Osiemdziesięciolatek zamknął książkę i z trudem wstał z łóżka. Od dłuższego czasu odczuwał niepokój. Podszedł do pięknego mahoniowego biurka – jednego z niewielu mebli, które przetrwały wojnę. Usiadł na krześle wyłożonym zielonym suknem i wyjął z szuflady dziennik w aksamitnej granatowej okładce. Miał zżółknięte, lekko poplamione ale niezapisane kartki.

Kilka dni wcześniej przechodząc obok antykwariatu jego wzrok przyciągnęła wystawa. Wśród wielu przedmiotów z boku, samotny leżał owy dziennik. Przekroczył próg sklepu przy akompaniamencie dzwonka. W pomieszczeniu unosił się charakterystyczny zapach jak w starych domach. Znudzony sprzedawca podniósł wzrok znad gazety sprzed dwóch dni. Na prośbę klienta niechętnie wstał i spojrzał na wystawę. Wydawało się, że nie ma pojęcia o co pyta staruszek. Dopiero, kiedy klient wskazał dziennik, sprzedawca zwrócił na niego uwagę. Obejrzał go i mruknął coś nie zrozumiale pod nosem. Szybko wzruszył ramionami i sprzedał zeszyt, by jak najszybciej wrócić do lektury.

Mężczyzna nie wiedział dlaczego to kupił. To był impuls. Ale teraz go zrozumiał. Zapalił lampkę. Wziął z nabożną czcią wieczne pióro, które towarzyszy mu od chwili gdy zdał maturę. Delikatnie otworzył dziennik.

Zawahał się. Stalówka pióra zawisła niecały centymetr nad zżółkniętą kartką. Ale co tu napisać? Przecież nie mam talentu pisarskiego. Po co ja to w ogóle robię? Co ja robię? – myślał. Odłożył pióro i oparł brodę o splecione dłonie. Zatopił się w muzyce natury, szukając natchnienia. Szum liści i świst wiatru.

Nie zawiódł się.

Szybko doznał olśnienia. Już wiedział co napisze.

Rozsiadł się wygodnie. Wziął pióro w dłoń i zaczął pisać.



„ Urodziłem się 23 marca 1931 roku w Poznaniu. Moja matka – Zuzanna była w połowie żydówką, zmarła kilka lat po moich narodzinach. Może to nawet lepiej. Nie musiała przynajmniej oglądać, a tym bardziej uczestniczyć w wydarzeniach II wojny światowej. Ojciec Jan z pochodzenia Polak mieszkał na przedmieściach z rodzicami – Eleonorą i Józefem. Gdy poznał moją matkę przeprowadzili się do kamienicy w okolicach centrum Poznania… „

Zachowywał się jakby wpadł w trans. Opisywał całe swoje życie. Od początku, przez wybuch wojny, partyzantkę, powstania, obóz koncentracyjny, zakończenie wojny, rządy ZSSR, szarą rzeczywistość komunizmu, upadek Muru Berlińskiego, po teraźniejszość. Wspominał o wszystkim. O porażkach i zwycięstwach, o smutku i radości, o miłości i rozłące. Przyjaciele, wrogowie, nic nie ominął. Wszystkie tajemnice. Całe życie.

Pisał całą noc. Natchnienie nie opuszczało go, a pamięć nie zawodziła. Korzystał z jednej z najważniejszych części życia – pamięci, tworzącej wspomnienia i doświadczenie.

Skończył nad ranem. Promienie słońca wpadały przez okno rozjaśniając gabinet.

Mężczyzna postawił ostatnią kropkę. Napisał na dole datę i miejscowość. Odłożył pióro. Zamknął ostrożnie swoją papierową historię i musnął dłonią okładkę. Wstał. Podszedł do okna. Jesień właśnie się kończyła. Przychodził czas na zimę. Wszystko się kończy. Zdjął okulary i odłożył na biurko. Ostatni raz omiótł wzrokiem gabinet, zatrzymując wzrok na zdjęciu rodziny. Jego dzieci, ich partnerzy, wnuki i świętej pamięci żona.

- Wspomnienia nie pójdą ze mną do grobu, moja pamięć pozostanie wśród żywych.

Zamknął oczy, by już ich więcej nie otworzyć, patrząc na zdjęcie rodziny. Jego twarz stygła z uśmiechem, mówiącym „Idę do Ciebie”.