Przyszłość politycznej Europy zależy od losu europejskiej kultury, a los kultury od tego na ile potrafimy uznać różnorodność za atut, a nie obciążenie – uważa wybitny socjolog Zygmunt Bauman.

Jednym z pierwszych moich państw będzie „Zielona Wyspa” czyli Irlandia. W 1961 roku Irlandia wystąpiła z wnioskiem o przyjęcie do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej - EWG ( zwanej obecnie Wspólnotą Europejską ). Członkiem Unii Europejskiej została jednak dopiero 1 stycznia 1973 r., na mocy traktatu podpisanego 22 stycznia 1972 roku. Przystąpiła do Wspólnoty wraz z sąsiedzką Wielką Brytanią i skandynawską Danią. Członkostwo w Unii Europejskiej stwarza wiele szans i możliwości rozwoju. Irlandia okazała się krajem, który w pełni potrafił wykorzystać pomoc Wspólnot Europejskich ,lecz nie z prostoliniową łatwością. Jeszcze 25 lat temu Irlandia była zacofanym krajem, uzależnionym od Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, a jej przemysł i rolnictwo było słabo rozwinięte. Wstąpienie do EWG oraz umiejętne wykorzystanie pomocy doprowadziło do sukcesu gospodarczego. Irlandia odniosła również korzyści polityczne i społeczne. "Zielona wyspa" uniezależniła się od Wielkiej Brytanii, zwiększając jednocześnie swoją aktywność i znaczenie międzynarodowe. Irlandia zaangażowała się w politykę zagraniczną Wspólnot Europejskich. Przyczyniła się m.in. do zawarcia porozumienia w sprawie Paktu Stabilności i Wzrostu, który pozwolił na wprowadzenie wspólnej waluty i przejścia do III etapu Unii Gospodarczej i Walutowej. Poza tym Irlandia aktywnie wspiera działania w dziedzinie ochrony praw człowieka i kontroli zbrojeń. Irlandia, ze słabo gospodarczo rozwiniętego kraju, przekształciła się w dynamicznie rozwijające się państwo Zjednoczonej Europy, a w ciągu kilku lat stała się "celtyckim tygrysem" Europy. Członkostwo Irlandii miało szczególne znaczenie zwłaszcza w odniesieniu do polityki rolnej oraz funduszy strukturalnych. Pozwoliło na rozwój i modernizację irlandzkiej wsi - dzięki wprowadzeniu do rolnictwa unijnych standardów ochrony środowiska i podwyższeniu poziomu bezpieczeństwa żywności. Ponadto doprowadziło do wzrostu zatrudnienia w gospodarce i usługach oraz poprawy jakości edukacji. Wpływ członkostwa Irlandii w Unii na rozwój społeczno- gospodarczy potwierdzają nie tylko wskaźniki gospodarcze, ale również ogólnie panujący dobrobyt społeczny. W tygodniku „Forum” poruszane były głownie problemy referendum , Traktatu Lizbońskiego i dość podzielonej opinii społecznej co do przyszłości UE i narzucanych z Brukseli coraz nowszych przepisów. Obywatele gardzą swoimi politykami , którzy wiele obiecują ale nie mają już perspektyw i możliwości dalszego działania, a co do traktatu jest zbyt skomplikowany i nie ma co go zmieniać skoro wszyscy czerpali mniejsze czy większe korzyści. Irlandia przystąpiła dwukrotnie do referendum w 2008 i w 2009 roku. Państwa miały wybór, czy dokonają ratyfikacji poprzez referendum narodowe czy poprzez decyzję parlamentarną. Wyjątkiem była Irlandia, w której istnieje konstytucyjny obowiązek przeprowadzenia referendum narodowego. 12 czerwca 2008 obywatele Irlandii opowiedzieli się w głosowaniu za odrzuceniem traktatu, ale w drugim referendum 2 października 2009 zagłosowali już za ratyfikacją traktatu. Za pierwszym razem sondaż przeprowadzony ok. 3 tygodnie przed referendum głosił, że poparcie dla traktatu wyraziłoby 41% Irlandczyków, zaś przeciwnych byłoby 33%. Liczba niezdecydowanych wyniosła wówczas ok. 26%. Mimo, że wstępnie traktat reformujący ustalony na szczycie lizbońskim przedstawiano jako kompromis mogący zadowalać wszystkie państwa członkowskie, to jego ratyfikacja nie przebiegała płynnie. Traktat był negocjowany głównie przez wówczas rządzących polityków, posiadających zazwyczaj większość parlamentarną. Tak więc uważano, że wypracowany traktat zostanie przyjęty raczej bez większych problemów. Faktycznie większość polityków krajów członkowskich nie zdecydowała się na przeprowadzenie referendum. Oprócz tego - jak w przypadku Irlandii odrzucono wolę wyborców i przeprowadzono drugie referendum. Podobna sytuacja miała miejsce także przy traktacie z Nicei. De facto, próby sondażowe w krajach, w których było przeprowadzane wskazywały na niemalże równowagę liczby zwolenników i przeciwników, czasem z niewielką przewagą jednych(np. 52% zwolenników w przypadku Polski) bądź drugich(np. 53% przeciwników w przypadku Francji).

W listopadzie 2008 czeski Trybunał Konstytucyjny orzekł o zgodności traktatu z czeską konstytucją, co otworzyło drogę do jego ratyfikacji w tym kraju. Prezydent Václav Klaus zasugerował jednak, że nie złoży swojego podpisu dopóki kwestii traktatu nie rozstrzygnie Irlandia. Obywatele Irlandii w drugim referendum 2 października 2009 opowiedzieli się za ratyfikacją traktatu. Po tym wydarzeniu prezydent Czech Václav Klaus postawił nowe warunki podpisania przez niego traktatu, ale podpis złożył 3 listopada 2009 roku. Jednym z powodów jest kryzys finansowy, który w istotny sposób dotknął Irlandię. Masowe zwolnienia z pracy oraz aktywna kampania informacyjna polityków irlandzkich doprowadziła do zmniejszenia się eurosceptycyzmu wśród społeczeństwa Irlandii. Kolejne referendum odbyło się w październiku 2009. Tym razem 2/3 Irlandczyków zagłosowało za przyjęciem, a prawie 1/3 za odrzuceniem traktatu. Przed powtórnym referendum Irlandia oprócz zapewnienia sobie stałego komisarza (ich liczba spada z 27 do 18) uzyskała dodatkowe gwarancje prawne w kwestiach polityki obronnej (potwierdzenie prawa Irlandii do neutralności), kwestii etycznych (Karta Praw Podstawowych ani unijna polityka dotycząca spraw wewnętrznych i sprawiedliwości nie będą wpływać na irlandzką konstytucję w kwestiach rodzinnych) i polityki podatkowej (Traktat z Lizbony nie daje UE żadnych nowych kompetencji w kwestiach podatkowych). Jednocześnie uznano, że jest to wystarczający powód by prezydenci Czech i Polski podpisali traktat. Tydzień po ogłoszeniu wyników referendum, 10 października, prezydent Lech Kaczyński złożył swój podpis pod aktem ratyfikacji traktatu lizbońskiego, kończąc w ten sposób procedurę jego przyjęcia przez Rzeczpospolitą Polską

Polska, Irlandia i Zjednoczone Królestwo walczyły o włączenie do Traktatu protokołu (tzw. „protokół brytyjski”), zabraniającego pełnej aplikacji Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Dzięki tej klauzuli Europejski Sąd Sprawiedliwości nie będzie miał zwierzchnictwa nad sądami narodowymi w sprawach objętych Kartą Praw Podstawowych. Instytucje Unijne działające w tych krajach będą jednak podlegać pod ten właśnie sąd. Początkowo Platforma Obywatelska sygnalizowała przed wyborami, iż Karty Praw Podstawowych podpisze w pełnym brzmieniu, lecz po wygranych wyborach premier Donald Tusk zadeklarował, że nie podpisze dokumentu i uhonoruje kierunek negocjacyjny poprzednich ekip rządowych. Zasugerował jednak, że Polska może podpisać dokument w przyszłości. Republika Irlandii i Zjednoczone Królestwo wynegocjowały nieobowiązywanie zapisu o decyzjach podjętych w głosowaniach większością kwalifikowaną w sektorze policyjnym i sądowym. Oba państwa będą mogły wybierać jakim decyzjom podjętym w zakresie sektora policyjnego i sądowego będą podlegać. Traktat da państwom szanse niestosowania niektórych przepisów w sektorze policyjnym i prawa kryminalnego. Zapis ten został wymuszony przez Zjednoczone Królestwo przy wsparciu Republiki Czeskiej. Zapisy w Traktacie stanowią, że podział władzy między krajem członkowskim a Unią Europejską jest procesem dwutorowym. Władza przekazana Unii Europejskiej w poszczególnych zakresach może być przywrócona państwu.

Nicolas Sarkozy skomentował to „irlandzkim incydentem” ,ale kto może wątpić czy we Francji wynik był by ten sam gdyby spytano naród o zdanie. Irlandia była pod naciskiem wielkiej trójcy Niemiec , Francji i Wielkiej Brytanii , które naciskały na pozostałe kraje w sprawie przyjęcia referendum. Prezydent Francji zerwał z obietnicą, że nikt nie będzie wywierał presji na Irlandię w sprawie unijnego traktatu Podczas spotkania z posłami prezydenckiej partii UMP Nicolas Sarkozy bez ogródek stwierdził, że Irlandczycy „muszą ponownie zagłosować”. Wyłamał się tym samym z chóru polityków, którzy zapewniali, że nie będą naciskać na Irlandię i dadzą jej czas do namysłu, co zrobić z dokumentem odrzuconym w czerwcowym referendum.

–„ Sarkozy zachowuje się jak despota. Jak przywódca mocarstwa, który myśli, że może narzucać swoją wolę mniejszym państwom. Gdybym był premierem Irlandii, ostro zwróciłbym mu uwagę” – powiedział wieloletni korespondent dziennika „The Times” Christopher Walker.

– Ponowne głosowanie to jedyna możliwość wyjścia z kryzysu. Jeśli traktat ma zostać przyjęty przed 1 stycznia 2009 roku, trzeba szybko znaleźć jakieś rozwiązanie – mówi Fabio Liberti z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych w Paryżu. Uważa, że Unia zaproponuje Irlandczykom gwarancje neutralności i nienaruszalność krajowych przepisów dotyczących prawa rodzinnego. – Możliwe jest też głosowanie nad dwoma kwestiami równocześnie: czy chcecie traktatu oraz czy chcecie dalej być członkami UE – mówi Liberti.

Mimo negatywnego wyniku referendum w Irlandii większość unijnych polityków chce, aby pozostałe kraje kontynuowały proces ratyfikacji. Miałoby to zachęcić Irlandczyków do zmiany zdania przy ewentualnym powtórnym głosowaniu. Prezydent Lech Kaczyński uznał, że jest to próba wywarcia presji na Irlandię, i zapowiedział, iż nie podpisze dokumentu, dopóki Dublin nie zdecyduje co dalej. Po rozmowie z prezydentem Sarkozym w Paryżu powiedział jednak, że Polska nie będzie przeszkodą w ratyfikacji. Nie było oficjalnej reakcji Dublina na wypowiedź francuskiego prezydenta. – Musimy tę sprawę przedyskutować. Na razie nie zajmujemy żadnego stanowiska – powiedziała rzecznik MSZ Sharon Lennon. Prezydent Francji odniósł się głosowania podczas wspólnej konferencji prasowej z Georgem Bushem w Pałacu Elizejskim. Zdaniem Nicolasa Sarkozyego, wielu Europejczyków nie rozumie Europy, jaka jest obecnie budowana. Prezydent Francji podkreślił, że początkowo Unia była postrzegana przez Europejczyków jako ochrona przed zagrożeniami, ale teraz to postrzeganie zmieniło się. Nicolas Sarkozy uważa, że politycy europejscy powinni podjąć wspólne inicjatywy odnośnie polityki imigracyjnej lub odpowiedzi na ciągły wzrost cen ropy. Zdaniem prezydenta Francji, irlandzkie "nie" jest wezwaniem do lepszego i odmiennego działania Wspólnoty.Prezydent Sarkozy przyznał, że wynik referendum "nie uprości" pracy francuskiej prezydencji Unii.

Angela Merkel się odizolowuje, Nicolas Sarkozy skupia wokół siebie kraje Południa i w efekcie cała UE nie wie już, dokąd zmierza. W związku z kryzysem euro i sporami, o to, jak nań reagować, znikają zaufanie i wola współpracy, stwierdza „Die Presse”

W kolejnym numerze tygodnika Forum „Pół Wieku Zjednoczonej Europy” poruszone zostały kwestie finansowe unii , roztrwaniania środków finansowych i o długu państw członkowskich. Na zewnątrz coraz więcej wyrazów jedności. Rządy państw UE postanowiły podjąć środki, aby uratować Grecję, stworzyć fundusz pomocowy w wysokości 750 miliardów euro, przyjąć nowe regulacje dotyczące funduszy spekulacyjnych, a nawet są ponoć bliskie porozumienia w palącej kwestii podatków od transakcji finansowych. Ale to są tylko pozory. Za kulisami działają destrukcyjne siły odśrodkowe. Zamiast jednoczyć się w tej godzinie historycznej próby, kraje członkowskie angażują się w brutalną walkę o władzę, działają z pominięciem instytucji UE i narzucają rozwiązania ignorujące partnerów. Między dwoma głównymi aktorami, Niemcami i Francją, powstaje nowe pęknięcie. Niedawno mieliśmy pierwszy publiczny dowód tego zerwania, gdy niemiecki rząd bez uprzedzenia ogłosi zamiar wprowadzenia zakazu krótkiej sprzedaży. 20 maja w Berlinie – z dala od UE – odbyła się międzynarodowa konferencja na temat regulacji rynków finansowych. „Niemcy odwracają się od Unii”, grzmi wysoki rangą przedstawiciel Rady Europejskiej. „Te środki byłyby dużo bardziej skuteczne, gdyby skoordynowano je na szczeblu europejskim”, ostrzega Michel Barnier, unijny komisarz ds. rynku wewnętrznego. A jednak instytucje wspólnotowe są ofiarami konfliktu interesów wywołanego przez Berlin i Paryż. Dopiero po czasie mogliśmy się dowiedzieć, co miało miejsce za kulisami pilnie i w panice zwołanego szczytu. Z powodu wcześniejszej rozmowy między kanclerz Niemiec Angelą Merkel a francuskim prezydentem Nicolasem Sarkozym spotkanie zaczęło się z dwugodzinnym opóźnieniem. Podczas gdy inni szefowie rządów czekali, dyskusja przerodziła się w pyskówkę. Według członków delegacji dyskutowano nie tylko o środkach służących ratowaniu euro, ale także o polityce pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego (EBC), koordynacji gospodarczej i pakcie stabilizacyjnym euro. Oboje wyszli z sali rozmów z kamiennymi twarzami. A następnie dalej ciągnęli swój spór w gronie 25 innych szefów państw i rządów. Sarkozy uderzył pięścią w stół, a nawet zagroził wyjściem Francji ze strefy jednolitej waluty, o czym poinformował potem premier Hiszpanii José Luis Zapatero. Francuski prezydent, znalazłszy sojuszników we Włoszech, Hiszpanii i Portugalii, stworzył front przeciwko kanclerz Niemiec. Do Merkel miano pretensje zwłaszcza za jej wahania podczas kryzysu greckiego. „Tym sposobem naraziła nas na miliardowe koszty”, rzuca przedstawiciel pewnego rządu. Wbrew niemieckim interesom Sarkozy wymógł przywołanie do porządku EBC, który dotychczas działał w sposób niezależny. Ta rozbieżność jest „ideologiczna i umotywowana interesami narodowymi”, komentują obserwatorzy. Z jednej strony jest Paryż i jego śródziemnomorscy partnerzy, którzy usiłują w dobie kryzysu narzucić to, czego zawsze chcieli, a mianowicie większy polityczny wpływ na EBC i złagodzenie polityki pieniężnej oraz dotyczącej stóp procentowych. Domagają się też koordynacji gospodarczej na szczeblu europejskim, która podkopałaby niemiecką konkurencyjność.

Z drugiej strony twardo stoją Niemcy, które odmawiają jakiejkolwiek koordynacji, nawet tej w granicach rozsądku. A zamiast tego jedyne żądają zaostrzenia sankcji, aby bronić rygorystycznego kursu gwarantującego stabilność wspólnego pieniądza. Ostrzeżenie wygłoszone przez Angelę Merkel w przemówieniu do posłów jest symptomatyczne: „euro jest w niebezpieczeństwie”, powtarzała je dobitnie w środę. Wezwała do podniesienia „kultury oszczędności” we wszystkich krajach UE. Francuska minister gospodarki Christine Lagarde odcięła się wówczas: „Ja absolutnie nie uważam, że euro jest zagrożone”. „Unia Europejska przeżywa wewnętrzny i zewnętrzny kryzys zaufania”. O wewnętrznym można mówić dlatego, że jej instytucje zostały zneutralizowane przez jednostronne decyzje, zaś funkcja kontrolna Komisji zawiodła. A na zewnątrz, gdyż ta międzynarodowa wspólnota państw nie wygląda na stabilną. Spadek kursu euro jest tego przejawem. Zamiast próbować rozwiązać od wewnątrz problemy i zapobiec różnicom strukturalnym, „szuka się winnych”

Francusko-niemiecka przyjaźń, która podbudowywała europejską jedność w okresie powojennym, przekształciła się w „sojusz zimnych serc” i czysto „funkcjonalną wspólnotę” zdominowaną przez rachuby dotyczące władzy, stwierdza „Die Welt”. W ocenie dziennika obecnie „francusko-niemiecka przyjaźń musi wypracować swoją nową formę w rozszerzonej Unii przytłoczonej górą długów, naznaczonej przez dyscyplinę budżetową, intensywną konkurencję, zaciekłą walkę o miejsca”. Według tej konserwatywnej gazety Angela Merkel popełniła błędy, broniąc ostrych sankcji wobec zadłużonych krajów, ale co do istoty problemu ma rację. „W dobie kryzysu Niemcy są odizolowane, jak nigdy dotąd w historii UE. A Paryż znacząco się do tego przyczynił. Na tym właśnie polega europejski dramat”. Merkel i Nicolas Sarkozy, ta „protestantka z Brandenburgii i ruchliwy Francuz, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia”, bronią różnych poglądów. Paryż wzywa do prowadzenia woluntarystycznych działań w gospodarce, dają one duże pole manewru dla tych, którzy podejmują polityczne decyzje, i tworzą Unię opartą na transferach, gdzie silni pomagają słabszym. Berlin wprost przeciwnie – opiera się wszelkiej europeizacji i stoi na straży koncepcji utrzymania ścisłych reguł, a te sprawić mają, by każdy mobilizował własne siły i zachowywał suwerenność. W tym przeciąganiu liny – na razie – górą jest Sarkozy, prowadząc UE w stronę rządu gospodarczego, stwierdza „Die Welt”.

Od dziesięciu lat mamy wprawdzie do czynienia z funkcjonowaniem krajów strefy euro w ramach szerszej wspólnoty wszystkich krajów Unii Europejskiej ale na naszych oczach rozdźwięk pomiędzy tymi grupami krajów, staje się coraz bardziej wyraźny. Co więcej zarówno w ramach UE jak i strefy euro Niemcy i Francja przestały nawet udawać,że podejmują decyzje w porozumieniu z pozostałymi członkami. Najpierw ogłaszają decyzję jaką wspólnie wypracowały obydwa kraje, a dopiero następnie jest ona przedstawiona do dyskusji albo na forum krajów strefy euro albo na forum wszystkich krajów unijnych. Tak się stało na szczycie UE w Brukseli . Najpierw Kanclerz Angela Merkel i Prezydent Nicolas Sarkozy ogłosili na konferencji prasowej wspólną deklarację, a dopiero później jej zawartość stała się przedmiotem dyskusji na forum Rady UE. Deklaracja pod nazwą „Paktu dla konkurencyjności” będzie dotyczyć 17 krajów strefy euro i na podstawie jej zawartości można się spodziewać swoistego przymuszenia krajów tej strefy do wprowadzenia reform głownie na wzór niemiecki. Nikt się raczej nie będzie sprzeciwiał bo ci najbardziej do tej pory krnąbrni są w potrzebie tak jak choćby Irlandia. Niemcy i Francja zażądały od od Przewodniczącego Rady UE Hermana Van Rompuya zwołania szczytu krajów strefy euro już na aby przyjąć rozwiązania zawarte w pakcie konkurencyjności i ten się tym głównym rozgrywającym podporządkował. Szybko po tej specyficznej prośbie okazało się, że posiedzenie krajów członków strefy euro odbędzie się w Brukseli, a pozostała 10-tka zostanie poinformowana o ustaleniach podjętych na tym posiedzeniu dopiero pod koniec posiedzenia. W ten sposób Europa dwóch prędkości stanie się faktem. W związku z tym odbywają się pospieszne konsultacje pomiędzy Berlinem i Paryżem co ostatecznie ma zawierać pakiet propozycji, które dla pozostałych krajów strefy euro będą propozycjami nie do odrzucenia. Już wiadomo co będzie zawierał „Pakt na rzecz konkurencyjności”. Niemcy oczekują że kraje tej strefy wprowadzą do swoich Konstytucji zapisy w postaci tzw. hamulców zadłużenia nie tylko limitów długu publicznego ale limitów corocznych deficytów finansów publicznych. Kolejny obszar, który ma być skoordynowany to systemy emerytalne w tym w szczególności wiek emerytalny, który w Niemczech wynosi aż 67 lat, a większości pozostałych krajów strefy, oscyluje w granicach 60 lat.

Następne forsowane przez Niemców i Francuzów rozwiązanie to zniesienie indeksacji płac i świadczeń wypłacanych w ramach systemów zabezpieczenia społecznego co ma poprawić konkurencyjność gospodarek i obniżyć wydatki budżetowe w poszczególnych krajach. Ostatni obszar to zharmonizowanie tzw. bazy podatkowej w podatku dochodowym od osób prawnych a tak naprawdę Niemcom już od kilku lat chodzi o ujednolicenie stawek tego podatku, tak aby zlikwidować tzw. konkurencję podatkową. Ponieważ stawka tego podatku w Niemczech wynosi około 30% , w Irlandii 12,5%, a na Cyprze tylko 10% wprowadzenie jednolitej stawki zapobiegłoby przenoszeniu się niemieckich firm poza terytorium Niemiec. Będą zapewne i inne propozycje szczególnie dotyczące zwiększenia Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej bo już niedługo może zabraknąć zgromadzonych w nim środków jeżeli trzeba będzie pomóc Portugalii i Hiszpanii jednocześnie. Dodatkowego wsparcia już oczekuje Irlandia ,kora do tej pory z tego funduszu pożyczyła 85 mld euro. Wszystkie te propozycje wymagają zmiany traktatów w tym w szczególności Lizbońskiego, a więc zgody 27 krajów UE ale jakoś tak dziwnie się składa, że Niemcy i Francja już wiedzą, że wszystkie pozostałe kraje nie będą się sprzeciwiały. Solidarna Unia na naszych oczach staje się Unią zdominowaną przez dwa kraje Niemcy i Francję. Raczej na pewno ta dominacja nie wyjdzie Unii na zdrowie.

UE wydaje za dużo pieniędzy i najczęściej idą one na bezsensowne projekty – tak brzmi klasyczny zarzut. „Ale czy rzeczywiście Bruksela tak pieniądze marnotrawi?”, zastanawia się Groene Amsterdammer w swoim trzecim sprawozdaniu na temat „euromitów”.

W 2012 r. budżet Unii Europejskiej wynosił 147,2 mld euro, czyli ok. 1% łącznego PKB państw członkowskich. Dla porównania budżet państwa kształtuje się przeciętnie na poziomie 44% w państwach członkowskich. Rząd federalny w takim kraju jak USA wydaje jedną czwartą dochodu narodowego. Niemniej te porównywania są jak zestawianie jabłek i pomarańczy. Federalny budżet Stanów Zjednoczonych pokrywa wydatki między innymi na obronność i policję. Pytanie brzmi, czy te 147 miliardów to za dużo dla UE? Sama Bruksela bagatelizuje tę kwotę: „Wychodzi pół filiżanki kawy na mieszkańca dziennie”. Ale to też dużo nie mówi. Czy pieniądze są wykorzystywane we właściwy sposób i we właściwych celach? Najważniejszymi pozycjami w budżecie UE są polityka spójności i wspólna polityka rolna. Bernard Steunenberg, który wykłada administrację publiczną w Lejdzie, nazywa tę ostatnią „skazą”: „Polityka rolna jest kosztowna i przynosi nam mało korzyści. Sztuczne ustalanie cen stało się nieefektywnym marnotrawstwem”. Ta partykularna polityka traci na znaczeniu, jej udział w budżecie Unii wynosi 40%. Prawie tyle samo wydaje się na politykę spójności. Setki tysięcy projektów mają zwalczać nierówności między biednymi i bogatymi regionami. „To inwestycja”, zdaniem europejskiego komisarza ds. polityki regionalnej, Johannesa Hahna. „Na szczeblu krajowym również istnieje system transferów z bogatych do biednych województw”. Istnieją jednak dwa niemałe problemy. Po pierwsze, pieniądze często nie się wydawane, a jeśli już, to nie na potrzebne projekty. „Jeżeli nie ma projektów albo jeżeli kraj nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby zapewnić swój udział finansowy w takim przedsięwzięciu, to zarezerwowane dla niego środki są po prostu trzymane”, mówi Fabian Zuleeg z Centrum Polityki Europejskiej. Drugim problemem jest brak narzędzi ewaluacji. Europejski Trybunał Obrachunkowy próbuje to zmienić od 2001 r., ale nie doszedł jeszcze do żadnej sensownej konkluzji. Rządy państw członkowskich nie potrafią odpowiednio się rozliczyć z kwot, nad których wydawaniem sprawują nadzór. Z niedawnych badań Trybunału Obrachunkowego wynika, że wiele spośród 31 unijnych agencji nie jest w stanie wytłumaczyć sporej części – czasami nawet połowy – swoich wydatków. 147 mld euro może nie jest zawrotną sumą dla 27 państw. Jednak jeżeli te pieniądze będą subwencjonowały rolników i wątpliwe projekty regionalne, to UE będzie traciła na wiarygodności.

Ostatnim z poruszanych problemów będzie „Europa bez granic” czyli strefa Shengen. Zgadzając się na przywrócenie pod pewnymi warunkami kontroli granicznych, a tak zdecydowali ministrowie spraw wewnętrznych UE, Wspólnota ulega coraz częściej wykazywanej na Starym Kontynencie tendencji – wiele z 27 państw członkowskich miałoby ochotę zamknąć się w sobie. Jeśli nie zmienią kierunku, Europa zmierza do zguby. Z balonu uszło powietrze – projekt europejski znalazł się w poważnym kryzysie. Nowatorskie pomysły na przyszłość można na razie schować do szuflady, teraz w modzie są idee demontażu UE oraz tęsknota za spokojnymi czasami sprzed integracji. Warto podkreślić, że taka sytuacja nie jest wyłącznie owocem wysiłków partii prawicowych. Nastroje te stopniowo zyskują na popularności, a towarzyszy im szereg innych, bardzo konkretnych problemów, to wszystko sprawia, że losy Wspólnoty są dziś bardzo niepewne. Zapowiadając przywrócenie kontroli granicznych, Dania pokazuje, jak może rysować się najbliższa przyszłość w wielu państwach członkowskich.

Pomysłów, jak cegiełka po cegiełce zdemontować Unię Europejską, nie brakuje. W Austrii wielu obywatelom marzy się na przykład powrót szylinga, któremu nic by groziło ze strony Grecji, Portugalii czy Irlandii. Liczną rzeszę zwolenników ma idea przywrócenia kontroli na granicy, co pozwoliłoby powstrzymać bandy włamywaczy, żebraków, nielegalnych imigrantów oraz dilerów narkotyków próbujących ją przekroczyć. Austriacy zdecydowaliby się na taki krok nawet za cenę utrudnień dla studentów z innych krajów – w końcu nie przez kogo innego, jak przez nich właśnie sale wykładowe tamtejszych uniwersytetów pękają teraz w szwach. Z zadowoleniem przystano by też na wprowadzenie ograniczeń w ruchu tranzytowym. Jak pokazują badania opinii publicznej, większość społeczeństwa opowiada się ponadto za przywróceniem dawnych barier na rynku pracy. Wiele przedsiębiorstw i pracodawców z radością powitałoby też – a nawet postulowało – wprowadzenie ograniczeń importowych na towary, które wygrywają w konkurencji z produktami krajowymi. Krótko mówiąc, rozbiórkę Europy czas zacząć. To nie są dywagacje wyssane z palca. Taki demontaż jest jak najbardziej realny, jeśli nikt z austriackich elit rządzących nie zdobędzie się na odwagę i nie opowie jasno i wyraźnie za wspólnym projektem europejskim. Zdemontowanie kontynentu da się przeprowadzić, jeśli rządy 27 państw członkowskich nadal będą unikać wspólnej odpowiedzialności, a obywatele nie będą w stanie dostrzec bezpośrednich korzyści z liberalizacji rynku wewnętrznego, otwarcia rynku pracy czy ze wspólnej waluty. Tak to już bywa z relacjami – zarówno osobistymi, jak i międzypaństwowymi. Najtrudniejszy jest zawsze czas niepewności, kiedy sprawy toczą się w niewiadomym kierunku. W takim właśnie czasie znajduje się teraz Unia Europejska. Stoi przed nią trudny wybór, a każda z obranych ścieżek będzie wymagać niemałych poświęceń. Rządy 27 państw mogą zakasać rękawy i podjąć próbę uporania się wspólnymi siłami z problemem zadłużenia publicznego w strefie euro, zaniedbaniami na rynku finansowym oraz falą uchodźców z Afryki Północnej. W tych kwestiach politycy deklarowali co prawda chęć działania, lecz jak dotąd właściwie nie zdecydowali się na nic konkretnego. A za coś konkretnego można by uznać choćby decyzję o restrukturyzacji zadłużenia w państwach znajdujących się o krok od bankructwa poprzez wykup papierów dłużnych po cenie niższej niż nominalna, stworzenie skutecznego nadzoru finansowego czy przyjęcie wspólnej polityki migracyjnej, której towarzyszyłoby powołanie do życia efektywnego systemu straży granicznej. To wszystko jest oczywiście bardzo niewygodne. Jeśli Unia miałaby pójść tym tropem, państwa musiałyby bowiem zrzec się części kompetencji na rzecz nowo powołanych instytucji wspólnotowych. Demokracja w Europie stanęłaby w obliczu nowych wyzwań, a część krajów musiałaby zgodzić się na bolesne środki. Możliwością, jaką otwiera nieprzyjęcie takiego scenariusza, jest rozwiązanie Unii Europejskiej, co byłoby zgodne z dominującymi obecnie nastrojami. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że demontaż nie ograniczyłby się li tylko do kilku wybranych dziedzin, lecz oznaczałby koniec wszystkich przywilejów wynikających z integracji. Ze zniesieniem swobody podróżowania dalibyśmy sobie jeszcze radę. Udział w unii monetarnej z Niemcami na czele miałby już jednak niekorzystny wpływ na austriacki eksport i branżę turystyczną. W pewnym momencie podważono by też najpewniej sens istnienia europejskiego rynku wewnętrznego. Problem w tym, że kiedy tylko UE zaczęłaby słabnąć, francuscy producenci samochodów oraz austriaccy rolnicy zaczęliby domagać się wprowadzenia ograniczeń importowych na konkurencyjne towary z zagranicy – i przed kolejnymi wyborami zapewne wywalczyliby sobie ustępstwa w tej sprawie. Rezygnacja ze wspólnej waluty i powrót do protekcjonizmu narodowego poważnie nadszarpnęłyby wspólny rynek, który stanowi główną siłę napędową wzrostu gospodarczego w Europie. Tym samym wpadlibyśmy w wir renacjonalizacji, pogłębiający izolację Austrii od reszty kontynentu. Pytanie tylko, czy naprawdę tego chcemy?

W estońskiej gazecie Postimees, komentatorka Livi Anna Masso wyraża ubolewanie, że po latach wysiłku włożonego w promowanie wolności i spójności Europa coraz mocniej skłania się w stronę zamykania granic i to do tego stopnia, że wielu z nas zadaje sobie pytanie, czy integracja nie wyczerpała swoich możliwości.

Bibliografia;

Pół wieku zjednoczonej Europy. „Forum” nr 13/2007

Wokół szczytu Unii Europejskiej. „Forum” nr 26/2007

Europa bez paszportu. „Forum” nr 1/2008

Irlandzka układanka. „Forum” nr 24/2008

Irlandzkie nie. „Forum” nr 25/2008

Kac po referendum. „Forum” nr 26/2008

Bój o Traktat Lizboński. „Forum” nr 29/2009

Aksamitna pięść Europy. „Forum” nr 37/2008

UE w rękach Francji. „Forum” nr 42/2008

Krzemiński A., Pogrzebu nie będzie. „Polityka” nr 45/2008

Niezjednoczone stany Europy. „Forum” nr 25/2009

- http://diepresse.com