
Dzuma
Fragment 1 Bogowie skazali Syzyfa na nieprzerwane wtaczanie skały aż na szczyt góry, skąd głaz spadał swoim własnym ciężarem. Myśleli nie bez racji, że nie ma kary straszliwszej niż praca bezużyteczna i beznadziejna. […] Mity zrodziły się po to, aby wyobraźnia mogła je ożywiać. Jeśli idzie o ten, widzimy tylko cały wysiłek napiętego ciała, żeby podźwignąć olbrzymi głaz, potoczyć go, pomóc mu wspiąć się po ścianie już stokroć przebywanej; widać wykrzywioną twarz, policzek przyklejony do kamienia, wysiłek ramienia podpierającego masę pokrytą gliną, stopy nadającej kierunek, ponowienie wysiłku ramion, całkiem ludzką pewność dwóch rąk pełnych ziemi.
Fragment 1
Bogowie skazali Syzyfa na nieprzerwane wtaczanie skały aż na szczyt góry, skąd głaz spadał swoim własnym ciężarem. Myśleli nie bez racji, że nie ma kary straszliwszej niż praca bezużyteczna i beznadziejna. […] Mity zrodziły się po to, aby wyobraźnia mogła je ożywiać. Jeśli idzie o ten, widzimy tylko cały wysiłek napiętego ciała, żeby podźwignąć olbrzymi głaz, potoczyć go, pomóc mu wspiąć się po ścianie już stokroć przebywanej; widać wykrzywioną twarz, policzek przyklejony do kamienia, wysiłek ramienia podpierającego masę pokrytą gliną, stopy nadającej kierunek, ponowienie wysiłku ramion, całkiem ludzką pewność dwóch rąk pełnych ziemi. Wreszcie po tym długim wysiłku, mierzonym przestrzenią bez nieba i czasem bez głębi, cel zostaje osiągnięty. Syzyf spogląda wtedy na głaz, który stacza się w przeciągu kilku chwil ku tym dolnym rejonom, skąd trzeba go będzie wtoczyć ponownie na szczyt. I schodzi na równinę. Syzyf interesuje mnie właśnie podczas tego powrotu, tej pauzy. Twarz, która mozoli się tak blisko kamieni, już sama jest kamieniem. Widzę tego człowieka, jak schodzi krokiem ciężkim, ale równym ku męce, której końca nie pozna. Ta chwila, która jest jakby czasem nabrania oddechu i która powraca równie pewnie jak jego nieszczęście, ta chwila, ta godzina jest momentem świadomości. […] Syzyf, proletariusz bogów, bezsilny i zbuntowany, zna w całej rozciągłości swoją nędzną dolę; o niej to myśli podczas schodzenia. Jasnowidzenie, które miało być jego męką, obejmuje zarazem jego zwycięstwo. Nie ma przeznaczenia, którego by się nie dało przezwyciężyć pogardą. Jeśli w pewne dni schodzenie takie odbywa się w bólu, może ono także odbywać się w radości. To słowo nie jest niewłaściwe. […] Szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi, są nierozłączne. […] Przeznaczenie jest sprawą ludzką, która musi być rozstrzygnięta przez ludzi. Tu kryje się cała cicha radość Syzyfa. Jego los należy do niego, a jego głaz jest jego własnością… Pozostawiam Syzyfa u podnóża góry. Zawsze odnajduje się swoje brzemię. Ale Syzyf poucza o wyższej wierności, która zaprzecza istnieniu bogów i podnosi skały. On także sądzi, że wszystko jest dobrem… Sama walka w drodze na szczyty wystarcza, aby wypełnić serce człowieka. Trzeba sobie wyobrażać Syzyfa szczęśliwego. A. Camus “Mit Syzyfa” (1943 r.)





