Był mroźny poranek. Padał deszcz. Właśnie przygotowywaliśmy się z kompanami do polowania. Uzbroiliśmy się w cierpliwość, dzidy które służyły nam zarówno do ataku jak i do obrony, dwa grube kije i sznur po to by przywiązać zdobycz. Wyruszyliśmy. Czułem jak krople deszczu odbijają się od mojej skóry. Jeden z moich kompanów rzekł:

-Ty, który rozpalasz ogień, po polowaniu nazbierasz drewna na opał.

Ominąłem się z jego uwagą, ale wiedziałem, że będziemy potrzebowali ognia.

Szukaliśmy zwierzyny całymi godzinami i nagle-Jest!-krzyknąłem. Patrzyłem jak samotny bizon błąkał się po polu w poszukiwaniu rodziny. Razem z moimi towarzyszami podeszliśmy do niego wystarczająco blisko, żeby go zaatakować. Poczułem lekką adrenalinę wiedząc, że będę musiał zabić zwierzę. Coś świsnęło i w tym samym momencie zobaczyłem jak martwe ciało bizona opada na ziemię. Owiązaliśmy go sznurami i przywiązaliśmy do kijów. Z wielkim trudem zanieśliśmy go do jaskini. W tym samym czasie moi kompani przygotowywali bizona do jedzenia, a ja nazbierałem trochę drewna na ognisko.

Kiedy rozpaliłem ogień zobaczyłem, że wódz plemienia maluje coś na skale. Podszedłem do niego i zapytałem:

-Co malujesz wodzu?

-Aaach, moje dziecię. Maluje waszą wyprawę po jedzenie w tym wypadku bizona-w tym momencie lekko się zaśmiał.

-Ale po co?-zapytałem

-Aaa po to, żeby synowie twoich synów zapamiętali w jakich trudnych czasach żyjemy. A wiesz co, jak chcesz, to cię trochę oprowadzę po jaskini. I poszliśmy. Im dalej zagłębialiśmy się, tym więcej było malowideł. Naliczyłem ich ponad kilkadziesiąt i z każdym wiązała się jakaś ciekawa historia, którą wódz praktycznie znał na pamięć, jakby nauczył się tego z książek. Po tej "wycieczce" poszedłem spać, a jak się obudziłem byłem we własnym domu. Nie mogłem uwierzyć, że to był sen.