Gdy byłam mała, uważałam, że świat jest niezmienny, znany i bezpieczny. Odkąd pamiętam, składał się z dużego pokoju, kuchni i łazienki. Stały w nim zawsze te same meble, ze szczególnym uwzględnieniem niebieskiej wersalki, o którą uwielbiałam ostrzyć pazurki, a pod ścianą koło balkonu wznosiły swoje zielone liście doniczkowe palmy, na które nigdy nie wolno było się wspinać, choć wiecznie miałam na to ochotę. Codziennie rano wysoki dwunóg podawał mnie i mojej mamie śniadanie, a potem wychodził. Mama mówiła, że to człowiek i że ma na imię Michał. Dzień spędzałam na zabawach z mamą, na spaniu i na starannym czyszczeniu futra. Podobno gdy się urodziłam, razem ze mną przyszły na świat dwie moje siostry, ale potem zniknęły – było to tak wcześnie, że w ogóle ich nie pamiętam, więc zawsze byłyśmy z mamą we dwie. Czasem do Michała przychodzili inni ludzie, brali mnie na ręce i zachwycali się, jaka jestem ładna. Nigdy nie oceniałam siebie samej z tej perspektywy, ale być może rzeczywiście – mam miodowe oczy (widziałam w lustrze) i długą, puszystą, srebrzystą sierść, która lśni w blasku słońca wpadającego przez okno.

Tak więc żyłam sobie spokojnie aż do pewnego pamiętnego dnia... Po południu jak zwykle wrócił Michał, a z nim przyszła jakaś obca pani, pachnąca wieloma kotami, ale też ostrym zapachem perfum. Przyniosła ze sobą dziwnie wyglądające pudło z opuszczaną kratką z jednej strony. Nie znałam wtedy jeszcze transportera dla kotów, więc nie wiedziałam, co to jest i co mnie czeka. Obwąchałam tylko buty tej pani i na wszelki wypadek nafukałam na nią. Nie przejęła się, tylko uśmiechnęła się do mnie.

- To ona, prawda? – zapytała Michała.

- Tak, to Gaja – powiedział. – Były jeszcze dwie inne kotki, ale została tylko ona.

- Rzeczywiście taka ładna, jak słyszałam – stwierdziła pani. – Dobrze, wezmę ją. Nie mam jeszcze srebrnej kotki, więc dobrze, że mi o panu powiedziano.

I za chwilę zostałam wsadzona do tego dziwnego pudła!

Gdy kratka zamknęła się za mną i zrozumiałam, że nie mogę wyjść, zaczęłam rozpaczliwie wołać mamę. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się, żeby w jakikolwiek sposób ograniczono mi wolność, więc byłam przerażona. Nie rozumiałam, co się dzieje, ale w jakiś niepojęty sposób czułam, że cały znany mi świat właśnie przestaje istnieć, a otwiera się przede mną nowy, nieznany i przez to straszny. Mama podeszła do transportera i przytknęła przez kratkę nos do mojego. Była smutna, ale spokojna. Dużo później, gdy sama zostałam mamą, zrozumiałam, że tę scenę przeżywała dziesiątki razy – kolejne dziecko zabierane w nieznane, którego miała już nigdy więcej nie zobaczyć. Czasem jednak pojawiali się w mieszkaniu ludzie pachnący znanym jej zapachem córek i synów, wiedziała więc, że nic im nie jest i są szczęśliwi; w przyszłości i ja miałam w ten sposób rozpoznawać zapach swoich dzieci.

Tymczasem pani podniosła pudło, w którym byłam zamknięta, i wyszła z mieszkania. Odruchowo skuliłam się i najeżyłam, ale za drzwiami była tylko wielka, pusta, cicha klatka schodowa, po której kroki pani odbijały się zwielokrotnionym echem. Potem jednak wyszłyśmy z klatki na ulicę i ogłuszył mnie świat. Zewsząd dobiegały nowe, nieznane dźwięki i zapachy – głosy ludzi, turkot tramwajów, warczenie silników samochodów, ćwierkanie wróbli (odruchowo wysunęłam pazurki, choć wtedy nie wiedziałam, dlaczego), gdzieś z daleka szczekanie psa (i znowu odruch – skuliłam się i przywarłam do dna pudła), zmieszane zapachy ludzi, zwierząt, przedmiotów... Tego było za wiele! Zaczęłam rozpaczliwie miauczeć, pragnąc nade wszystko znaleźć się gdziekolwiek, gdzie będzie cicho i spokojnie.