UWAGA! Fragment tej książki został udostępniony przez wydawnictwo www.insignis.pl specjalnie dla wortalu webook.pl Więcej informacji o książce znajdziesz pod adresem: http://www.webook.pl/b-29745,Piter.html Projekt Dmitrija Głuchowskiego „UNIWERSUM METRO 2033”. Powieść Szymuna Wroczka „Piter” z rosyjskiego przełożył: Paweł Podmiotko. Fragment piąty Iwan otworzył torbę, wsunął rękę do środka. Namacał foliowy woreczek z karbidem, wyciągnął go. Ciężki, trudno go utrzymać jedną ręką. Na trzy godziny pracy karbidówki potrzeba mniej więcej trzysta–czterysta gramów. Plus ZN na kilka dni – ogółem ma ze sobą siedem kilo karbidu. Ciężka rzecz. Zwykle używał karbidówki jako podstawowego źródła światła, ale tym razem miał zamiar zaoszczędzić, obejść się przy pomocy diody – baterie można kupić, można też znaleźć je na powierzchni. Koniec końców, robią je nawet na Technolożce – chociaż marne. A z karbidem jest trudniej. Nawet Technolożka nie jest w stanie odbudować przemysłu chemicznego. Niestety. Wyciągnął torebkę, udało mu się jakoś rozsupłać węzeł. Na początku palce mu się ślizgały – cholerne rękawiczki. Ale potem jednak dał radę. Tak, dalej będzie łatwo. Tankujemy lampę. Nasypał karbidu (od wilgotnych rękawiczek ten cicho syczał i prychał) do zbiorniczka lampy, wyregulował dopływ wody. Ciche, lecz żywe syczenie. Zaczęło się. Szczęknął zapalniczką. Języczek płomienia. Nagle acetylen zapłonął tak jasno, że Iwan mimowolnie się odsunął. Cholera. Szybkie spojrzenie na macki. Ciepłe, jasne światło sprawiło, że zamarły w miejscu, potem znów zaczęły się ruszać. No, teraz tempo. Z lampą w jednej ręce i torbą z karbidem w drugiej Iwan pobiegł do krawędzi peronu. Schylił się. Półprzezroczyste macki wystawały zza rogu około metra nad jego głową. Bang, bzyk. Odwrócił się. Macka dotarła do kasku z diodą i włóczyła go teraz po granitowej posadzce. Kask zgrzytał. Spróbuj tylko zniszczyć, gnido. Trzymając lampę w lewej ręce, Iwan położył się na peronie i wysunął zza rogu. W pierwszej chwili pomyślał nawet, że to znów halucynacje. Widział coś podobnego podczas ostatniego wyjścia z Koślawym na powierzchnię, kiedy specjalnie poszli nad morze, żeby zobaczyć, co tam jest. A na brzegu leżały resztki przezroczystego stwora. Przeszli wtedy tylko kawałek nabrzeżem, nikt w końcu nie zaryzykował zbliżania się do wody. Oprócz Koślawego, ale on zawsze miał nierówno pod sufitem. I zawsze miał farta. Digger wynurzył się z czarnych fal uderzających o granit. Płetwy przecinały za nim wody portu; w oddali, przy grobli, w ciemnej wodzie, rozbryzgując świecącą wodę, miotało się coś...