„Ja nie wiem, czy jest sens. Wiem tylko, że jest mus.” Opisz losy wybranego bohatera Powstania Styczniowego. Czego mogliby się od niego nauczyć współcześni Polacy?

„Ja nie wiem, czy jest sens. Wiem, że jest mus.” Od kilku dni zastanawiam się nad tymi słowami, wypowiedzianymi sto pięćdziesiąt lat temu przez Romualda Traugutta. Wiem, że mówiąc je, miał na myśli ideę wybuchu Powstania Styczniowego – wielkiego powstania , które pochłonęło tak wiele ofiar i skończyło się upadkiem. Upadkiem tragicznym, naznaczonym bohaterstwem, poświęceniem i męczeństwem tysięcy jego uczestników. Rodzi się zatem we mnie pytanie: czy warto? Myślę i zagłębiając się w lekturę „Pamiętników z Powstania Styczniowego” Józefa Kajetana Janowskiego, z każdą przeczytaną kartą, z każdym niemal zdaniem, przekonuje się do sensu Trauguttowych słów. Mało tego, ufam im i już wiem, że tak trzeba. Trochę to dziwne uczucie, cofnąć się w tak odległe czasy po to, by móc coś zrozumieć. Zdawałoby się, że świat wyglądał wtedy inaczej i inni byli ludzie, ale coś mi mówi, że pojęcia takie jak Bóg, Honor, Ojczyzna były i powinny być nadal aktualne. Dla nich i dla nas. A więc czytam stare pamiętniki i przenoszę się w tamten świat – jego świat.

Józef Kajetan Janowski – przyszły sekretarz stanu Tymczasowego Rządu Narodowego, przyszedł na świat w Warszawie 17 marca 1832 roku. Pochodził z rodziny ziemiańskiej, pieczętującej się herbem „Strzemię”. Nie będę się rozpisywał o jego dzieciństwie i wczesnej młodości, nie to jest moim celem. Wiadomo bowiem, że młodość w tamtych czasach była trudna. Nie mam tu na myśli sytuacji materialnej jego rodziny, ani stosunków w niej panujących. Zwracam jedynie uwagę na rozpaczliwą sytuację Ojczyzny. Zniewolonej, zakutej w zaborcze kajdany, szykanowanej. Kolejne próby odzyskania Jej wolności kończyły się fiaskiem, pociągając za sobą wiele ofiar i ściągając na udręczony naród upokarzające represje. Po 1830 roku wielu musiało na zawsze opuścić kraj. Uciekali, chroniąc się przed brutalnością i panującym terrorem. W Królestwie Polskim car Mikołaj I konsekwentnie wprowadzał w życie coraz to nowe ukazy ograniczające wolność, pozbawiające Polaków prawa do posługiwania własnym językiem. Z niebywałym wręcz zapałem likwidowano polskie szkoły i wyższe uczelnie i brutalnie tępiono wszelkie przejawy polskości. Nic zatem dziwnego, że naturalnym ludzkim odruchem w tych okolicznościach był bunt , skierowany przeciw ciemiężcom, chcącym za wszelką cenę pozbawić Polaków narodowej tożsamości i dumy. Młodzi ludzie, przepełnieni ideami romantyzmu, pragnęli walki, otwartej wręcz konfrontacji – nawet za cenę życia. Nie zmieniła tego nawet śmierć cara i fakt, że na tronie zasiadł jego syn Aleksander II, przez niektórych uważany za bardziej przychylnego sprawie polskiej. Jednak jeszcze za panowania Mikołaja I, w roku 1844, utworzono w Warszawie Szkołę Sztuk Pięknych. Młodzież chętnie wstępowała w jej progi, wszak w Warszawie nie było uczelni. Tak więc wśród jej absolwentów znalazł się też Józef K. Janowski, który rozpoczął naukę na tamtejszym wydziale architektury. Pobyt w szkole zbliżył młodego Janowskiego do grona pełnej zapału i żywej myśli patriotycznej młodzieży. Te gorące serca szybko połączyła wspólna, wzniosła idea – walka z rosyjskim zaborcą w imię wolnej i niepodległej Ojczyzny. Zawiązywały się organizacje spiskujące przeciw rosyjskiemu reżimowi, tam też trafił i Józef, stając się w krótkim czasie aktywnym działaczem. W lipcu 1862 roku piastował stanowisko okręgowego Organizacji Miejskiej, zaś na przełomie listopada i grudnia wysłany został na prowincję w charakterze Komisarza Nadzwyczajnego. Pod koniec grudnia dostał propozycję wstąpienia do ścisłego grona Komitetu Centralnego. Oto jak sam wspominał to wydarzenie:

„Dnia 27 grudnia 1862 roku, w sobotę, przyszedł do mnie Oskar Awejde. Znałem go osobiście od niedawna i dość pobieżnie, robił jednak wrażenie sympatyczne. Domyślałem się, że jest członkiem organizacyi, ale właściwej jego roli nie znałem. Po zamienieniu kilku obojętnych zdań, gość mój oświadczył mi, że przychodzi do mnie, jako delegat Komitetu Centralnego, z zawiadomieniem, że Komitet postanowił powołać mnie na swojego członka; że sprawa jest nagłą, że zaraz muszę dać odpowiedź i że odpowiedź ta powinna być affirmatywną.(…) Tak się uskuteczniło moje wejście do Komitetu Centralnego. Przez myśl mi wówczas nie przeszło, że ten przypuszczalnie chwilowy udział, zamieni się w stały, rok i trzy i półmiesiąca trwający – z najwyższą względem Ojczyzny odpowiedzialnością połączony.”

Od tego momentu stał się coraz bardziej zaangażowany w działalność polityczną. Dla potrzeb konspiracji przyjął pseudonim „Jerzy”. Pracowity, znakomicie wywiązujący się z powierzonych obowiązków, stał się cenionym działaczem. Nazywano go „chodzącym archiwum”, co należy traktować wyłącznie jako komplement, zawsze bowiem o wszystkim wiedział, wszystko pamiętał, po prostu był niezastąpiony – tak scharakteryzował go Walery Przyberowski w „Dziejach 1863 roku”. Wkrótce Komitet Centralny Narodowy przekształcił się w Rząd Tymczasowy Narodowy, a Janowski został mianowany sekretarzem stanu. Nieoczekiwanie jednak nastąpił przewrót w rządzie powstańczym, który miał miejsce 25 maja 1863 roku. Powołano do steru nowy skład rządu, potocznie zwanego „Rządem Adwokatów”, składał się on w większości z prawników. Nie było w nim miejsca dla Janowskiego, sytuacja ta zmieniła się już po trzech tygodniach, kiedy „Rząd Adwokatów”, zastąpił nowy – „Rząd Lipcowy”, ( choć de facto powstał on w czerwcu 1863 roku) pod przewodnictwem Karola Majewskiego, człowieka, który posiadał tą niewątpliwą zaletę, że umiejętnie dobierał ludzi na określone stanowiska. To dzięki jego trafnemu wyborowi Janowski na powrót został sekretarzem stanu .Architekt z zawodu tym razem zbudował nie z cegieł, ale raczej z własnego trudu Sekretariat Stanu – instytucję, która posiadała zwierzchnictwo nad niektórymi gałęziami administracji powstańczej. Do obowiązków Sekretariatu Stanu należało min.: Prowadzenie korespondencji rządu, pośredniczenie między rządem a podległymi mu organizacjami, wysyłanie w teren kurierów, wydawanie paszportów, a także zarząd drogami żelaznymi i pocztą. Ogólnie rzecz ujmując, okres ten był czasem wytężonej, ale i satysfakcjonującej pracy. Janowski na swoim stanowisku spisywał się dobrze. On przecież kochał to, co robił. W pracy dla Ojczyzny znalazł spełnienie i całkowicie się jej poświęcił. Uważał, że to co robi jest swoistego rodzaju honorem i wielkim zaszczytem. Jak sam wyznaje na kartach pamiętnika nigdy nie pragnął władzy:

„Ci, którzy przed powstaniem stanowisko to zajmowali jako Komitet Centralny, czuli się uprawnionymi nam je przekazać: przyjęliśmy, w poczuciu obowiązku służenia Ojczyźnie. Nie pragnęliśmy władzy, jej urok nas nie pociągał. Władza, którą obejmowaliśmy, pozbawiona była wszystkiego, co może pociągać, co stanowi jej urok. Nie przynosiła zaszczytów, godności, błyszczenia, hołdów, kadzideł, pochlebstwa i próżności. Ale za to była trudna, ciężka, połączona z ciągłym niebezpieczeństwem utraty wolności i życia.”

Codziennie pracował więc od wczesnych godzin rannych, ze spokojem i w wielkim skupieniu wypełniając liczne obowiązki. To on ustalał, gdzie będą odbywać się posiedzenia rządu. Raz decydował, że posiedzenie będzie miało miejsce u jenerałowej Barskiej na Nowym Świecie, Następne u pani Ilinickiej na rogu Żabiej i Placu Grzybowskiego, u dr. Januszkiewicza na Żurawiej lub w probostwie kościoła Św. Aleksandra – miejscu, gdzie w styczniu 1863 roku, Komitet Centralny uchwalił wybuch Powstania Styczniowego. Na posiedzeniach rządu pilnował, by w pierwszej kolejności omawiano te sprawy, które ze swą wagę czy potrzebę, należało najpilniej załatwić. Każde województwo posiadało na terenie stolicy swój tajny punkt do składania i odbioru korespondencji z rządem, np. Księgarnia Gabathnera na Krakowskim Przedmieściu była punktem kontaktowym dla Podlasia i Żytomierza, a sklep Braczana dla Lwowa. Biuro sekretariatu Janowskiego mieściło się na ulicy Nowogrodzkiej, nieopodal jego mieszkania. Tam załatwiano szereg najpilniejszych spraw, przyjmowano interesantów i organizacje z odległych terenów, na których toczyły się walki. Działania Rządu Narodowego drażniły i rozjuszały Rosję, która pod koniec lata 1863 roku dokładała wszelkich starań, by wreszcie położyć kres powstaniu w Kongresówce. W tym samym czasie na Rusi i Litwie zostało już ono brutalnie stłumione. 17 września został obalony dotychczasowy rząd. Nowym dyktatorem powstania został Romuald Traugutt, który już w pierwszych dniach zaproponował Janowskiemu kontynuowanie pracy na dawnym stanowisku, w ten sposób pełnił on funkcję sekretarza stanu do upadku powstania. Tymczasem z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się poważniejsza. Wzmagał się krwawy terror, czyniąc tym samym ogromne spustoszenie w ludziach. Było ich coraz mniej, Sekretariat Stanu nie mógł już funkcjonować jak dawniej. Nie przyjmowano interesantów ani delegacji, bo niby skąd? Prawie wszędzie powstanie stłumiono, a i tu chyliło się ku upadkowi. Następowały kolejne aresztowania. Po schwytaniu Traugutta, Józef K. Janowski z ciężkim sercem opuścił stolicę. Nigdy już nie wrócił do rodzinnego miasta, przez kilka lat przebywał na emigracji w Paryżu, następnie osiadł we Lwowie, gdzie w 1881 roku otrzymał obywatelstwo austriackie. W 1897 roku został twórcą i prezesem Towarzystwa Weteranów. Przez cały czas odczuwał silną potrzebę spisania wspomnień, aby w ten sposób dać potomnym świadectwo tamtych dni walki. Udało mu się, jest autorem ciekawych pamiętników, które zapewne jeszcze nie raz posłużą kolejnym pokoleniom jako cenne źródło historyczne.

Jak widać historia życia Józefa Kajetana Janowskiego jest niezwykła, choć śmiało można powiedzieć, że jest jedną z wielu. Wydawać by się mogło, ze dla niego wszystko skończyło się szczęśliwie: przeżył, uniknął aresztowania, wyjechał. Inni polegli, stracili mienie i dobytek, masowo zsyłani na Sybir. Cytadela zalała się morzem krwawych łez. Jednak ja widzę to inaczej, tragedia tego człowieka była równie wielka: utracił nie tylko Ojczyznę, ale przede wszystkim przyjaciół i towarzyszy walki. Mam wrażenie, że nigdy nie pogodził się z tą ogromną stratą. Był niewątpliwie wielkim patriotą, najpierw zaangażowanym całym sercem w szlachetną ideę, później chcącym uchronić ją od zapomnienia. Jego pamiętniki to hołd dla wszystkich powstańców – tego wyjątkowego pokolenia, które pięknie żyło i pięknie umierało za Ojczyznę. To także cenna lekcja historii dla nas. Chociaż właściwie nie o historię tu chodzi. To raczej lekcja patriotyzmu – bezinteresownej miłości do własnego kraju, rodaków. Janowski czuł jedność ze wszystkimi Polakami, dlatego ja traktuję Jego jako integralną część tamtego pokolenia . Zastanawiam się, czy w dzisiejszych czasach bylibyśmy zdolni do takich poświęceń ? Czy ci, którzy dziś szumnie zwą się polskimi patriotami, są nimi w istocie? Ojczyzna to jedność, nie ma lepszych lub gorszych Polaków, bo przecież wszyscy nimi jesteśmy. Zapominanie o tym i szerzenie nienawiści wśród rodaków jest karygodne. To bezczeszczenie pamięci tych wszystkich, którzy na przestrzeni wieków chcieli dobra naszej Ojczyzny. Oni walczyli o Nią, marzyli o Niej i dla Niej ginęli. Należy się im za to nie tylko nasza wdzięczność i pamięć, ale przede wszystkim ogromny szacunek. Każdy z nas powinien wiedzieć, że rok 1863, to nie tylko data, którą musimy zapamiętać z lekcji historii. To ludzie, którzy swoim poświęceniem i miłością tą piękną kartę naszej historii stworzyli. Jestem dumny, że mimo poniesionej klęski, okazaliśmy się wtedy silnym i odważnym narodem, a tragedia tamtych dni nie złamała ducha naszego narodu, tak, jak nie zachwiała się wiara i później , w wielu trudnych dla Polski chwilach. Niech tak będzie i dziś, kiedy choć wolni, jesteśmy tak podzieleni. Pamiętajmy, że możemy się różnić – takie jest przecież prawo demokracji, ale róbmy to godnie, różnijmy się, ale pięknie, dbajmy o naszą Polskę, pielęgnujmy Jej piękną historię. Dla tych, co już odeszli, dla nas i przyszłych pokoleń.