
Nie wiem jak to jest żyć
Był gorący, lipcowy wieczór. Maria de Gaulle wyciągnęła z kieszeni futra drogie papierosy marki Treasurer i nerwowo zaczęła szukać zapalniczki. W końcu ją wydobyła, przypaliła papierosa i zaciągnęła się nim tak mocno, że jej oczy zaczęły łzawić. Odgarnęła ciemnobrązowe włosy do tyłu i rozejrzała się po wnętrzu lokalu, w którym się znajdowała. W prawym rogu sali, tuż przy perkusji należącej do jednego z muzyków, dostrzegła znajomego naukowca – Charlesa, pochylonego nad białymi i niebieskimi kartkami papieru.
Był gorący, lipcowy wieczór. Maria de Gaulle wyciągnęła z kieszeni futra drogie papierosy marki Treasurer i nerwowo zaczęła szukać zapalniczki. W końcu ją wydobyła, przypaliła papierosa i zaciągnęła się nim tak mocno, że jej oczy zaczęły łzawić. Odgarnęła ciemnobrązowe włosy do tyłu i rozejrzała się po wnętrzu lokalu, w którym się znajdowała. W prawym rogu sali, tuż przy perkusji należącej do jednego z muzyków, dostrzegła znajomego naukowca – Charlesa, pochylonego nad białymi i niebieskimi kartkami papieru. Z tej odległości wydawał się być przystojny, gdyby nie szpecąca blizna pod okiem, widoczna już z daleka. Na kobiecie duże wrażenie wywarły hebanowe włosy i pełne, różowawe usta. Charles miał na sobie szarą koszulę w kratę, którą Maria ostatnio widziała w jednym z butików na paryskich przedmieściach. Mężczyzna prezentował się w niej zbyt elegancko i sprawiał wrażenie nudnego. Jednak było w jego wizerunku coś, co sprawiało, że każdy chciał go poznać. Nigdy nie pamiętała nazwiska owego jegomościa Zresztą, Maria nie miała pamięci do nazwisk ludzi, z którymi pracowała. Wyciągnęła ze skórzanej torebki lusterko i szminkę, by poprawić makijaż. Czerwień na jej ustach sprawiła, że wyglądała wyzywająco, co bardzo pasowało do jej stylu. Tylko poza laboratorium kobieta mogła w pełni ubierać się w to, na co miała ochotę. W pracy zawsze musiała chodzić w białym fartuchu, a zamiast mnóstwa ozdób, które uwielbiała wpinać we włosy, nosiła zwykłą, czarną opaskę, której zresztą nie lubiła. Jako szanowana pani naukowiec nie ubierała wysokich, ekstrawaganckich szpilek, których pełno było w jej domu, lecz zakładała tanie buty, na małym obcasie. Na jej nosie codziennie widniały okulary z czarną oprawką, zasłaniające nieumalowane, ciemne oczy. Nigdy nie pozwalała sobie na odrobinę makijażu wychodząc do pracy, dlatego też trudno było ją rozpoznać poza laboratorium w dizajnerkach strojach i niecodziennym makijażu.
- Witaj, Charles – mruknęła siadając obok ciemnowłosego mężczyzny. Naukowiec podniósł nerwowo wzrok i spojrzał na twarz kobiety, która uśmiechała się do niego.
Uniósł prawą brew i rzucił nonszalancko:
- Kim pani jest?
Maria prychnęła cicho i odchyliła głowę do tyłu. Rozchyliła delikatnie usta i założyła nogę na nogę. Po raz kolejny zaciągnęła się papierosem.
- Charles, doprawdy dziwi mnie, że nie pamiętasz, kto został ci przydzielony do ostatniego projektu.
Naukowiec miał za dużo na głowie, żeby bawić się w zgadywanki. Nawet jeśli ta zabawa miała odbywać się w towarzystwie tak pięknej damy. Mężczyzna nie należał do ludzi, którzy lubili tajemnice. Jako naukowiec był bardzo dokładny i lubił porządek w tym, co robi. Rzadko pozwalał sobie na odrobinę szaleństwa. Wolał stabilny i spokojny tryb życia. Los nauczył go radzić sobie samemu – kiedy miał dziesięć lat, jego rodzice się rozwiedli. Zresztą, Charles nie przeżył tego tak bardzo, jak dzieci z pozornie szczęśliwych rodzin. O niego nigdy nikt się nie troszczył i sam musiał podołać wszelkim przeciwnościom. Na szczęście miał babcię, która była dla niego kimś bardzo ważnym. Niestety, umarła kiedy miał lat dwadzieścia. Jako młody mężczyzna wybrał odpowiedni kierunek studiów i w całości poświęcił się nauce. Otrzymał parę statuetek za osiągnięcia, ale wciąż pragnął innej nagrody – prawdziwej, kochającej rodziny. Miał w swoim życiu parę partnerek, ale żadna nie nadawała się na żonę. Jednakże postanowił, że jeśli kiedyś będzie miał dzieci, poświęci im dwa razy więcej czasu i uwagi, niż jemu samemu poświęcono w dzieciństwie.
Mężczyzna zmrużył oczy i kiedy kobieta wypuściła dym z płuc, omiótł jej twarz wzrokiem. Zatrzymał się na dużych, brązowych oczach, które przyglądały mu się z wyrzutem. Wiedział już, dlaczego wydają się mu być znajome.
- Maria!? – krzyknął z przepraszającym uśmiechem, na co para zakochanych przy sąsiednim stole wywróciła arogancko oczyma i burknęła coś pod nosem.
Charles ujął dłoń Marii i ucałował jej wierzch. Kobieta wyglądała na zadowoloną.
- Przepraszam, że cię nie poznałem, ale to przez te tłumy, które codziennie pojawiają się w moim laboratorium… Nie sposób zapamiętać wszystkich twarzy. Zresztą, o ile się nie mylę, nie mieliśmy jeszcze okazji współpracować, czyż nie? – mężczyzna uśmiechnął się do Marii wymijająco.
Kobieta wyprostowała się na krześle i zacisnęła mocno usta.
- W rzeczy samej. Do pracy nad twoimi badaniami zostałam powołana niedawno i szczerze mówiąc, właśnie o nich chciałabym porozmawiać.
Charles pokiwał niezdecydowanie głową, gdyż nie był pewien, czy powinien zdradzać tajemnice badań naukowcowi, z którym dopiero zaczyna współpracę. Jednak sporo wiedział o umiejętnościach Marii – dużo słyszał o jej zadziwiających wynikach w pracy, dlatego miał nadzieję, że wiadomości o badaniach przyjmie z pełnym profesjonalizmem. Westchnął płytko, nie wiedząc co robić. Jego wahanie nie uszło uwadze Marii.
Charles, możesz mi zaufać – szepnęła zmysłowo, nachylając się nad jego uchem. Słowa przez nią wypowiedziane brzmiały dla mężczyzny tak prawdziwie, że zaczęły odbijać się własnym echem w jego głowie. Nagle doszło do niego, że powoli ulega urokowi, którym Bóg obdarzył Marię.
Cóż… – rozejrzał się uważnie po lokalu, by upewnić się, że nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie. Na szczęście wszyscy goście byli zajęci swoimi sprawami. Po chwili mężczyzna wbił wzrok w papiery, które przed nim leżały. Kontem oka zauważył, jak Maria nachyla się nad stołem, gasi rozpalonego wcześniej papierosa i skupia na Charlesie całą swoją uwagę.
Moje badania będą bardzo wyjątkowe… – zaczął; Maria mogłaby przysiąc, że słyszy te słowa już setny raz – Chcę sprawdzić, czy da się nawiązać rozmowę z Bogiem przez odcięcie człowieka od wszelkich zmysłów.
Charles przerwał na chwilę, by móc spojrzeć na kobietę. Zauważył, że jej źrenice się rozszerzyły i teraz przyglądają mu się z niemałym zainteresowaniem. Mężczyzna chrząknął znacząco i wrócił do tematu:
- Mam tutaj kartę człowieka, który niedawno zgłosił się do nas, jako ochotnik do udziału w eksperymencie. – Charles podał Marii niebieską kartkę papieru – Stwierdził, że nie ma już w życiu nic do stracenia. Przeszedł wszelkie niezbędne badania i jest gotowy do współpracy.
Kobieta zaczęła świdrować wzrokiem tekst. Oblizała językiem wargę i zmarszczyła czoło. Zatrzymała się przy nazwisku, które było otoczone czerwoną elipsą.
- Horacy Pourbaix…? Czy to nie ojciec Josephine, tej sławnej malarki? – Maria uniosła wzrok znad papieru i spojrzała ze zdziwieniem na Charlesa.
Mężczyzna skinął głową.
Tak, to on. Parę lat temu stracił swoją żonę w katastrofie lotniczej, a tydzień temu to samo spotkało jego córkę Josephinę, która leciała do Polski. Zginęła wtedy również jego nienarodzona wnuczka. Horacy bardzo się załamał. – Charles wydawał się być przybity nieszczęściem rodaka – Powiedział, że teraz jest już całkiem sam na świecie i nie ma nic do stracenia.
To przykre… – mruknęła Maria i wzruszyła lekko ramionami – Tak, on wydaje się być doskonały do naszych badań. Ma już swoje lata, był parszywie traktowany przez los, więc z pewnością śpieszy mu się do Stwórcy bardziej niż nam.
Racja – Charles spojrzał na zegarek i zaczął powoli zbierać papiery. – Na mnie już czas. Badania zaczynamy za 10 godzin i 12 minut. Nie spóźnij się, Mario, bo możesz za to zapłacić. Do zobaczenia.
—
Bardzo przepraszam, że nie umieściłam żadnego postu powitalnego. Właściwie nie przypuszczałam, że będzie on potrzebny. Jednak teraz chciałabym umieścić parę ważnych informacji:
Widziałam drobne spekulacje pod poprzednim rozdziałem na temat tego, do jakiego rodzaju powieści zalicza się moje dzieło. Cóż, przyznam krótko – sama dokładnie nie wiem. Będzie to historia o naukowcach, miłości, śmierci i Bogu. Tak więc odpowiedź na nurtujące Was pytanie pozostawiam bez słowa komentarza.
Jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych rozdziałach proszę o napisanie na numer gg: 10568343. Oczywiście komentarze pod postami też będą brane pod uwagę.
Serdecznie pozdrawiam,
Weronika.
KATEGORIE: Bez kategorii 21 Komentarze ROZDZIAŁ I. 15 lipca 2011
ROZDZIAŁ I
- francis cabrel la corrida
Był zimny, październikowy wieczór. Horacy Pourbaix – starszy, łysawy człowiek w czarnym płaszczu zapiętym pod samą szyję i szarawych, zniszczonych butach, żwawo przemierzał jedną z wielu dzielnic Paryża. Był gruby i niski, co sprawiało, że wyglądał jak czarna kulka tocząca się po mokrej, wybrukowanej drodze. Jego mała głowa wystawała znad dużego, brązowego kołnierza, a ciemnoniebieskie oczy umieszczone nad drobnym nosem i bujnymi, siwymi wąsami, uważnie, z wrogim nastawieniem obserwowały ludzi w oknach kamiennicy. Patrząc na samotnego przechodnia, na ich twarzach pojawiały się pobłażliwe, pełne współczucia uśmiechy. Mężczyzna chrząknął znacząco i włożył ręce do kieszeni. Jeszcze bardziej wtulił się w kołnierz tak, że między nim, a ciemnym kapeluszem, który starzec miał na głowie, znajdowały się tylko wyłupiaste oczy i zmarszczone, mokre od potu czoło.
Starzec uniósł wzrok i niby od niechcenia spojrzał w stronę dużego, okrągłego okna, w którym zauważył młodą kobietę. Była to jego córka – Josephine. Miała na sobie czerwoną sukienkę w duże, białe kropki. Przez jej kręcone, jasne włosy przedzierało się światło lampki nocnej, którą dostała od ojca na dziesiąte urodziny. Dziewczyna stała przy oknie i z niecierpliwością wypatrywała znajomej postaci. Kiedy mężczyzna patrzył na Josephinę, zauważył delikatny uśmiech na jej twarzy.
Stojąc tak przy owym oknie, przypominała mu jego zmarłą żonę. Na moment wrócił do dawnych czasów, kiedy on i piękna Therese spotykali się na tej ulicy, pod tym oknem i rozmawiali o wspólnej przyszłości. Doskonale pamiętał każde wypowiedziane przez nią słowo, każdy uśmiech i gest. Byli bardzo szczęśliwym małżeństwem. Kiedy Therese zginęła w katastrofie lotniczej, długo nie mógł poradzić sobie z jej odejściem. Został sam z małą wówczas Josephin i zupełnie nie wiedział, jak dalej będzie wyglądało jego życie. Mimo to, znalazł w sobie odrobinę siły i z czasem podołał przeciwnościom losu. Josephine bardzo przypominała starcowi Therese. Miała taki sam ciepły uśmiech i jasne, kręcone włosy.
Z zamyślenia wyrwał go słodki, dziewczęcy głos.
- Tato! Tato!
Horacy gwałtownie uniósł głowę i zwinnym ruchem zdjął kapelusz. Kiedy jego oczom ukazała się roześmiana twarz Josephine, natychmiast się rozchmurzył. Machinalnie do niej pomachał i stanowczym krokiem wszedł do kamiennicy. Do mieszkania Josephine prowadziły długie, stare schody oblepione brązową mazią. Starzec wzdrygnął się nieco, kiedy poczuł dziwne swędzenie w bucie. Kiedy doszedł do drzwi mieszkania swojej córki, powitał go Bruno – pies Josephine. Zwierze zaczęło wesoło szczekać i merdać ogonem.
- Arrętez-vous, Bruno! Arrętez-vous!* – krzyknęła półgłosem – Obudzisz wszystkich!
Dziewczyna wzięła psa na ręce i zaprosiła mężczyznę do środka, uśmiechając się przy tym serdecznie. Wniosła zwierzę do mieszkania i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Przepraszam cię za Bruna… – Josephine zaśmiała się krótko, pomagając ojcu zdjąć płaszcz – on podobnie jak ja, bardzo się cieszy, że przyszedłeś.
Horacy uśmiechnął się ciepło i z trudem wspiąwszy się na palce, położył rękę na jej głowie i ucałował córkę w czoło.
- Nie mogłem inaczej. Bardzo się za tobą stęskniłem… – rzekł, patrząc na Josephine z ojcowską troską. Pogłaskał ją delikatnie po policzku i ruszył do pokoju gościnnego kołysząc się lekko z boku na bok. Po drodze mijał obrazy stworzone przez swoją córkę i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że wysłanie Josephine na lekcje malarstwa w podstawówce, było genialnym pomysłem. Wiele razy był zapraszany na pokazy dzieł namalowanych przez dziewczynę. Za każdym razem kiedy gratulowano mu talentu córki, rozpierała go niesamowita duma.
Ostatni obraz, znajdujący się przed wejściem do pokoju miał dla mężczyzny sentymentalną wartość. Namalowała go jego zmarła żona, Therese. Dzieło przedstawiało trzy splecione różniące się od siebie dłonie. Pierwsza była drobna, chuda i miała znamię na palcu. Tylko starzec wiedział, że ta dłoń należy do Therese. Drugą pokrywały blizny, rany i zadrapania. Była pulchna i duża. Należała do Horacego. Trzecia z pozoru była podobna do pierwszej, ale nieco się od niej różniła. Na środkowym palcu widniała obrączka i napis: ‘la fille bien-aimée Josephine – PAPA‘**. Starzec uśmiechnął się pod nosem i wtem poczuł czyjś dotyk na swoim ramieniu. Odwrócił się i ujrzał rozpromienioną twarz córki. Chwycił jej dłoń i podniósł do ust. Ucałował ją delikatnie, a kiedy nieco od siebie odsunął, zobaczył srebrną obrączkę.
Przeczytał napis, który został wygrawerowany na wierzchu:
La fille bien-aimée Josephine… – papa – oczy zaszły mu łzami, które szybko spłynęły po policzkach i zatraciły się w bujnych wąsach. Dziewczyna poklepała go delikatnie po plecach i uśmiechnęła się przyjaźnie.
Masz ochotę na herbatę? – spojrzała na niego uważnie. Mężczyzna skinął głową i kiedy dziewczyna odeszła w stronę kuchni, odwrócił się w stronę pokoju. Jednym ruchem nacisnął klamkę i pchnął drzwi.
Mon Dieu!*** Co tu się stało?! – krzyknął na widok sterty pociętych zdjęć leżących na dużym, okrągłym stole, który znajdował się na środku pokoju.
Podszedł do niego i spojrzał na fotografię, która leżała na wierzchu. Rozpoznał na niej Josephine w białym kostiumie kąpielowym, a obok niej swojego zięcia z odciętą głową. Ze zdumieniem chwycił do ręki zniszczone zdjęcie. Zaraz po tym w drzwiach pojawiła się Josephine z tacą, na której znajdowały się dwie filiżanki i jej ulubione ciastka. Ojciec spojrzał na nią pytająco. Dziewczyna zmrużyła oczy, ujrzawszy co było przyczyną krzyku mężczyzny. Ostrożnie odłożyła tacę na stół. Dopiero teraz Horacy zauważył zmartwienie na jej twarzy. Josephine nabrała powietrza do płuc i wypuściła je ze świstem.
- Tato, ja… – zaczęła, spuszczając wzrok – Musisz o czymś wiedzieć… Jestem w ciąży.
Mężczyzna opadł bezwładnie na fotel. Wybałuszył oczy ze zdumienia i rozdziawił usta. Wtem, jego serce zaczęło szybciej bić i ogarnęła go niezwykła radość. Pomyślał, że właśnie spełnia się jego najskrytsze marzenie – BĘDZIE DZIADKIEM! Patrzył jak twarz Josephine przybiera purpurowy odcień i próbował sobie wyobrazić, jak jego ukochana córka będzie wyglądała w roli matki. Przecież jeszcze niedawno sama była dzieckiem! Natychmiast przed oczami stanęła mu wizja z przeszłości, kiedy to on i Therese oznajmili swoim rodzicom, że będą mieli córeczkę. Doskonale pamiętał, jaki był wtedy szczęśliwy i dumny.
Powoli, jakby bojąc się tego co za chwilę zobaczy przeniósł wzrok na sukienkę Josephine, która marszczyła się nieco w okolicach brzucha. Jak mógł być takim starym, ślepym głupcem, żeby nie zauważyć, że jego własna córka jest w ciąży?! Klnąc na siebie w duchu, zaczął się coraz szczerzej uśmiechać. Nie uszło to uwadze dziewczyny i kiedy odważyła się podnieść wzrok, jej oczom ukazał się rząd wyszczerzonych do niej zębów ojca. Wydawało jej się, że po raz pierwszy od śmierci mamy widzi Horacego tak szczęśliwego.
Prawdę mówiąc, trochę się bała jego reakcji – nie wiedziała, czy jest do końca szczera.
Spojrzała na niego nieśmiało.
- Cieszysz się, tatusiu?
Starzec nie mógł wydusić z siebie słowa. Poczuł, że wszystkie mięśnie jego twarzy, zmuszone do ciągłego uśmiechu, zaczynają się rozciągnąć. Nie mogąc opanować szczękościsku, wstał z fotela i nim Josephine się obejrzała, znalazła się w objęciach ojca. Horacy pogłaskał ją po włosach, co sprawiło, że dziewczyna się uśmiechnęła i odetchnęła z ulgą. Wszystkie złe emocje odpłynęły z jej twarzy, a na ich miejsce wstąpiła radość i szczęście.
- Nawet nie wiesz jak bardzo, kochanie – szepnął mężczyzna.
Odsunął się, by móc spojrzeć jej w oczy. Ściągnął brwi i pokręcił zdecydowanie głową.
- Jednak nadal nie rozumiem, dlaczego te wszystkie fotografie, na których jesteś ty i Oliver, są zniszczone…
Jego bystre, duże oczy wydawały się być bardzo zmęczone. Jednak nie to dręczyło Josephine. Zastanawiała się, ile jeszcze takich rewelacji wytrzyma stare, schorowane serce ojca. Dziewczyna bez słowa sięgnęła po ciastko i ugryzła kawałek. Nie mogła patrzeć Horacemu prosto w oczy. Przełknęła głośno ślinę i usiadła w fotelu. Starzec uczynił to samo.
- Kiedy Oliver dowiedział się, że jestem w ciąży… postanowił odejść – Josephine zgarbiła się i zmarszczyła czoło. Wbiła wzrok w kremową serwetkę, która leżała na stole – Powiedział, że nie chce tego dziecka. Tłumaczył, że nie jest jeszcze gotowy. I… Odszedł.
Horacy ze złości zacisnął pięści. Mąż jego córki od zawsze wydawał się być ideałem. Odkąd tylko Josephine poznała Olivera, był przychylny ich znajomości. Bardzo szanował swojego zięcia. Kiedy tylko go o coś poprosił, Oliver bez chwili wahania przybywał mu z pomocą. Jednak teraz całe jego wyobrażenie o Oliverze, runęło. Nie mógł pojąć, że jego zięć w jednej chwili zostawił Josephine samą z dzieckiem. Mężczyzna pomyślał, że gdyby był trochę młodszy, znalazłby Olivera i solidnie mu dołożył za to, że jego córka musi teraz cierpieć.
Horacy chwycił dziewczynę za rękę i ścisnął ją lekko.
- Nie martw się, Josephine. Choć mam już swoje lata, obiecuję, że do śmierci będę ci pomagał w wychowaniu dziecka. Niezależnie od tego co się wydarzy, możesz na mnie liczyć.
Kiedy Josephine usłyszała obietnicę ojca, wybuchnęła głośnym płaczem. Nie potrafiła już dłużej tłumić w sobie emocji. Cieszyła się, że ojciec przyjął wiadomość o jej ciąży tak otwarcie i przyrzekł pomoc. Nienawidziła Olivera z całego serca, za to, że choć kiedyś mówił, że nie opuści jej aż do śmierci, teraz tak po prostu odszedł. Jednak dla niej on już umarł – w sercu.
Zaczesała pasmo jasnych włosów za ucho i niezdarnym ruchem ręki przetarła rozmazany tusz do rzęs pod okiem. Przytomnym wzrokiem spojrzała na ojca, który wydawał się uśmiechać do niej ciepło. W jego oczach było coś takiego, co sprawiało, że łatwiej było uwierzyć, że będzie dobrze. Westchnęła głęboko i zaczęła zbierać ze stołu pocięte zdjęcia.
- Arrętez-vous! – Przestań!
** ‚la fille bien-aimée Josephine – PAPA’ – ‚ukochanej córce Josephine – TATA’
*** Mon Dieu! – Mój Boże!
