Pewnego majowego dnia rano wyjrzałam przez okno w swoim pokoju. Niebo było błękitne jak nigdy, a ulica, przy której mieszkam tonęła wręcz w słońcu. Mimo wczesnej godziny można było zobaczyc wiele osób, które zdecydowały się na spacer lub zakupy. Wyglądam przez okno i widzę różową kamienicę, a obok sklep spożywczy, w którym jak zwykle stoi długa kolejka. Dzieci jeżdżą na swoich kolorowych rowerach, a dwóch młodych chłopców w czerni odtwarza muzykę z telefonu komórkowego. Moją uwagę zwracają dwie kobiety, które stoją na środku deptaka, uniemożliwiając innym ludziom przejście i rozmawiają głośno. Jedna z pań ubrana jest w pistacjową bluzkę z długim rękawem i czarną spódnicę do kolan. Druga zaś w kolorową sukienkę na ramiączkach i biały sweterek. Obie śmieją się na cały głos, co zwraca uwagę przechodniów. Nagle przechodzący mężczyzna potrąca je i mówi: "Jak można tak sobie stanąc?!. Jedna z kobiet odpowiada mu bardzo niegrzecznie. Mężczyzna odchodzi zdegustowany. Znienacka z lewej strony ulicy pędzi dwóch osobników. Są cali w czerni. Obydwaj mają złożone kaptury. Jeden wyrywa kobiecie...