Siedząc na parapecie z kubkiem gorącej herbaty, który parzy mnie w dłonie i patrząc jak za oknem pada deszcz, jakby to Matka Natura miała okres i chciała się na nas wyżyć, dochodzę do wniosku, że lubię być sama. Bez kogokolwiek obok. Przychodzą takie momenty, kiedy zastanawiam się nad swoim, nudnym i męczącym życiem. W głowie mam chaos i odczuwam zbyt wiele sprzecznych emocji. Nie potrafię uporządkować swoich myśli. Kolejny bilans zysków i strat. Nieudanych dni i pełnych lęku wieczorów. Kilka dni szczęścia, pozornego uśmiechu i nadziei. Mimo wielu pięknych chwil zbyt często płakałam, zbyt często cierpiałam. Raniłam i zostałam zraniona. Zbyt wiele wątpliwości i niedokończonych zdań, pytań na które nikt nie potrafi odpowiedzieć. Przekopiowuję w kilka sekund miliony chwil spędzonych z Tobą, a nawet samych spojrzeń. Dobija mnie już to. Ile można myśleć i drążyć w mózgu wciąż to samo? Po raz pierwszy dotykam ciemnej strony swojej duszy. Zapominam, co to znaczy mieć dla kogo przechodzić przez pasy na zielonym świetle. Emocjonalny kokon zaciska się co raz bardziej, kumuluje swą siłę na żylnych tętnicach. Zaczyna mi czegoś brakować i oczywiście oszukuję się, że to nie chodzi o Ciebie. Mój kot wskakuje mi na kolana i zaczyna się łasić. Muskam swoją dłonią milutkie futro i przymykam oczy. Wszytko powraca ze zdwojoną siłą. Wspomnienia przeobrażają się w ruchome obrazy niczym...