Wyspy szczęśliwe, utopia, miejsce gdzie bezpowrotnie ulatuje niedoskonałość – czy istnieją w rzeczywistości? Nie. Dla mnie na świecie nie ma takiego miejsca. Nie ma, nie było i nie będzie. To nie są słowa dojrzewającej nastolatki zbuntowanej przeciwko światu to obiektywne spojrzenie na wszystko, co nas otacza. Jednak ktoś nie bez przyczyny wymyślił słowa określające ideał. Każdy z nas wie doskonale, że utopia czy błogość to nie tylko puste dźwięki. W tym momencie wypracowania dochodzę do wniosku, że musi istnieć coś, co można, a wręcz trzeba, określić w sposób wielce wyidealizowany. To „coś” jest w nas, w naszej głowie. Dokładnie, choć w sposób znacznie mniej poetycki, w naszym mózgu. Od zawsze, gdy ludzie czują się źle, gdy poczują smak odrzucenia, cierpienia czy godnej potępienia niesprawiedliwości uciekają się do marzeń. „Marzenia” to takie wielobarwne słowo, które określa wszystko to, co najlepsze, najcieplejsze i najwspanialsze – przynajmniej we mnie budzi takie uczucia. Każdy człowiek w swoich marzeniach, czyli wyidealizowanej wyobraźni widzi, co innego. Jednak to wypracowanie ma być o moich wyobrażeniach, więc resztę ludzi zostawię w spokoju. Mojej wyspy szczęśliwej nie mogę porównać do snu, gdyż moje sny nigdy nie kończyły się tak jakbym chciała, nigdy w 100% szczęśliwie. Sam obraz wyspy nie jest dla mnie pozytywny – ile to statków rozbiło się o nabrzeża, na rafach koralowych czy w inny dramatyczny sposób? Moją „wyspę” potratuję jako mały światek, jakby ziemię w pomniejszeniu. Ludzie byliby życzliwi, uczciwi, pracowici, a przede wszystkim sprawiedliwi – podsumowując - po prostu idealni. Nikt nie wiedziałby, co to pieniądz, bo w moim świecie owe zło nie miałoby swojego miejsca. Nikt nie potrzebuje rozbudzających najgorsze,...