UWAGA! Fragment tej książki został udostępniony przez autora specjalnie dla portalu Webook.pl

Więcej informacji o książce znajdziesz pod adresem:

http://www.webook.pl/b-31072,Okaleczony_aniol.html

Oficjalna strona książki:

http://beataszymura.fotolog.pl

Strona wydawnictwa:

http://wydaje.pl/ebooks/show/214/Okaleczony-anio

© Copyright by Beata Szymura

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży zgodnie z Regulaminem Wydaje.pl.

Opracowanie graficzne | Maciej Żaczek

Skład | Wydaje.pl

Okaleczony anioł

Beata Szymura

Wydanie I

OKALECZONY ANIOŁ

Beata Szymura

Temu Jedynemu który dostrzegł we mnie anioła

1. Najpierw jest bezdech: piekący, dotkliwy. Potem coś wstrząsa moim ciałem, mam dreszcze.

Budzę się w przepoconej koszuli nocnej, niespokojna i czujna. Nim w pełni odzyskam świadomość, mija kilkanaście sekund. Przez zmrużone powieki oceniam otoczenie: puste ściany, zasłony, ciemność. Dłońmi badam fakturę pościeli, w którą jestem owinięta, materię łóżka. Już wiem, że jestem w swoim pokoju, bezpieczna, a to, co mnie zbudziło, było tylko koszmarnym snem. Oddycham z ulgą, odzyskuję równowagę. Dźwigam się z łóżka, szukając po omacku włącznika światła nad głową. Nie dosięgam go, muszę wstać. Kołyszę się bezwładnie na łóżku, nie znajdując punktu oparcia w nogach, opadam na poduszkę. Jestem przemęczona, choć mam za sobą kilka pełnych godzin snu. Nie wiem która jest godzina, podejrzewam, że bardzo wczesna, ale tak gwałtowne wybudzenie uniemożliwia mi dalszy sen. Ponawiam próbę wstania z łóżka, ale w konsekwencji upadam

na podłogę. Jęczę z bólu czując, że poobijałam sobie plecy. Atak paniki wraca, drętwienie rozprzestrzenia się w całym ciele. „To wcale nie sen, to nie był sen, to nie…” – gorączkowe myśli oplatają moją głowę. Wytrwale je ignoruję. Później, kapitulując, wdrapuję się na łóżko, niezdarnie i ciężko, przykrywam się kołdrą i zamykam oczy. Tętno powoli się uspokaja, myśli zaczynają płynąć łagodniej. Czekam aż do świtu, czuwając. Gdy słońce nieznacznie oświetla pokój, wyprostowuję się na

łóżku, odrzucając pościel. Patrzę na swoje ciało z podejrzliwością i uporem. „Rusz się, wstań” – mówię do siebie, poruszając stopami. Tylko, że moje nogi w ogóle nie reagują na to polecenie.

2. - Jak tam samopoczucie, Marto? Nie odwracam się. Przecież ściana jest taka zajmująca. Mogę się w nią wpatrywać non stop, w dzień i w noc, przy świetle i w ciemności. Nikt mi nie zabroni. Te ich wieczne utyskiwania, szemrania, żale, że „Wciąż gapisz się na pustą, białą ścianę, a przecież tam nic nie ma. Czy nie lepiej spojrzeć w okno?” - całokształt doprowadza mnie do histerii. Nie, nie lepiej. Nigdy już nie wyjrzę przez okno. Nigdy więcej. - Zaczynamy? – zapytała Zuzanna, niezrażona brakiem mojej odpowiedzi na poprzednie pytanie. Już przywykła, tak jak każdy w tym domu. - Po co? - pytam niegrzecznie, ale nic mnie to nie obchodzi - Gdyby był w tym jakiś sens... Ale nie ma. Rozkłada materac na ziemi. Za wszelką cenę chce mi pokazać, że się nie podda. Tak jakby mnie to interesowało. Tak jakby jej silna wola mogła na mnie podziałać. - Zawsze jest sens - ucina krótko - Chodź tu. - Chodź? Wiem, że nie zrobiła tego specjalnie. Nikt nie robi. Ale jednak zawsze czuję jakąś pustkę w sobie, gdy komuś przez przypadek wyrwie się to zakazane słowo. Słowo, które ja utraciłam. - Och, musisz zawsze łapać mnie za słówka? Przyjedź, tak ci odpowiada? - Nie. Wolałabym przyjść. Ale nie mogę. Mówię głosem twardym i zimnym, wyzbytym z uczuć. Nie załamię się przed nią, nie pokażę jak bardzo mi źle. Już dawno postanowiłam, że nikt nie usłyszy niespokojnego drgania w moim głosie, nie poczuje mojej bezradności. Będę udawać tak długo, jak tylko dam radę. Wiem, że tylko czekają na moje potknięcia. Myślą, że chwila słabości zmieni coś we mnie, że jeśli odpowiednio ją wykorzystają, otworzę się, wyjdę z tej zamkniętej klatki na światło. Podjeżdżam do niej wózkiem i czekam aż podejdzie do mnie i pomoże mi się położyć. To upokarzające, ale nic nie da się z tym zrobić. Tak wygląda moje życie: przestawiają mnie z kąta w kąt, jestem od nich zależna, bo bez nich niewiele zdołałabym zrobić. Potem następuje seria ćwiczeń. Po to, żeby mięśnie nie zanikły i z nadzieją na jakiś cud. Cud, którego i tak nie będzie, wiem o tym i już dawno przestałam się łudzić. Nie chcę już walczyć, robić sobie nadziei, dawno przestałam. Najpierw długa i żmudna rehabilitacja w szpitalu, potem wyjazdy na obozy, gdzie oddawano mnie pod fachową opiekę pielęgniarzy, masażystów i terapeutów. Kiedy zaczęłam protestować i prosić, by zostawiono mnie w spokoju, w końcu udało mi się nakłonić rodziców na powrót do domu. Myślałam, że to koniec ich ingerencji w moje życie, ale okazało się, że byłam w błędzie. Moi rodzice nic nie rozumieją, dlatego skazali mnie na tę domową rehabilitantkę od siedmiu boleści. Młoda, ale doświadczona - powiedzieli tylko, gdy protestowałam. Nic więcej. Żadnego komentarza, albo pytania, czy ja tego chcę. Myślą, że jedyne, czego pragnę to ćwiczyć i ćwiczyć. I to wystarczy, aby znów stanąć na nogach. Jasne. - Może już wystarczy? - pytam, gdy kończy masować moje nogi. Nogi? To złe określenie. Dwie bezużyteczne kłody. Nie poczułabym, gdyby ktoś chciał mi je odciąć. - Do czego ci tak spieszno? - Do oglądania ściany. - odpowiadam z nutką wyrzutu w głosie. Po co pyta? Co ja mogę robić? Może myśli, że czeka mnie randka, czy coś. Oczywiście. Widziała wczoraj Jacka. Po co on tu wiecznie przychodzi? - Przy takiej postawie nigdy nie osiągniesz rezultatów. - A przy innej osiągnę? Powiedz, czy ty w to wierzysz? Ja nie, ale ty albo udajesz, albo jesteś naiwna. Uraziłam ją. Jak zwykle zresztą. Wciąż ją ranię, a ona mimo wszystko przychodzi tu dwa razy w tygodniu i wyczynia ze mną Bóg wie co. Wiem, że powinnam okazać jej choć trochę wdzięczności. Ale nie chcę. Bo w gruncie rzeczy domyślam się, że znosi to wyłącznie dla kasy, taki jej zawód. Ja się tak naprawdę nie liczę. Jestem cyferką, nie człowiekiem, uściśloną kwotą przelewaną na konto. - Dobra, kończymy. Przyjdę w piątek. Wkłada mnie do wózka, chowa materac i zbiera się do wyjścia. - Mogłabyś chociaż udawać, że ci zależy. Twoi rodzice w ciebie wierzą. Daj im odczuć, że ty też wierzysz. - Do widzenia - odpowiadam. Zagryza wargi ze złości. Nawet gdy coś wyprowadza ją z równowagi jest bardzo ładna. Ma duże, zielone oczy, takie łagodne, jakby stworzone do tego, by im ufać. Ładnie wykrojone usta, które na mój widok są zwykle zwężone w geście bezradności. Długie, falujące włosy, upięte w kok i podtrzymywane na czole opaską, by niesforne kosmyki nie przeszkadzały jej podczas zajęć. Filigranowa, ale pełna siły sylwetka. Sprawia wrażenie osoby miłej i serdecznej, i stara się taka być, ale w mojej obecności nawet najbardziej cierpliwy człowiek w końcu może wybuchnąć. - Do zobaczenia – mówi już w przedpokoju. Trzask drzwi. Podjeżdżam i zamykam je na klucz. A potem wracam do swojej białej ściany. Oglądam ją uważnie, centymetr po centymetrze. Tak, jest idealnie biała. Bez plam. Kaśka nie spełniła swojej groźby i nie upaćkała jej nowymi plakatówkami. Na razie. Nagle mój wzrok zatrzymuje się na zakrytym oknie. Przez czarne zasłony nie przedostaje się nawet promień słońca, powstrzymują je też ciemne rolety, zawsze zasłonięte. I dobrze, tak ma być. Ciekawe, jaka pogoda jest na zewnątrz. Mama z Kaśką wrócą lada moment i na pewno zaczną mi opowiadać, pocieszam się. Ale śnieg chyba jeszcze nie spadł. Za wcześnie. Tamtego dnia było ciepło. Co ja mówię, było gorąco. Żar lał się z nieba, pamiętam. I to był dobry znak, wszyscy się cieszyli. Impreza miała wyjść znakomicie. Ania zadzwoniła jeszcze do nas, żebyśmy wzięli stroje kąpielowe. Byliśmy zachwyceni możliwością kąpania się w jej ogromnym basenie. Tylko rodzina Ani, jako jedyna w całej okolicy, mogła się poszczycić takim luksusem. W ostatniej chwili zdałam sobie sprawę, że nie mam dobrego stroju. Przecież był dopiero środek czerwca, sezon wypadów na baseny dopiero się zaczynał. Nie było już czasu na pójście do sklepu, dlatego z zawodem stwierdziłam, że ja raczej nie popływam, a jeśli już, to w ciuchach. Na imprezę z okazji zakończenia liceum, po maturach, przygotowywałam się długo. Kupiłam sobie specjalnie śliczny top odsłaniający plecy, a do tego założyłam dżinsową miniówkę. Po umalowaniu się i uczesaniu wyglądałam bosko. To słowa Jacka. Twierdził, że kiedy zobaczył mnie na progu domu oszalał z miłości. Ale on szalał z miłości do mnie kilka razy dziennie, więc nie robiło to na mnie takiego wrażenia. Ale fakt, że później usłyszałam jeszcze wiele komplementów utwierdził mnie w tym, że wyglądam olśniewająco. Podobałam się. Tylko co ludziom podobało się wtedy we mnie? Przecież od tego czasu nie zmieniłam się tak bardzo - twarz ma wciąż te same rysy i zawsze mogę założyć jakieś modne ciuchy. Tylko ten wózek, jak zaklęty, wciąż tkwi przy mnie, a wtedy go nie było. To on ich odstrasza. Już nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie w tym sensie, co kiedyś. Jacek może mi wmawiać, że nadal mnie kocha, ale wiem, że robi tak, bo ma poczucie winy. Głębokiej winy. I jest w tym trochę racji. Nie chcę go pogrążać, wystarczy, że to ja cierpię, i postanowiłam, że nie powiem mu wszystkiego, bo ta odrobinka, która i tak na nim ciąży, już zbyt mocno go przygniata. Nie mogę mu dokładać. Poza tym nie wierzę w jego słowa. To litość, nic więcej. Kocham go. Zabawne. Chciałabym dać mu wolną rękę, żeby mógł uszczęśliwić inną dziewczynę, ale on tego nie chce. Tkwi przy mnie jak cień. Ale nie dopuszczam do siebie myśli, że on naprawdę mnie kocha. To by było niemożliwe. Bo ja nie mam sprawnych nóg. Jestem kaleką na wózku. A on jest zdrowy i bardzo przystojny. Nie pasujemy do siebie. Bo tamta impreza zmieniła wszystko. Słyszę szczęk kluczy, po chwili dom wypełnia radosny szczebiot Kaśki. Wróciła z przedszkola. Mama zagląda do mojego pokoju i pyta: - Zuzanna już poszła? - Tak, wyszła. Przed chwilą. Do pokoju wbiega roześmiana mała. Mama wychodzi, musi szybko zrobić obiad. Kaśka pokazuje mi nowy nabytek: blok, jeszcze pełen czystych, białych kartek. Tak białych jak ta ściana, która mnie otacza. Tabula rasa. Zarówno wszędzie wokół, jak i w moim wnętrzu. - Popatrz, mama mi kupiła. Będę malować farbami! Zrobię ci portret, chcesz? - jej twarz wprost epatuje humorem. Jak mogłabym odmówić mojej kochanej, małej siostrzyczce? Nawet jeśli nie mam ochoty. Portret to tylko twarz, wózek będzie niewidoczny, pocieszam się. - Oczywiście. Ale po obiedzie, dobrze? - Tak, jasne, przecież muszę jeszcze poćwiczyć. Mała też wychodzi. Słyszę jeszcze jak prosi mamę o farby schowane w szafie. Potem jest już cicho. Pewnie tworzy kolorowe obrazki przedstawiające uśmiechniętych ludzi. Czy ja też będę miała uśmiech na malunku? A może będę smutna, tak jak zawsze? Zupełnie nie pasuję do szczęśliwego świata mojej siostry. Bo nie pasuję nigdzie.

OKALECZONY ANIOŁ

Beata Szymura

Więcej informacji o książce znajdziesz pod adresem:

http://www.webook.pl/b-31072,Okaleczony_aniol.html