Tak jak istnieje wielu piosenkarzy jednej piosenki i aktorów jednej roli, tak też w historii literatury kilku pisarzy zapisało się dzięki jednej książce. Przeważnie było to dzieło wybitne lub kontrowersyjne, przełamywało jakieś tabu lub po prostu zyskiwało ogromną popularność. Tak było z Emily Jane Brontë – słynnej angielskiej pisarce i poetce żyjącej w I poł. XIX wieku. To autorka jednego „powieściowego przeboju”, bo przecież tak płodnego w ekranizacje. Nie szczędzono jej treści na różne rozwiązania interpretacyjne. Przejmująca mrokiem, nietypowymi postaciami i fabułą różniącą się od reszty utworów angielskich koleżanek „po piórze” Brontë. Mowa o Wichrowych Wzgórzach. Przebyła długą i zawiłą drogę opiniotwórczą – od oskarżeń Brontë o epatowanie brutalnością, wymawianie naiwności bohaterów czy nierealności zdarzeń do uznania książki jako kanonu literatury anglojęzycznej od lat 20. ubiegłego stulecia. Ekranizacji było wiele, natomiast w niniejszej pracy zajmę się jednak jedynie dwoma. Pierwszą z nich jest najbardziej popularna, wyreżyserowana przez Petera Kosminsky’ego wersja z 1992 roku z głównymi rolami w wykonaniu Juliette Binoche i Ralpha Fiennesa. Innowacją Emily była zwierzęcość bohaterów, wydobyła na światło dzienne instynkty, które budzą bezlitosną naturę człowieka, ukazując szokujące w skutkach działania. Taka jest właśnie miłość głównych bohaterów Katy i Heathcliffa. Niszcząca, wiecznie walcząca o własne „ja”, próbująca odnaleźć właściwą drogę do szczęścia. Sami książkowi bohaterowie to ludzie dzicy, posługujący się raczej głosem natury aniżeli rozumem. Powieść przeraża i fascynuje, bo utożsamiamy się z człowiekiem, który jest jednocześnie katem i ofiarą, mścicielem i człowiekiem nieszczęśliwym, jest wolny i zniewolony. To opowieść o konfliktach klasowych, o obsesji i ogromnej, potężnej, nie znającej granic miłości. A przede wszystkim - o umiłowaniu wolności - tak jak wolne są zwierzęta. Czy Binoche i Fiennesowi udało się odzwierciedlić te postacie? Nie bardzo. Przyznajmy, że jest to adaptacja, ponieważ reżyser „popłynął” odrobinę z fantazją – na potwierdzenie można przywołać tu kontynuację losów Katy – rozbudował historię córki Catherine, która moim zdaniem niczego nie wyjaśnia ani nie uzupełnia. Poza tym obsadzenie tej samej aktorki (Binoche) było dość nieszczęśliwym rozwiązaniem reżyserskim. Miałam wrażenie jakby Cathy wcale nie umarła, tylko zmieniła kolor włosów. Jednym zdaniem zaburzyło mi to pogląd o całej relacji łączącej Heathcliffa i Cathy. Gra aktorska głównych bohaterów – bo na nich głównie się skupię – jest zdecydowanie lepsza...