Jest 13 września 1985 roku. Ja urodzę się za 3 lata, z kolei Polygamia w sieci pojawi się za lat 22. Prezydentem Stanów Zjednoczonych jest były aktor, Ronald Reagan, przywódcą Związku Radzieckiego - Michaił Gorbaczow, który już niedługo doprowadzi do pierestrojki i rozpadu swojego państwa, co zakończy okres zimnej wojny. Losy świata zmieni również pewna gra, która właśnie ukazała się w Japonii... Gdybym żył w tamtym czasie, pisałbym o niej, pewnie na potrzeby jakiejś szkolnej gazetki, prawdopodobnie tak:

Jeśli chodzi o platformówki, Nintendo nie ma sobie równych. Flagowa konsola japońskiej firmy, NES, doczekała się właśnie nowej gry z tego gatunku - Super Mario Bros. Czy warto się nią zainteresować?

Postać Mario znamy już z poprzednich gier Nintendo. Ten wąsaty hydraulik w czerwonych spodenkach pojawił się po raz pierwszy w Donkey Kongu, gdzie znany był jeszcze jako Jumpman. Razem z bratem Luigim - obecnym także w recenzowanej grze - był także głównym bohaterem gry Mario Bros. Obie te produkcje miały jednak bardzo automatowy charakter - w przeciwieństwie do Super Mario Bros., które jest grą odrobinę poważniejszą.

Fabuła nie jest skomplikowana. Księżniczka Toadstool zostaje porwana przez niejakiego Bowsera, potwora przypominającego skrzyżowanie smoka z żółwiem. Na jej ratunek wyrusza rzeczony Mario, włoski hydraulik, wraz z młodszym bratem Luigim. Obu panom przyjdzie pokonać 8 różnych światów, podzielonych na 32 plansze, by w końcu dorwać porywacza i uratować piękną Toadstool.

Super Mario Bros. to dwuwymiarowa platformówka. Rozgrywka jest czysto zręcznościowa, skupia się na skakaniu i pokonywaniu przeciwników. Sterowanie nie jest skomplikowane. Przycisk A, jak w większości gier na NES-a, odpowiedzialny jest za skok. B pozwala na bieganie, a także strzelanie, jeśli tylko mamy taką możliwość. Jak ją zdobyć? Początkowo niewielki Mario, po zjedzeniu muchomora staje się dwa razy większy. Jeśli wtedy uda się znaleźć odpowiedni kwiatek, dostajemy możliwość strzelania przy pomocy ognistych kul. Zbieramy także monety (każde sto daje kolejne życie) i gwiazdki dające chwilową nieśmiertelność.

Plansze są dość zróżnicowane - zaczynamy w zielonej krainie, zwiedzamy podziemia (kanały?), przyjdzie nam także pływać w jeziorku czy... skakać po ogromnych grzybach. Serio. Cała gra, prawdę mówiąc, sprawia wrażenie mocno psychodelicznej. Sami zobaczcie: mamy włoskiego hydraulika, który zjada grzyby i kwiatki, ratuje księżniczkę Grzybowego Królestwa, walczy z latającymi żółwiami, wspina się po łodygach fasoli do nieba, lata na chmurach... Czyżby Shigeru Miyamoto, główny twórca gry, miał być odpowiednikiem The Beatles w grach komputerowych, a Super Mario Bros. to takie jego "Lucy in the Sky with Diamonds"?

Gra nie jest łatwa. Początkowo poziomy nie są skomplikowane, z czasem jednak, co zrozumiałe, robią się coraz trudniejsze. Nie znajdziemy tu opcji zapisu stany gry, ale dzięki prostemu trikowi można szybko przenieść się do późniejszych etapów. Wystarczy odnaleźć ukryte na niektórych planszach "Warp Zone". Zastosowano tu przy okazji bardzo interesującą zabawę konwencją. Aby odnaleźć te miejsca należy zwykle wbiec na sufit plansz toczących się pod ziemią. Mario porusza się wtedy w tym miejscu ekranu, w którym rozmieszczony jest interfejs - informacje o zdobytych punktach, zebranych monetach i tak dalej. To pewnego rodzaju przełamanie konwenansów gry wideo, które zawsze oddzielają świat przedstawiony od informacji przeznaczonych dla gracza.

Choć Super Mario Bros. bardzo mi się podoba, muszę przyznać, że tryb wieloosobowy jest niestety rozczarowujący. Teoretycznie gra przeznaczona może być dla dwóch graczy, nie znajdziecie tu jednak żadnych znamion kooperacji czy współzawodnictwa. Po prostu, gdy jeden gracz ginie, drugi zajmuje jego miejsce przy telewizorze i przechodzi grę zupełnie od początku czy też od miejsca, w którym zginął poprzednio. Między grającymi nie zachodzi żadna interakcja, tryb ten jest więc zupełnie niesatysfakcjonujący.