Te przemyślenia napisałem dwa lata temu, kiedy dowiedziałem się, że zaprzyjaźniony redaktor Adam Gryczyński zbiera wspomnienia do kolejnej części swej książki „Czas zatrzymany 3”, która miała nosić tytuł „Nie tylko o szkole”. Z powodu braku środków finansowych książka do tej pory się nie ukazała, a ja chciałbym podzielić się swoimi przemyśleniami, które od dawna chodziły mi po głowie, tylko nie dawały się zwerbalizować.

Kiedy człowiek dobija do sześćdziesiątki i osiąga ten niewyobrażalny wiek, który mieli niegdyś jego dziadkowie, a potem rodzice, trudno mu odtworzyć w pamięci szczegóły z wczesnego dzieciństwa. W pamięci zostaje tylko sama atmosfera tamtych czasów.

Współcześnie o wykształceniu człowieka decydują studia, dyplomy i tytuły naukowe, a mnie trudno dzisiaj nawet powiedzieć, ile klas skończyli moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice. W owych czasach nie tylko szkoła była nauczycielką życia. Edukacja mieszkańców podkrakowskich wiosek kończyła się przed wojną na czterech, czy siedmiu klasach szkoły podstawowej, ale posiadali oni coś, co współczesny człowiek zatracił: życiową mądrość.

Owa mądrość wyrażała się w życiu codziennym, kiedy mieszkańcy spotykali się ze sobą dzieląc dobrym słowem na drogach, na polach, sklepiku, w kościele, przy kapliczkach w majowe wieczory, na odpustach, pogrzebach, dożynkach, w gronie rodziny, przyjaciół, sąsiadów i lokalnych społeczności, wiążących ich ściśle ze sobą. Mądrość tkwiła w pracy rolnika, rzemieślnika i piekarza, w pięknych i z miłością utrzymanych polach uprawnych i bujnych ogrodach warzywnych i sadach owocowych, w codziennych prostych i skromnych posiłkach, w pachnących bochenkach chleba z chrupiącą skórką. Mądrość wyrażała się w dobrosąsiedzkiej pomocy przy żniwach, sianokosach, wykopkach ziemniaków i nie było ważne to, że jeden sąsiad miał więcej danej uprawy, a drugi mniej. Ważniejsza była integracja i poczucie bezpieczeństwa w swoich małych ojczyznach. Ową mądrość należy przypomnieć i przeciwstawić konsumpcyjnemu modelowi życia, który większość z nas wiedzie i z bezosobową kulturą, w której degenerujemy się moralnie i umysłowo.

Z poprzednich książek „Czas zatrzymany” dowiadujemy się, jak ważny był Bóg w życiu codziennym mieszkańców Mogiły, Bieńczyc, Czyżyn, Pleszowa, Ruszczy, Krzesławic, Łuczanowic, Dojazdowa..., że ciągle odwoływali się do Niego, że chcieli Go autentycznie mieć „ w rodzin kole w troskach rodziców, dziatek snach, że chcieli Boga w książce, w szkole, w godzinach wytchnień, w pracy dniach”. Bóg był dla nich mądrością i siłą, najpewniejszą pomocą w trudnościach i z Nim najstraszniejsze wydarzenia, jak okupacja, prześladowania, zesłanie na Syberię brata mojej babci, niedostatek i bieda na przednówku były możliwe do przeżycia, gdy tymczasem u nas, w zjednoczonej Europie, przyznawanie się do Boga stało się obciachowe i wstydliwe, przez co karłowaciejemy duchowo, żyjemy w strachu i nie mamy zdrowego podejścia do chorej rzeczywistości. 

28 września 2011 roku Dziennik Metro donosił, że „Polacy przestali potrzebować nie tylko Kościoła, lecz także modlitwy, że jeszcze nigdy Opatrzność nie była dla Polaków tak mało ważna jak dziś, że modli się już tylko co czwarty z nas”. 

W komentarzach na Facebooku przewijały się takie stwierdzenia: „Czas zaciemniania mózgów się w końcu skończył. Dorośli z wyimaginowanymi przyjaciółmi mnie śmieszą. Taki jest wynik rosnącej świadomości społeczeństwa”. 

Bułat Okudżawa, gdyby żył, zaśpiewałby zapewne: „ A wsio - taki żal”... 

Ja dziki człowiek boję się ludzi, dla których bogiem jest pieniądz, więc w tym kontekście trudno się dziwić, że ogarnia mnie coraz większa nostalgia i tęsknota za czasami dzieciństwa i bezpieczniej czuję się na cmentarzu w podkrakowskiej Ruszczy, gdzie spoczywają wszyscy moi przodkowie, niż w zgiełku, pośpiechu, hałasie i laicyzacji współczesności, której nawet nie staram się zrozumieć.