UWAGA! Fragment tej książki został udostępniony przez wydawnictwo www.esprit.com.pl specjalnie dla wortalu webook.pl Więcej informacji o książce znajdziesz pod adresem: http://www.webook.pl/b-30006,Corka_kata.html Wtorek, 24 kwietnia Roku Pańskiego 1659, godzina 9. rano Marta Stechlin stała w swojej izbie i myła zakrwawione palce w misce z ciepłą wodą. Jej włosy były posklejane w strąki, pod oczami rysowały się głębokie cienie. Kobieta nie spała od niemal trzydziestu godzin. Poród u Klingensteinerów był jednym z najcięższych w tym roku. Dziecko ułożyło się nieprawidłowo, więc akuszerka próbowała je odwrócić. Nasmarowała sobie ręce gęsim tłuszczem i włożyła je głęboko w ciało matki, jednak nienarodzony maluch wciąż jej się wymykał. Maria Józefa Klingensteiner miała czterdzieści lat i przeżyła już tuzin porodów. Tylko dziewięcioro dzieci przyszło na świat żywych, ale pięcioro z nich nie doczekało pierwszej wiosny. Marii Józefie pozostały cztery córki, tymczasem jej mąż wciąż jeszcze miał nadzieję na dziedzica. Akuszerka wiedziała, że tym razem będzie to chłopiec – wyczuła to dłońmi w trakcie badania. Zdawało się, że jeszcze żyje, ale z każdą godziną rosło prawdopodobieństwo, że on albo matka nie przetrwają tej walki. Maria Józefa krzyczała, szalała i płakała. Przeklinała swego męża, który po każdym porodzie na nowo wchodził na nią jak byk w czasie rui, przeklinała dziecko i Pana Boga. Gdy zaczęło świtać, akuszerka była pewna, że chłopiec nie żyje. Na taki wypadek miała przygotowany stary pogrzebacz, którym w razie konieczności wyciągała z rodzącej dziecko jak sztukę mięsa, czasem kawałek po kawałku. Inne kobiety, które znajdowały się w dusznej izbie, ciotki, siostrzenice, kuzynki, posłały już po księdza; na kominie stała woda święcona do chrztu z wody. Wraz z ostatnim krzykiem Klingensteinerowej akuszerka chwyciła chłopca za nóżki i pociągnęła. Maluch jak nowo narodzone źrebię wyślizgnął się na światło dzienne. Żył. Był silnym dzieckiem. „I przypuszczalnie mordercą własnej matki” – pomyślała Marta Stechlin, spoglądając na blade, dyszące ciało Marii Józefy i przecinając nożycami pępowinę. Żona kowala straciła dużo krwi, leżąca na podłodze słoma była czerwona i lepka. Oczy kobiety były zapadnięte jak u zmarłej. Ale mąż miał teraz przynajmniej dziedzica. Poród trwał całą noc. Rano Marta sporządziła jeszcze wzmacniający wywar z wina, czosnku i kopru włoskiego, umyła matkę i poszła do domu. Teraz siedziała w swojej izbie przy stole i próbowała zetrzeć z oczu zmęczenie. Około południa tradycyjnie zajrzą do niej dzieciaki. Sama nie mogła mieć dzieci,...