówki, nieposiana nawet żadnego znaku interpunkcyjnego, co daje szeroką gamę możliwości odbioru tekstu. Jego zrozumienie zależy od odbiorcy. Wiersz jest więc w pewnym sensie ela-styczny, dający możliwości i niejednoznaczny.