O owczarzu co wyrychtowoł diabły i śmierć!

Jako kiejśi bywało, a dowien downa ino starzyki wiedzona, ale moc historyji znajom. Za Starodawna na nasych polach, moc lasów, a zwierza było. Wilki przychodziły w zimie pod chałupy, wderzały do szop z owcami. Na wiosne jak były głodne schłodziły do zagrod i na szałase po owce niedźwiedzie.

Strach przychłodzi na cłeka jak do pomyślunek, o tym jako tu żyli kiejśi- som las, woda, skoli i bagna- mocary. A kany były jaki przełazy w lesie to siedzieli aboje i Cygany. Jedno gaździno co to była u moji babki pedziała historyje, co po dzień dzisiejsy wsytkie pamiętajom.

Był se roz owczarz, pasoł Kansi na holi owce. Przysed ku niemu jakiś wendrowny i poziero na niego. Gdóż wie kieny to tam był ? Może być jaki święty, a może jeno jaki światowiec. Nasemu Jaśkowi, bo tak zwoł się owcarz, jeno ciarki po plecach przesły, ale nie doł nic po sobie poznać. Na gębie był inszy łod innych. Bardzo się mu chciało jeść, tóż zapytol tego Jaśka o kąsek chleba. Nas Jasiek chleba ni mioł, ale dobył zza pazuchy kawoł placka i się podzielił. Jak mu już doł, a ten se podjadł i mu zasmakowało, to obiecoł spełnić trzy rzecy.

Jasiek podumoł jakis czos, aż w końcu pedzioł:

- Tóż jo był chcioł karty do grania, cobych wiela razy z kim zagrom, dycki wygrywoł piniondze. Druga rzec to bych chcioł stołek – coby każdego kieny siednie, ni mog wstać bez moji zgody. A trzecio rzec cobych mioł chałupy, piknom gruse i każdy kto na niom wlezie, ni mog zliźć bez moji zgody.

Nas wandrowny doł mu syćko, jako se wyzwolił i se posed. Jasiek zawar owce do koszora, podoił i prawie se - zostońcie owiecki z Panem Bogiem, jo wos więcyj nie będę posł. Zebroł się z koszora i z koleby do świata poseł.

Sed cały czos z groni na doł i w kieryśi dzionek piekny przywendrowoł do jednej kotliny, ka wioska stoła. Tam gazda mioł młyn i gospode, ka wiecowym wszytkie chłopa byli. Jaśko zasłysoł jak gospodorz się skorzy na panow, co ich ni moze sie pozbyć, a co majom Koński Kopyta. Nas owczarz zacon szperki smażyć i pomyślał ze sie na nich zacai. Kole połnocy cało gospoda się zatrzęsło i w okamigu przyśli do postrzodka trzo panowie i kozali se dać piwa przy szynku. Dziwowali się straśnie co ino Jasiek nie uciok i pomyśleli ze jak taki hardy to zagrajom z nim w karty o jego nyndznom duse. Owczarz nie doł po sobie nic poznać, a uciesył sie łokropnie, bo przeco miol taki karty co zawzdy wygrywajom, a wiadomo, ze debły majom złota po usy. Wszytkie Siadły Kole Stoła i diabły po kolei zacyny grać. Grali trzy dni i trzy noce. Jasiek ich tak ogroł, co uciekły, duse my łostawiły razem z Kupom złota i wystrasyły się straśnie, ze to jakiśik więksa moc jest z gory.

Tak to nas owczarz wrocił bogaty, zbudowoł ogromnom chałupe, mioł mase bydła i młyn . Pewnego razu patrzy, a tu do izby włazi śmierć i godo co przysła juz po niego, bo jego świecka gaśnie. Jaśko bojaźliwy nie był i pado śmierci, ze juz idzie ino skońcy pykać z fajecki i kozoł ji by se klapła na stołeczku i pockała chwilecke.

Strasno pani pewno swego, rada nie rada, ze nie bydzie łodbierać łostatni przyjemności, na stołek klapła. Spoziera na Jaśka spode łba, bo nie wie cymu się ciesy, ale patrzy ni tak, ni siak stać ni moze, kiej ji Jaśko nie zezwoli. I tak zawarli pakt, ze śmieć mu przedłuzy ten pieski zywot o 100 lat. Śmierć odesła z niesmakiem, ale co miała zrobić. Minęło 100 lat jak z bica strzelił, wrociła kościsto pani, włazi dol chałupy, a Jasiek się uśmiecho i pado wesoło- Juz, juz ide, a ty za tyn cos, co by ci się nie cniło, wliź se na gruse i zerwij se troche owocow, bo som słodki jak miod a tyś strudzono straśnie. Śmierc wysła przed chałupe, poziero za drzewo widzi socyste piekne gruski. Wlazła na drzewo, nazrywała i chce zliźć, ale ni tak ni siak ni moze. Woło na Jaśka, a ten się śmieje i godo- jesce 100 roków. Śmierć była bardzo zło, tydzień bozy pieruny kole chałupy trzaskały, na nic to. Musiała na układ się zgodzić, łodesła z takim hukiem, co dwie gory sie pod ziemie zapadły.

Owczarz mioł se dobrze, mioł dycki piniądze , chodził kiej chcioł, a śmierć go omijała syrokim łukiem , a ze strachu nie chciała go brać . Wkońcu 100 lat minęły, przysła Kryska na matyska. Jaśkowi sie zycie sprzykrzyło, chciało zeby śmierc zabrała. Śmierć po Jaśka przysła, ale nawet nie chciała na niego spozierać, wzięła go za kabot i polecieli.

Do dziś dnia staryki godajom, jako to Jaśko ni mog umrzeć i jako debły i śmierć na manowce wyprowadził. Z tego morał płynie taki, ze cale zycie trza mieć łeb na karku i dbać o swoje.