Przez zamknięte powieki czułem, że promienie słońca już wdarły się do pokoju. Był nowy, zupełnie nowy dzień. Pomyślałem, że zaraz wstanę i pobiegnę na boisko. Skrzyknę chłopaków… Pogodny nastrój rozgościł się we mnie na dobre. Wszystkie koszmary minęły, przestały być groźne. „To tylko zły sen”- uspokajająca myśl sprowokowała mnie do otwarcia oczu. Pierwsze, co zobaczyłem to oparte o biurko Szwedki i stojący tuż obok wózek… Wózek, na którym prawdopodobnie spędzę resztę mojego życia. To niestety nie był senny koszmar. To była moja rzeczywistość… Cholerna rzeczywistość przepełnionych litością spojrzeń, zimnego wózka i bezwładnych nóg. Pogodny nastrój ulotnił się jak papierosowy dym. Patrzyłem w sufit i widziałem namiot, jezioro, kumpli, ale nie zdążyłem się nacieszyć tym widokiem, bo już widziałem szpitalne łóżko, zapłakanych rodziców i…

***

-Maciek! Widzę, że jesteś bardzo zainteresowany lekcją, może w takim razie powiesz jaki jest wynik przykładu „f”?- matematyka, nienawidzę matematyki!

-T..Tak proszę Pani. Yy.. Logarytm z… yyym.

-Z trzech pierwiastków z trzech o podstawie…

-Dziewięć przez pierwiastek trzeciego stopnia z dziewięciu.. tak.. to będzie.. yym.. Osiem dziewiątych?

-Pytasz się czy odpowiadasz?

-Odpowiadam.

-Dobrze, ale skup się w końcu na lekcji.

Za tydzień minie drugi rok, od tego.. skoku, a ja dalej o tym rozmyślam. Tysiące spotkań z psychologami, pedagogami.. I na co mi to wszystko było skoro zostawiłem cały mój świat, razem z nogami, daleko za sobą w moim mieście, mojej Warszawie.

***

Była wtedy jeszcze zima. Pamiętam, że było kilka dni wolnego. Spałem więc długo. Obudziła mnie ciepła ręka na moim policzku.

-Mamo? Co się stało?- zapytałem jakby dalej śpiąc.

-Wstań Kochanie, mamy dla Ciebie niespodziankę- i dopiero wtedy usłyszałem całe to poruszenie w mieszkaniu.

-Co się dzieje? I.. i gdzie są moje rzeczy?! Mamo!

-Przeprowadzamy się. Z ojcem już dłuższy czas nad tym myśleliśmy. Tutaj jest zbyt ciężko, nie poradzisz sobie.

-Ale to tu jest mój dom, to tutaj się urodziłem! Przecież mamy windę, to tylko trzecie piętro! Tu są wszyscy moi przyjaciele! Po co mnie ciągałaś po tych wszystkich psychologach?! Żebym się pogodził z moim kalectwem? Zgoda, ale czemu chcesz mnie odciąć od przyjaciół, którzy zrobili dla mnie więcej przez ten rok niż wszyscy Ci Twoi psychologowie!

-Decyzja już zapadła, w południe wyjeżdżamy. W Sierpieczynie znajdziesz nowych przyjaciół. Kupiliśmy tam dom. Jest już przystosowany na użytek inwalidów. Poza tym miasto jest przyjazne niepełnosprawnym.

-Jasne, zamieńmy całe moje życie na niskie krawężniki..- Miałem straszną ochotę krzyczeć! Biec i krzyczeć.

-Przenieśliśmy Cię też do tamtejszej szkoły, myślę, że braki szybko nadrobisz. Pomóc Ci się ubrać?

-Nie..- teraz tym bardziej chciałem jej udowodnić moją samodzielność. Względną oczywiście. Bo o ile udało mi się wsiąść na wózek, pojechać do łazienki i umyć, to założenie chociażby slipek było mordęgą. Ale nie chciałem dać za wygraną! Zanim się spostrzegłem, mama mnie ubrała, nakarmiła, zostałem zniesiony na dół i już siedziałem w samochodzie. Strumień łez poleciał dwoma rzekami po moich policzkach. Było mi źle.

***

DZWONEK

Zbieram moje rzeczy. Wrzucam do mojego plecaka jeden pogięty zeszyt i poobgryzaną książkę w ślad za piórnikiem, pełnym w jeden długopis i kawałek złamanego ołówka. Przewieszam reebock’owy szmaciak na uchwytach wózka i wyjeżdżam z sali. Ostatni. Pani zniecierpliwiona czeka przy drzwiach. Kocham ten jej wzrok, jakby to była moja wina, że jestem taki powolny, że jestem przykuty do tego wózka!

-Do widzenia.- rzucam na odchodne, albo raczej odjezdne. Sunę przez korytarz pełen roześmianych chłopaków i chichoczących dziewczyn. Już przestałem być sensacją. Ale pierwsze dni to była katorga. Jak to było? Jak mnie nazwali pierwszego dnia..?

***

-Ej, Panie Samochodzik! Uważaj na wirażu!- cały korytarz aż dudnił od śmiechu. Ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Skręciłem do zachodniego skrzydła. Przez dwa czy trzy tygodnie funkcjonowałem pod imieniem „Pan Samochodzik”, a potem chyba się znudzili i o mnie zapomnieli. Stałem się dla nich niewidzialny. I nie wiedziałem, co było gorsze, wyzwiska czy kompletna niewidzialność.

***

DZWONEK

Teraz polski. Lubię polski. Bo na co jak na co, ale na czytanie mam dużo czasu. I to nie tak jak kiedyś, przeczytać byle mieć z głowy, teraz naprawdę chcę i lubię czytać. Wjeżdżam do sali, oczywiście jako ostatni. Podjeżdżam na honorowe miejsce w ostatniej ławce przy oknie. Już chyba tradycją stało się to, że ostatnia ławka przy oknie jest zawsze wolna i zawsze bez krzeseł. Specjalnie dla mnie. Nienawidzę tej szkoły!

-Przeczytaliście „Lalkę”?

-To „Lalka” była na dzisiaj?!

-Y.. Oczywiście, że tak!!

-My byśmy nie przeczytali?- banda pawianów. Gdyby głupota potrafiła latać, to zapewne moja klasa wybrałaby się na wycieczkę.. na KSIĘŻYC! Siedzę więc i patrzę jak Pani Iwonie po raz kolejny zaczyna brakować cierpliwości. Jak po raz kolejny ucisza klasę. Jak po raz kolejny grozi i napomina.

-To może przełóżmy to na jutro?- tak jakbyś do jutra przeczytał bufonie. Ja się standardowo nie odzywam.

Nie chcę się po prostu narażać. Mówią: „Kiedy wpadłeś między wrony, musisz krakać jak one”, a ja ani nie chcę krakać, ani nie potrafię i za to jestem tym samym Panem Samochodzikiem co pierwszego dnia lub całkiem nie istnieję. Co innego było w Warszawie. Jak to się stało, że ze znanego w całej szkole gościa spadłem do ledwo znanego w swojej klasie? Nienawidzę się za moją głupotę tamtego dnia…

***

Słońce przebijało się przez poły namiotu wyrywając nas ze świata naszych sennych fantazji. Wyszliśmy z namiotów, każdy ledwo ciepły po dniu wczorajszym, bo jak wyjazd majowy z kumplami mógłby się obyć bez piwa. I to dużej ilości piwa. Krzysiek rozpalał ognisko, a ja z podróżnej lodówki przyniosłem nam trzy piwa. Na śniadanie zjedliśmy po kiełbasie i trochę chleba. Ale przez ten upał wcale nam się nie chciało jeść. Za to pragnienie mieliśmy przeogromne. Po posiłku i paru kolejnych dawkach alkoholu etylowego pod postacią piwa wpadliśmy na genialny pomysł żeby pójść popływać.

-Ale saebisa woda!- nie zrozumiałem co powiedział, ale woda była rewelacyjna!

-Noooo..

-Chodźcie se poskaczemy z tego molo. Mój wujek mówił, że woda tam jest głęboka.- powiedział Bartek. On mówił, a my słuchaliśmy. Słuchaliśmy pijanego szesnastolatka.. I poszliśmy skakać. Najpierw skoczył Bartek, potem ja. Rozpędziłem się, wyskoczyłem i w powietrzu złożyłem się w strzałę, żeby wbić się w wodę głową do dołu. Tyle, że żaden z nas nie zauważył kłody, która leżała dokładnie w miejscu, gdzie wbiłem się do wody.

***

Patrzę na zegarek. 14:16. Za cztery minuty koniec lekcji. Koniec kolejnego mętnego dnia. Chcę już być w domu. Wziąć do ręki Grzędowicza i poznać dalsze losy Drakkainena, albo włączyć telewizor i oglądać jakiś durny teleturniej.

DZWONEK

***

Wyjeżdżam ze szkoły stromym podjazdem. Miasto przyjazne inwalidom- jeden wielki pic na wodę. Kilka niższych krawężników czy parę podjazdów i tyle! Ale gdy prosić kogoś o pomoc z pokonaniem zbyt stromego podjazdu, to każdy albo umówiony, albo już spóźniony.. Sunę chodnikiem pomiędzy zgrają pawianów ode mnie z klasy, którzy teraz jeszcze trzymają w zębach papierosy. Dojeżdżam do przejścia dla pieszych. Czerwony ludzik nakazujący STAĆ. Cholernie zabawne. Samochody śmigają niespełna metr przede mną. Z lewej sunie się wywrotka. Pewnie na tą budowę dwie ulice dalej. Ale na pewno też nie jedzie dozwoloną trzydziestką tylko pruje co najmniej sześćdziesiąt. Zapatrzyłem się. Wyobraziłem sobie, jak by to było, zrobić jeden ruch rękami, jedno pchnięcie i znalazłbym się dosłownie przed nią. Cały ten grajdoł zostawiłbym za sobą, nie byłoby już znaczenia czy chodzę, czy jeżdżę. Po prostu bym odszedł.

To nie jest wyjście.

To takie proste, jeden ruch i wszystkie problemy znikają.

Dwa głosy w mojej głowie. Dwie natrętne myśli bijące się między sobą. Postanowione! Z roześmianej grupki nawet nikt nie zauważył, że zaczynam jechać, w ogóle mnie nie zauważyli. Zaczynam się modlić i już jestem na pasach. Przeraźliwe trąbienie! Krzyk i..

***

.. światło? Ciepłe światło jakby słońce. Przecież jestem martwy! Rozbawiła mnie ta myśl. Próbuję się poruszyć. Udało się. Dotykam ręką do swojej twarzy i czuję to! Otwieram oczy i zamieram. Słyszę uderzenia własnego serca, oddech szumiący między moimi uchylonymi wagami. Słyszę muzykę. Chyba Metallica. Rozglądam się dokładniej. Jestem w namiocie. Tylko co ja do cholery robię w namiocie?! Przecież nie żyję! Jestem martwy! Rzucam się do wyjścia i wybiegam na zewnątrz. Jestem na Mazurach, a do tego ja..

-Maciek! Myśleliśmy, że już nie wstaniesz- Bartek?

-Łap browca i idziemy na molo poskakać- Krzysiek?

-Co tu się dzieje?!

-Jak to co? Majówka, jezioro, piwo i my!

-No i idziemy pływać! Dawaj!

-To się nie dzieje… To się nie może dziać- zaczynam krzyczeć. Padam na kolana. Krzysiek i Bartek dopadają do mnie w jednej chwili. Chwilę potem siedzimy już w cieniu. Sen? To był wszystko sen? Niemożliwe..

-Dobra, już Ci lepiej? No to dupsko do góry i idziemy pływać!- idę. Właśnie to do mnie dotarło! Ja chodzę! Czuję nogi, czuję piach pod stopami, trawę, kamienie, wszystko! Zaczynam biec i pierwszy jestem na molo. To samo molo, które we śnie widziałem setki razy. Bartek wbiega rozpędzony na molo.

-STÓJ!- krzyczę. Usłyszał. Zatrzymał się.- sprawdźmy najpierw dno.

-Pogięło Cię? Strata czasu..- wszedłem do wody tuż przy molo i zanurkowałem. Zamarłem. To był ten sam konar z mojego snu. Nie, to nie mógł być sen!