Światło. Tak jasne, że zdaje mi się że wypala mi oczy. Mrużę powieki nie chcąc patrzeć na wszechobecne błyski. Jeszcze przed chwilą dookoła była tylko ciemność nieprzenikniona, gęsta. Była odkąd pamiętam, od zawsze. Kolejny błysk, jakby bliżej. Zdaje mi się, że powinien towarzyszyć im grzmot. Pasował by tu hałas, tak samo wielki jak poprzednie mrok i obecna jasność, lecz nic nie słychać. Czuje strach, chce krzyczeć, jednak nie mogę. Wokół mnie jest tylko cisza. Otwieram oczy, mimo że nawet z zamkniętymi widziałem to co się dzieje. Znów jest ciemno, jednak nie tak jak wcześniej, teraz to zwykła noc. Rozglądam się, widok jest piękny. Nieskończenie wielkie gwiaździste nocne niebo. Skupiam wzrok na jakimś punkcie. Coś pcha mnie w tamtą stronę. Idę tam, choć „idę” nie jest najlepszym określeniem, lecę, może płynę. Mijam gwiazdy, planety, zdaje mi się, że są tak blisko że mógłbym ich dotknąć. Jednak obrazy zmieniają się tak szybko, nie mam szansy tego sprawdzić. W końcu zwalniam. Jest Słońce, ognista kula w oddali, bliżej, pode mną Ziemia. Nie podobna, jednak jestem pewien, że to Ziemia. Cała pokryta oceanem, bezkresne fale przelewają się na jej powierzchni. Nagle z głębin wynurza się skała, potem kolejna, łączą się, przesuwają. Pojawiają się znikąd. Ciągle zmieniają kształty, ciągle ich przybywa. Znów zaczynam się przesuwać. W dół, w kierunku tych nowo powstałych lądów. Zatrzymuje się na łące, która jeszcze przed chwilą łąką nie była. Jestem pewien, ze gdybym zjawił się wcześniej zobaczył bym jak źdźbła trawy i łodygi...