dr Z. Stefaniak

Quasi-demokracja w Rzeczypospolitej

Co jakiś czas można usłyszeć w telewizji, że demokracja jest wprawdzie ustrojem wadliwym, ale najlepszym z możliwych. Być może tak jest, tyle że nie wszystko, co demokracją zwiemy, jest nią w rzeczywistości.

Ponoć od wielu już lat mamy w Polsce demokrację, i to parlamentarną. Lud wybiera swoich przedstawicieli, a ci stanowią prawo zgodnie z danymi ludowi obietnicami i z tych obietnic są przez społeczeństwo rozliczani. Tak wygląda teoria... W praktyce lud nie kwapi się na wybory, bo wie, że wybrańcy za nic mają składane obietnice, a rozliczanie z nich to czysta fikcja. Podobnie wymiana wybrańców na niewiele się zda, bo nowi szybko podążą śladem starych, zaprawionych w kłamstwach i korupcji.

Czy z tego zaklętego kręgu beznadziei nie ma wyjścia? Jest, choć ustanowienie prawdziwej demokracji nie jest łatwe nawet w krajach, które uchodzą za wzory czy nawet ojczyzny demokracji. Charakterystyczny jest przykład Stanów Zjednoczonych, wynoszonych ponad niebiosa przez polską prawicę, jako wzór wzorów. Amerykanie, prawdę mówiąc, nie mają szczególnego wyboru: Partia Demokratyczna niewiele różni się od Partii Republikańskiej - jest, owszem, za aborcją i ciut większymi podatkami, ale to wszystko. Co prawda istnieją tam także inne partie, na przykład socjaldemokratyczna, ale one nie mają najmniejszego znaczenia wyborczego. Dwie najważniejsze partie cieszą się poparciem często tych samych koncernów i miliarderów, którzy obficie wspierają obydwie gotówką. I nie robią tego bezinteresownie. Na dodatek cechą charakterystyczną systemu amerykańskiego jest brak ograniczeń kwotowych w przekazywaniu wsparcia przez poszczególne osoby i firmy. Nawet w „dzikiej" Polsce istnieje limit (10 tys. zł), które może przekazać jedna osoba na komitet wyborczy danego kandydata. To sposób, aby chronić państwo przed dyktaturą bogaczy. Jeżeli dodamy, że wybory prezydenckie za oceanem przypominają raczej wybory miss piękności niż merytoryczną debatę polityczną, to można zasadnie snuć rozważania, czy w USA istnieje w ogóle jakaś demokracja. Nie dziwi w tym kontekście, że większość Amerykanów nie uczestniczy (w Szwecji uczestniczy ponad 80 proc. mieszkańców) w wyborach, bo co za różnica, jaki reprezentant wielkich korporacji będzie rządził. Tamtejsze społeczeństwo nie buntuje się jednak, bo po pierwsze - korzysta z profitów, jakie gwarantuje obywatelstwo supermocarstwa, a po drugie - jest skutecznie ogłupiane patriotyczną propagandą, dzięki której wierzy, że żyje w najlepszym kraju świata. Nawet w Europie demokracja przeżywa kryzys, czego dowodem jest konstruowanie Unii Europejskiej pod kątem potrzeb wielkich przedsiębiorstw, a nie zwykłych obywateli.

Są jednak światełka w ciemności - demokracja ciągle ma się dobrze w Szwecji, gdzie społeczeństwo wychowano tak, aby dbało o własne sprawy i patrzyło na ręce politykom. Tam nie przejdzie hochsztaplerka, a każda korona z publicznych funduszy jest wydawana z namysłem i pod kontrolą. Podobnie w Szwajcarii, gdzie przetrwały tradycje demokracji bezpośredniej - rządzący nie tylko pytają obywateli o wszystkie ważne sprawy, ale także czują na plecach ich oddech. Jest się zatem od kogo uczyć - trzeba tylko chcieć!