Pewnej wiosny, w kwietniu, do warszawskiej kamienicy sprowadziło się małżeństwo ze służącą. Pani dawała lekcje, pan był drobnym urzędnikiem.Żyli spokojnie, choć niezbyt bogato. Po pewnym czasie służąca odeszła, a panu przytrafił się nagły krwotok. Sprowadzony natychmiast lekarz uspokoił przerażoną żonę, że to nic poważnego i zalecił spacery, a najlepiej wyjazd na wieś - to ostatnie było jednak niemożliwe.

Choroba postępowała, pan przestał pracować, żona, żeby utrzymać dom, brała dodatkowe lekcje. Po pewnym czasie, widząc jak drastycznie schudł, chory zaczął podejrzewać, że żona go oszukuje, nie mówi mu prawdy o jego stanie zdrowia. Codziennie ubierał się więc w kamizelkę i po luzach sprawdzał jak bardzo szczupleje. Pewnego dnia zaczął jednak dowodzić żonie, że jest lepiej, że "zaczyna nabierać ciała", jego zdaniem, kamizelka stała się za ciasna. W żonę także wstąpiła otucha. Po kilku dniach mąż zastał żonę za szafą, gdy nad czymś ogromnie się trudziła, zapytana wyjaśniła, że podnosiła wieko kufra. Mąż ubrał kamizelkę i rozpromienił się - była na niego za ciasna. Opowiedział wtedy żonie jak przesuwał codziennie sprzączkę w kamizelce o jedną dziurkę, by wydawała się ciasna, a wszystko po to aby żona się nie martwiła. W ten sposób poprzedniego dnia doszedł do ostatniej dziurki i nie wiedział co robić. Atu nagle, kamizelka, bez przesuwania sprzączki, stała się za ciasna.

Chory wkrótce umarł, a jego żona sprzedała wszystkie rzeczy i wyprowadziła się. Gdy się spojrzało na kamizelkę, łatwo było odgadnąć, że pracowało nad nią dwie osoby: mąż przesuwając sprzączkę i żona skracając za szafą pasek z drugiej strony kamizelki.