Dżuma Alberta Camusa

i Opowiadania Tadeusza Borowskiego – scharakteryzuj dwa spojrzenia na człowieka w warunkach zagrożenia

Zagrożenie to zjawisko wywołane działaniem sił natury bądź człowieka, które powodują, że poczucie bezpieczeństwa maleje lub też zupełnie zanika. Żyjemy w świecie, gdzie zagrożenia są na porządku dziennym. Od najbardziej prozaicznych typu choroba czy wypadek, po wielkie, takie jak wojny, terroryzm, śmierć, klęski żywiołowe czy choroby cywilizacyjne. Z jednymi zmagamy się niemal codziennie, mogąc sprawdzić swoją odporność na sytuacje kryzysowe; o innych tylko słyszymy lub czytamy i te relacje osób trzecich, często skłaniają nas do refleksji nad tym, jak sami byśmy sobie poradzili w starciu z konkretnym niebezpieczeństwem; czy mielibyśmy na uwadze tylko własne dobro, czy dbalibyśmy też o swoich bliskich i innych towarzyszy niedoli, a może znaleźlibyśmy dobre strony katastroficznej sytuacji i staralibyśmy się na niej w jakiś sposób skorzystać?

Podczas gdy takie hipotetyczne rozważania na temat własnych oraz cudzych postaw i poczynań w ekstremalnej sytuacji, mogą być dla jednych tylko rozrywką lub tematem do dyskusji, dla innych mogą być inspiracją w pracy twórczej. Dzieje się tak na przykład, gdy takie rozważania stanowią kanwę dzieł literackich, w których bohaterowie zmagają się z kryzysowymi sytuacjami, w których ich odporność psychiczna, system wartości, poczucie człowieczeństwa, odruchy altruistyczne i konstruktywność działań, zostają wystawione na próbę. Wszelkie zagrożenia, czy to naturalne, czy związane z działalnością człowieka oraz sposoby na ich przetrwanie, są nieustającą inspiracją dla twórców literatury.

Jednym z takich zagrożeń dostarczających tematu do roztrząsań i okazji do prezentowania godnych potępienia lub naśladowania postaw, jest wojna. Zwłaszcza w literaturze pierwszej połowy XX wieku temat ten był wszechstronnie analizowany. My przyjrzymy się świadectwu czasów wojny zawartemu w Opowiadaniach Tadeusza Borowskiego. Zachowania bohaterów opowiadań zestawimy z postawami życiowymi bohaterów Dżumy Alberta Camusa. Między życiem jednych i drugich można dopatrzeć się bowiem podobieństw. Wszyscy oni żyją w niewoli, w ciągłym zagrożeniu i zostali postawieni w obliczu zdarzeń, które odbierają wrażliwość na ból i śmierć. Niecodzienne sytuacje, w których się znaleźli są sprawdzianem dla ich systemu wartości i zmuszają ich do wyborów między dobrem i złem.

Naczelnym tematem opowiadań obozowych Tadeusza Borowskiego, jest wpływ obozu koncentracyjnego na kodeks moralny oraz psychikę człowieka. Każdy więzień obozu stoi przed trudnym wyborem postawy życiowej, wynikającej z tragicznych okoliczności, w jakich się znalazł. Może próbować walczyć z obozową rzeczywistością i buntować się wobec niej, może próbować uciec, co prawdopodobnie skończy się dla niego śmiercią. Może też się poddać, zrezygnować z walki i przystosować się do warunków obozowej egzystencji, dostosowując swój kodeks etyczny do kodeksu życia obozowego i panujących tam realiów. Ta ostatnia postawa jest charakterystyczna dla tak zwanego „człowieka zlagrowanego”, który oswaja się z bezsilnością wobec masowej i nieustającej śmierci oraz zbrodni, żyje zobojętniały na ból i rozpacz, staje się egoistyczny i amoralny w obronie własnego życia. To człowiek przystosowany do nieludzkich praw rządzących obozem koncentracyjnym; jest cynikiem i egoistą. Nie dziwi się żadnym okrucieństwom, nie zwraca uwagi na to, że obok niego giną setki ludzi. Obóz to dla niego miejsce, w którym nie tylko się umiera, ale także trzeba żyć. Niestety, życie to jest możliwe dopiero po odrzuceniu wszystkich obowiązujących kryteriów moralnych.

Narrator Opowiadań nosi imię Tadeusz i scala swą osobą wszystkie wydarzenia i postacie. Uświadomił on sobie, że tylko bezwzględność wobec innych więźniów pozwoli mu przetrwać w zorganizowanym społeczeństwie obozowym.

Podstawą jego funkcjonowania w obozie jest nadzieja, która pozwala wierzyć, że zło się skończy, że nadejdzie inny świat i powrócą prawa moralne obowiązujące kiedyś.

Czy myślisz, że gdyby nie nadzieja, iż ten inny świat nadejdzie, że wrócą prawa człowieka – żylibyśmy w obozie choć jeden dzień? To właśnie nadzieja każe ludziom apatycznie iść do komory gazowej, każe nie ryzykować buntu, pogrąża w martwotę. To nadzieja rwie więzy rodzin, każe matkom wyrzekać się dzieci, żonom sprzedawać się za chleb i mężom zabijać ludzi. To nadzieja każe im walczyć o każdy dzień życia, bo może właśnie ten dzień przyniesie wyzwolenie. Ach, i już nawet nie nadzieja na inny, lepszy świat, ale po prostu na życie, w którym będzie spokój i odpoczynek. Nigdy w dziejach ludzkich nadzieja nie była silniejsza w człowieku, ale nigdy też nie wyrządziła tyle zła, ile w tej wojnie i w tym obozie.

Póki co Vorarbeiter Tadek ma tylko jeden cel w życiu – przetrwać za wszelką cenę, nawet jeśli oznacza to przystosowanie się do istniejących warunków, zaakceptowanie śmierci i okrucieństwa oraz takich praw obozu jak donosicielstwo czy zabójstwa. Jest człowiekiem zlagrowanym a taki człowiek wie, jak należy zachowywać się w obozie, zna receptę na przeżycie; zdaje sobie sprawę z tego, że można tu przetrwać tylko czyimś kosztem i godzi się na to, gdyż żyjąc w tych nieludzkich warunkach, pod presją i w stanie ciągłego zagrożenia śmiercią, trudno jest odróżnić dobro od zła a jeszcze trudniej o jakiekolwiek altruistyczne odruchy. By przeżyć, trzeba zmienić swój kodeks etyczny i przewartościować swój system wartości. Na pewno w rzeczywistości obozowej nie może przetrwać etyka chrześcijańska ani przestrzeganie nakazów dekalogu, który został zastąpiony w obozie koncentracyjnym przez wewnętrzne prawa. Nieraz trzeba coś ukraść, czasem trzeba zabić, nie ma tu mowy o miłości do bliźniego… Więźniowie tracą poczucie wartości etycznych i moralnych, jakimi należy kierować się w życiu. Warunki i polityka władz obozowych powodują, że „więzień staje się wrogiem więźnia” z ofiary stając się katem i współdziałając z prześladowcami.

I tak na przykład, w jednym z opowiadań Borowski przytacza relację mężczyzny, który wysłał do komory gazowej własnego ojca. Tak bardzo bał się o swoje życie, że nie chciał narazić się pilnującemu porządku esesmanowi.

Przyjechał z transportem, zobaczył mnie przed komorą, zaganiałem ludzi, rzucił mi się na szyję, zaczął mnie całować i pytać, co to będzie i że on jest głodny, bo dwa dni jada bez jedzenia. A tu komandofuhrer krzyczy, żeby nie stać, że trzeba pracować! Co miałem robić? „Idź, ojciec – mówię – wykąp się w łaźni, a potem pogadamy, widzisz, że teraz nie mam czasu”. – I ojciec poszedł do komory.

W innym , narrator rozmawia z Żydem, który wieszał ludzi w lagrze pod Poznaniem. Ci ludzie byli w ten sposób karani za kradzież. Powiesił nawet własnego syna.

W obozie nie ma miejsca na miłość, przyjaźń czy sentymenty. Wszędzie panuje znieczulica i troska tylko o własne dobro. Codzienne obcowanie ze śmiercią powoduje zobojętnienie, czego dowodzi następująca relacja z uczestnictwa w egzekucji:

Ja opowiem bardzo krótko. Jak byłem w Mauthausen, złapano tam dwóch uciekinierów, akurat w Wigilię. Postawiono szubienicę na placu, koło wielkiej choinki. Cały obóz był zebrany na apelu, gdy ich wieszano. Na choince akurat zapalono światła. Wtedy wystąpił lagerführer, zwrócił się do więźniów i zakomenderował: – Häftlinge, Mützen ab! Zdjęliśmy czapki. Lagerfuhrer rzekł na tradycyjną przemowę wigilijną: – Kto się zachowuje jak świnia, będzie jak świnia traktowany. Häftlinge, Mützen auf! Założyliśmy czapki. – Rozejść się! Rozeszliśmy się. Zapaliliśmy papierosy. Milczeliśmy. Każdy myślał o swoich rzeczach.

Najdobitniej proces degradacji człowieczeństwa, ukazuje Borowski w opowiadaniu Proszę państwa do gazu, w którym młoda matka, w obawie przed śmiercią, ucieka od swego małego dziecka w nadziei, że nieprzyznawanie się do niego ocali jej życie. Jej instynkt macierzyński przegrywa w starciu z potrzebą przetrwania.

Oto idzie szybko kobieta, śpieszy się nieznacznie, ale gorączkowo. Małe, kilkuletnie dziecko o zarumienionej, pyzatej twarzy cherubinka biegnie za nią, nie może nadążyć, wyciąga rączki z płaczem: – Mamo, mamo! Kobieto, weźże to dziecko na ręce! – Panie, panie, to nie moje dziecko, to nie moje! – Krzyczy histerycznie kobieta i ucieka, zakrywając rękoma twarz. Chce skryć się, chce zdążyć między tamte, które nie pojadą autem, które pójdą pieszo, które będą żyć. Jest młoda, zdrowa, ładna, chce żyć. Ale dziecko biegnie za nią, skarżąc się na cały głos: – Mamo, mamo, nie uciekaj! -To nie moje, nie moje, nie!...

Aż dopadł ją Andrej, marynarz z Sewastopola. Oczy miał mętne od wódki i upału. Dopadł ją, zbił z nóg jednym zamaszystym uderzeniem ramienia, padającą chwycił za włosy i dźwignął z powrotem do góry. Twarz miał wykrzywioną wściekłością:

– Ach, ty, jebit twoju mat', blad' jewrejskąja! To ty od swego dziecka uciekasz! Ja tobie dam, ty kurwo! – Chwycił ją wpół, zadławił łapą gardło, które chciało krzyczeć, i wrzucił ją z rozmachem jak ciężki wór zboża na auto. – Masz! Weź i to sobie! Suko! – i cisnął jej dziecko pod nogi. – Gut gemacht, tak należy karać wyrodne matki – rzekł esesman stojący przy samochodzie. – Gut, gut Ruski.

Oczywiście w Opowiadaniach mamy też przykłady postaw pozytywnych, zasługujących na szacunek, podziw i naśladowanie. W Proszę państwa do gazu młoda dziewczyna odważnie idzie na śmierć. W Dniu na Harmenzach pani Haneczka pomaga więźniom ryzykując własnym życiem. Lepiej sytuowani pomagają współwięźniom w pozyskaniu lepszego miejsca pracy… są to jednak w tym świecie pojedyncze przypadki; ludzkie odruchy są tu rzadkością, bo można je przypłacić życiem.

Na uleganie emocjom i altruistyczne odruchy, mogą za to pozwolić sobie bohaterowie Dżumy Alberta Camusa. Oni też żyją w niewoli i w świecie gdzie śmierć i ciągła obawa o życie staje się codziennością. Jednak tutaj pomaganie innym nie jest karane i pozwala zapomnieć o własnych troskach.

Powieść Dżuma Alberta Camusa jest utworem, który można określić w wieloraki sposób: jest to zarówno powieść egzystencjalna związana z filozofią egzystencjalizmu, kronika walki z epidemią dżumy, która dziesiątkowała algierskie miasto Oran w latach czterdziestych, jak i parabola – przypowieść. Na paraboliczny charakter Dżumy wskazuje jej motto autorstwa Daniela Defoe: "Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje”. Albert Camus opisując wypadki dziejące się w Oranie, chce ukazać czytelnikowi coś zupełnie innego. Szalejącą zarazę autor przedstawia jako alegorię wojny, nieszczęścia, zagrożenia czy też wszelkiego zła. Na podstawie szalejącej w Oranie epidemii dżumy, ukazuje czytelnikowi zjawiska o wiele szersze i głębsze znaczeniowo. Przedstawione wydarzenia nie są ważne ze względu na ich dosłowne znaczenia, lecz jako przykład uniwersalnych zasad, zachowań ludzkich, postaw wobec życia i losu. W powieści tej płaszczyzną dosłowną jest walka z zarazą w Oranie, płaszczyzną przenośną są ponadczasowe wartości i postawy ludzkie w obliczu zagrożenia. Pod postacią choroby Camus przedstawił całe zło świata, a ukazane postawy mieszkańców w obliczu zagrożenia są tendencyjnymi postawami, jakie ludzie przyjmują, aby przetrwać w obliczu wojny, kataklizmu, czy choroby. Wymowa powieści jest jednoznaczna: konieczny jest bunt wobec zła oraz zrozumienie i współczucie dla drugiego człowieka.

Główni bohaterowie Dżumy to doktor Rieux, Tarrou, Rambert, Grand, ksiądz Paneloux i Cottard. Każdy z nich reprezentuje inną postawę, w swoich działaniach kierując się odmiennymi racjami, inaczej rozumiejąc to, co się wokół nich dzieje. Wiele ich dzieli, ale też wiele łączy, przede wszystkim wspólna walka z zarazą. Wszyscy, oprócz Cottarda, który woli korzystać na tragicznej sytuacji niż się z nią zmagać biorą udział w akcji przeciw epidemii.

Doktor Rieux przez cały czas leczy chorych, należycie wypełniając swoje obowiązki. Jako lekarz czuje się odpowiedzialny za swoich pacjentów. Rieux pochodził z rodziny robotniczej i zdobycie wykształcenia kosztowało go wiele wyrzeczeń, dlatego chce uprawiać swój zawód najlepiej jak potrafi. Chociaż jako pierwszy zaczął sobie uświadamiać, co mogą oznaczać martwe szczury, nie wyjechał z miasta przed zamknięciem jego bram, choć łatwo znalazłby pretekst towarzysząc swojej chorej żonie w podróży do uzdrowiska. Jest godnym do naśladowania altruistą, który wybrał ciężki i szlachetny zawód.

Nie było łatwe na przykład kierować tym szpitalem pomocniczym (było ich teraz trzy), który mu powierzono. Kazał przerobić pomieszczenie łączące się z salą porad na izbę przyjęć. W zagłębieniu podłogi powstało jeziorko wody krezolowej, pośrodku którego znajdowała się wysepka z cegieł. Chorego zanoszono na tę wysepkę, rozbierano szybko i jego odzież spadała do wody. Umyty, wysuszony, okryty szorstką koszulą szpitalną przechodził do rąk Rieux, potem przenoszono go do jednej z sal. Były to sale rekreacyjne szkoły, która razem mieściła teraz pięćset łóżek, a wszystkie niemal były zajęte. Po przyjęciach porannych, którymi Rieux kierował sam, gdy chorzy zostali już zaszczepieni, a dymienice otwarte, sprawdzał jeszcze statystyki i wracał na konsultacje po południu. Wieczorem wreszcie szedł do pacjentów i zjawiał się w domu późno w nocy.(…) Był mocny i odporny. W gruncie rzeczy nie był jeszcze zmęczony. Ale nie mógł znieść na przykład wizyt u pacjentów. Diagnoza, że chodzi o gorączkę epidemiczną, oznaczała szybkie zabranie chorego z domu. Wówczas zaczynała się abstrakcja i prawdziwa trudność, ponieważ rodzina chorego wiedziała, że może go ujrzeć tylko uleczonym lub martwym(…). Wówczas zaczynał się walki, łzy, przekonywania, słowem, abstrakcja. W mieszkaniach, przegrzanych od gorączki i leku, rozgrywały się szaleńcze sceny. Ale chorego zabierano. Rieux mógł odejść.

Tarrou wraz z Rambertem, ojcem Paneloux i Grandem zajmują się tworzeniem ochotniczych oddziałów sanitarnych i w miarę swych sił oraz możliwości pomagają chorym. Ich działanie jest heroiczne, walczą oni bez nadziei zwycięstwa wiedząc, że z dżumą się nie wygra, gdyż ta przychodzi i odchodzi, kiedy chce. Nie jest to jednak podniosły heroizm, otoczony podziwem i uznaniem, odwołujący się do wielkich słów. Bohaterowie robią to, co do nich należy, wypełniają swoje obowiązki, które wydają się im oczywiste. Z pomysłem utworzenia oddziałów sanitarnych wyszedł Tarrou.

- Wiem – powiedział Tarrou bez wstępów, – że mogę mówić z panem wprost.(…) Organizacja służby sanitarnej jest kiepska. Brak panu ludzi i czasu. Rieux znowu przyznał, że to prawda. - Dowiedziałem się, że prefektura zamierza stworzyć coś w rodzaju służby cywilnej, by ludzie zdrowi wzięli udział w ratowaniu miasta.

- Pan jest dobrze poinformowany. Ale niezadowolenie jest wielkie i prefekt waha się. - Dlaczego nie pomyśli się o ochotnikach? - Zrobiono to już, ale z niewielkim skutkiem.

-Tak, drogą oficjalną i nie bardzo wierząc w rezultaty. Tym ludziom brak wyobraźni. Nigdy nie są na wysokości zarazy, zaś środki, jakie wymyślają, są zaledwie na miarę kataru. Jeśli pozwolimy im działać, zginą, a my wraz z nimi.(…) Mam plan organizacji ochotniczych oddziałów sanitarnych. Niech mnie pan upoważni, bym mógł się tym zająć i zostawimy administrację na boku. Zresztą są i tak przeciążeni. Mam wszędzie trochę przyjaciół i od nich zaczniemy. Rzecz prosta, że sam wezmę w tym udział. - Nie wątpi pan oczywiście, że zgadzam się z radością – powiedział Rieux. – Trzeba pomocy zwłaszcza w naszym zawodzie. Postaram się uzyskać zgodę prefektury. Zresztą, oni nie mają wyboru. Ale ta praca może skończyć się śmiercią, pan wie o tym dobrze. W każdym razie musze pana uprzedzić.

Ojciec Paneloux początkowo ograniczał swoją walkę z zarazą do wychodzenia naprzeciw duchowym potrzebom mieszkańców Oranu i organizując tydzień wspólnych modlitw oraz uroczyste msze święte do św. Rocha, zadżumionego świętego. Wygłaszając swoje kazania „Ojciec Paneloux nigdy nie czuł bardziej pomocy boskiej i chrześcijańskiej ufności danych każdemu. Miał nadzieję, wbrew wszelkiej nadziei, że mimo okropności tych dni i krzyków umierających nasi współobywatele skierują do nieba jedyne chrześcijańskie słowo; słowo miłość. Bóg uczyni resztę ”.

Doktor Reux był za konstruktywnym i stanowczym działaniem, nie modłami; wolał nie liczyć na cud.



Gdyby wierzył we wszechmogącego Boga, przestałby leczyć ludzi zostawiając Bogu tę troskę. Ale ponieważ nikt na świecie, nawet Paneloux, choć sądzi, że w Boga wierzy, nie wierzy w niego w taki sposób, ponieważ nikt nie poddaje się całkowicie, on Rieux, myśli, że tu przynajmniej jest na drodze prawdy, skoro walczy przeciw światu takiemu, jaki jest.

Przekonany o potrzebie działania i możliwości pokonania zarazy Rieux, zdołał nakłonić ojca Paneloux do czynnej walki z chorobą. Nienawidzę śmierci i zła, ksiądz wie o tym dobrze. I czy ksiądz tego chce, czy nie, jesteśmy razem, żeby je znosić i żeby z nimi walczyć .



Odkąd Paneloux wstąpił do formacji sanitarnych, nie opuszczał szpitali i tych miejsc, gdzie można było zetknąć z dżumą. Stanął w pierwszym szeregu ratowników, to znaczy znalazł się tam, gdzie według swego mniemania powinien był się znaleźć. Nie brakło mu widoków śmierci. I choć chroniło go serum, myśl o własnej śmierci nie była mu obca.

Bez wahania do oddziałów sanitarnych dołączył skromny, pochłonięty pisarską pasją Joseph Grand, zostając sekretarzem formacji.

Część drużyn zorganizowanych przez Tarrou zajęta była pracami zapobiegawczymi w przeludnionych dzielnicach. Próbowano tu wprowadzić konieczną higienę, obliczano ilość niezdezynfekowanych strychów i piwnic. Inna część drużyn towarzyszyła lekarzom w wizytach domowych, troszczyła się o transport zadżumionych, a nawet, w braku specjalnego personelu, przewoziła chorych i zmarłych. Wszystko to wymagało rejestracji i statystyk, które prowadził Grand. Z tego punktu widzenia narrator uważa, że Grand bardziej niż Rieux i Tarrou ucieleśniał milczącą cnotę ożywiającą formacje sanitarne. Powiedział „tak” bez wahania, z właściwą sobie dobrą wolą poprosił tylko, żeby zlecono mu niewielkie zadania był zbyt stary od innych.

Na końcu do walki z zarazą przyłączył się dziennikarz Rambert, który przyjechał do Oranu, aby napisać artykuł o życiu Arabów. Gdy w mieście zaskoczyła do dżuma, począł starania by jak najszybciej się z niego wydostać, co jednak okazało się trudne, ryzykowne i czasochłonne. Tułał się od urzędu do urzędu, od jednej wpływowej osoby do drugiej w nadziei, że pozwolą mu wyjechać z miasta i wrócić do ukochanej kobiety. W końcu, gdy dziennikarz był już bardzo bliski osiągnięcia celu, postanowił jednak zostać udowadniając, że w chwili niebezpieczeństwa, w walce z żywiołami, człowiek potrafi pokonać własną słabość i zdobyć się na bohaterstwo, czerpiąc siłę z poczucia obowiązku i odpowiedzialności oraz z poczucia wspólnoty i solidarności z innymi ludźmi.



- Doktorze – powiedział Rambert – nie wyjeżdżam i chcę zostać z wami.(…) Zawsze myślałem, że jestem obcy w tym mieście i że nie mam tu z wami nic wspólnego. Ale teraz, kiedy zobaczyłem to, co zobaczyłem, wiem że jestem stąd, czy chcę tego, czy nie chcę. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich.

Różne są postawy bohaterów Dżumy. Los każdej postaci to przykład podjęcia walki ze złem. Brak działań, bezmyślność, pogodzenie się z losem mogą tylko zło potęgować. Godność i siła człowieka postawionego wobec zarazy czy wojny, polega właśnie na podjęciu działań. Doktor Rieux, ojciec Paneloux, Grand, Rambert i wielu innych wspólnie walczą przeciw zarazie, choć wiedzą, że stykając się z nią na co dzień ryzykują swoim życiem i zdrowiem. Oczywiście najbardziej narażony jest doktor Bernard Rieux i inni lekarze.

Najniebezpieczniejszym skutkiem wyczerpania, powoli ogarniającym tych wszystkich, którzy nadal prowadzili walkę z zarazą, nie była owa obojętność na wypadki zewnętrzne i przeżycia innych, ale zaniedbanie, na jakie sobie pozwalali. Nabrali bowiem wówczas skłonności do unikania wszelkich gestów, które nie były najbardziej konieczne i które zawsze wydawały im się ponad siły.

Tak więc ci ludzie doszli do tego, że lekceważyli coraz częściej reguły higieny, które ustalili, zapominali o licznych zabiegach dezynfekcyjnych, jeśli szło o nich samych, i nie zabezpieczywszy się przeciw zarażeniu śpieszyli niekiedy do chorych dotkniętych dżumą płucną; uprzedzeni bowiem w ostatniej chwili, że trzeba się udać do zakażonych domów, nie potrafili zdobyć się na powrót do jakiegoś miejsca, gdzie mogli zaaplikować sobie niezbędne wkraplania. Tu kryło się prawdziwe niebezpieczeństwo, ponieważ właśnie walka z dżumą czyniła ich wówczas najbardziej podatnymi na chorobę. Stawiali na przypadek, a przypadek nie jest niczyją własnością.

Przyjaciel Rieux, doktor Richard, ojciec Paneloux oraz Tarrou przegrali walkę z chorobą. Umarli ze świadomością, że potrafili stawić czoła niespodziewanemu zagrożeniu i naznaczyli swe życie szlachetnymi i godnymi naśladowania czynami. Mimo niesprzyjających warunków ich psychika pozostała czuła na krzywdę i potrzeby innych.

Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Oranu zdali egzamin ze swego człowieczeństwa. Gdy umierają tysiące ludzi, śmierć przestaje niektórych szokować, stają się obojętni na kolejne zgony, zbiorowe pogrzeby, kremacje. Oran był gettem, a mieszkający w nim ludzie byli odizolowani od świata. Sytuacja taka powodowała próby buntu i ucieczek oraz obojętność na ludzkie nieszczęścia. Byli tacy, którzy starali się skorzystać z tej sytuacji i wzbogacić się na dżumie zajmując się szmuglowaniem towarów, korespondencji i ludzi za mury miasta ( Marcel, Louis, Gonzales, Cottard…)

W powieści Camusa dżuma stanowi też symbol zła tkwiącego w człowieku. Autor uważa, że nikt z ludzi nie jest od tego zła wolny, że każdy z nas ma je w głębi duszy: "Każdy nosi w sobie Dżumę, nikt bowiem, nikt na świecie nie jest od niej wolny ." Dżumą jest w człowieku jako egoizm, zamykanie się w kręgu własnych potrzeb, brak zainteresowania innymi ludźmi. Złem u człowieka jest jego obojętność na krzywdy ludzkie; znieczulica obejmująca społeczeństwo. Ludzie coraz częściej stają się obojętni na to, co dzieje się wokół nich, nie obchodzą ich ludzkie nieszczęścia. Ważne dla człowieka staje się tylko jego własne dobro i dla niego gotów jest nawet popełnić przestępstwo, nagiąć własne zasady, "po trupach dążyć do celu". Zło rozumiane może być tu także jako wypaczenie psychiki ludzkiej, anormalne zachowania w obliczu zagrożenia. Ludzie dostosowują się do sytuacji, przyjmują określone postawy, aby przeżyć. Jest to kataklizm, który wywołuje w człowieku tkwiące gdzieś w głębi ludzkiej psychiki najgorsze instynkty.

Dżuma jako zło tkwiące w człowieku – jest to zaraza, negatywny pierwiastek, który tkwi w każdej jednostce ludzkiej i z którym trzeba się zmagać. To zło ujawnia się często w chwilach zagrożenia. Poraża, niszczy i rodzi nowe zło – jest zatem tak samo zaraźliwą chorobą jak dżuma. W obliczu zagrożenia życia, nieopisanego cierpienia - zarówno fizycznego, jak i psychicznego, człowiek przestaje myśleć w sposób logiczny, zaczyna się zachowywać jak zwierzę; w drugim człowieku nie widzi żywej istoty ludzkiej.

Zarówno bohaterom Dżumy jak i Opowiadań Borowskiego przyszło żyć w obliczu ciągłego zagrożenia śmiercią. Sytuacje, w których się znaleźli były różne, jednak tak samo wymagały dokonania ciężkich wyborów podczas określania własnej postawy w obliczu niebezpieczeństwa. Jedni i drudzy mieli do wyboru podobne reakcje: od bierności i uległości wobec zagrożenia, poprzez rozważanie ucieczki do decyzji o potrzebie walki o siebie i innych. Więcej aktów odwagi, godnych do naśladowania poczynań i heroicznej walki widzieliśmy w utworze Camusa zaś bohaterowie opowiadań Borowskiego okazali się bardziej „zadżumieni”… Wszyscy rodzimy się z cudowną szansą na bycie szlachetnymi i dobrymi, ale niestety w obliczu czyhających na nas codziennie zagrożeń, nie każdy potrafi zdać egzamin z człowieczeństwa…bo „każdy nosi w sobie dżumę”…

BIBLIOGRAFIA:

1) T. Borowski: Opowiadania. Warszawa 2000.

2) A. Camus: Dżuma. Warszawa 1998.