Katastrofa smoleńska

Katastrofa smoleńska – geneza Rankiem 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 841 czasu polskiego doszło w Smoleńsku do katastrofy samolotu prezydenckiego Tu-154M. Zginęło w niej 96 osób, wśród których byli m.in. prezydent Rzeczpospolitej Polskiej – Lech Kaczyński z małżonką, Ryszard Kaczorowski – ostatni prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźctwie, wysokiej rangi dowódcy wojskowi, posłowie, senatorowie, osoby duchowne, pracownicy kancelarii prezydenta, członkowie organizacji kombatanckich i społecznych oraz osoby towarzyszące, szefowie instytucji publicznych (m.

  1. Katastrofa smoleńska – geneza Rankiem 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 841 czasu polskiego doszło w Smoleńsku do katastrofy samolotu prezydenckiego Tu-154M. Zginęło w niej 96 osób, wśród których byli m.in. prezydent Rzeczpospolitej Polskiej – Lech Kaczyński z małżonką, Ryszard Kaczorowski – ostatni prezydent Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźctwie, wysokiej rangi dowódcy wojskowi, posłowie, senatorowie, osoby duchowne, pracownicy kancelarii prezydenta, członkowie organizacji kombatanckich i społecznych oraz osoby towarzyszące, szefowie instytucji publicznych (m.in. prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, prezes Narodowego Banku Polskiego, szef Instytutu Pamięci Narodowej), członkowie Biura Ochrony Rządu oraz załoga samolotu. Osoby te tworzyły polską delegację udającą się do Katynia na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.
    Feralny lot rozpoczął się od startu z Warszawy o godzinie 727. Zgodnie z procedurami przelot ten otrzymał status HEAD, co oznaczało, że na pokładzie samolotu znajduje się jedna z osobistości państwowych – prezydent. Załogę samolotu stanowili zaś piloci ze 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który odpowiada za obsługę lotów najważniejszych osób w państwie. Celem wyprawy było wojskowe lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku, skąd Polska delegacja miała udać się samochodami do Katynia na obchody rocznicowe. Rankiem 10 kwietnia 2010 roku nad bezpieczeństwem lotniska w Smoleńsku czuwało trzech kontrolerów lotów: Nikołaj Krasnokucki, Paweł Plusnin, Wiktor Ryżenko. W czasie, kiedy polski samolot miał podchodzić do lądowania lotnisko w Smoleńsku spowite było mgłą, przy której widoczność nie przekraczała 200m. Takie wiadomości wynikają z zeznań świadków, a nawet potwierdzają je polscy dziennikarze, którzy tego samego dnia, kilka minut przed Tupolewem wylądowali na lotnisku Siewiernyj na pokładzie samolotu JAK-40. Warunki pogodowe stanowiły ogromnym problem, ponieważ lotnisko w Smoleńsku nie posiadało sytemu precyzyjnego naprowadzania ILS (Instrumental Landing System), a jedynie dwie radiolatarnie bezkierunkowe (NDB). Według zeznań kontrolerów, nie wierzyli oni, że ogromny samolot, jakim był Tu-154M zdoła bezpiecznie wylądować na lotnisku, jak uczynił to Jak-40. Newsweek tak przytacza zarejestrowane w wieży lotów rozmowy: „Niech spierdalają, po co oni tutaj?” – miał stwierdzić jeden z kontrolerów. Według opinii doświadczonych pilotów komunikaty nadawane z wieży kontroli lotów lotniska w Smoleńsku, istniejące rankiem 10 kwietnia warunki atmosferyczne nie pozwalały na lądowanie. Jak wynika z wyjaśnień rosyjskich kontrolerów i ustaleń śledczych tego dnia dzwonili oni do Moskwy z prośbą o udzielenie zezwolenia na lądowanie dla polskiego samolotu. W końcu jednak kontrolerzy pozostawili decyzję o lądowaniu pilotowi Tu-154M. Ten zdecydował się wykonać podejście do lądowania mimo opisanego wcześniej stanowiska Rosjan. O warunkach panujących wówczas na lotnisku w Smoleńsku, może świadczyć fakt odesłania samolotu Ił-76, po próbie lądowania, która o mały włos nie skończył się tragedią, na lotnisko w Moskwie. Mimo tych faktów Samolot prezydencki rozpoczął lądowanie na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku. Lądowanie to zakończyło się niestety katastrofą. Według komunikatu MAK (Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego) z 19 maja 2010, samolot prezydencki Tu-154M rozbił się o ziemię o godzinie 841, a nie jak początkowo podawano o godzinie 856, w odległości ok. 350-500 metrów od pasa startowego. Jak wynika z informacji podawanych prze media i z rekonstrukcji ostatnich chwil lotu samolot podchodząc do lądowania znalazł się w niewielkiej dolinie, znajdującej się około 15 metrów poniżej poziomu pasa startowego. Próby podniesienia samolotu do bezpiecznej wysokości przez pilota, w momencie informacji ze strony urządzeń nawigacyjnych o zbliżaniu się do ziemi, niewiele zdały w zaistniałej sytuacji. Samolot prezydencki zahaczył o drzewa, wyniku czego stracił fragment skrzydła, co tym bardziej zaburzyło lot. Samolot w ruchu wznoszącym, zaczął obracać się dokoła własnej osi, by odwrócony o 180 stopni uderzyć w ziemie. Newsweek tak przytacza ostatnie momenty katastrofy smoleńskiej: „Nie było słychać żadnego wybuchu, ani huku – tylko chrzęst łamanej blachy. Kabina pasażerska oparła się na prawej końcówce skrzydła i obracała wokół osi samolotu, sunąc po ziemi. Kadłub został w momencie uderzenia spłaszczony ciężarem znajdującego się nad nim centropłatu z paliwem (…). Potworna siła zmasakrowała głowy pasażerów. Miękkie poszycie dachu kabiny pasażerskiej dosłownie ścierało się o ziemię (…). Kabina pilotów niemal przestała istnieć.” Na miejsce katastrofy natychmiast przybyły służby ratownicze i około godziny 10 ustalono, że żadna z 96 osób przebywających na pokładzie samolotu prezydenckiego Tu-154M nie przeżyła katastrofy. Jeszcze 10 kwietnia 2010 roku rozpoczęło się przewożenie ciał ofiar katastrofy do Moskwy, gdzie miała nastąpić ich identyfikacja przez bliskich. Jeszcze tego samego dnia zostało zidentyfikowane ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W kolejnych dniach dokonano kolejnych identyfikacji, a całość procesu zakończono do końca kwietnia 2010 roku. Jak wynika z informacji m.in. minister zdrowia Ewy Kopacz, która współpracowała z Rosjanami przy identyfikacji, w niektórych przypadkach konieczne okazały się badania DNA. Już 11 kwietnia 2010 roku na warszawskim lotnisku Okęcie wylądowała trumna z ciałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a do 23 kwietnia tegoż roku do Polski powróciły wszystkie ciała ofiar katastrofy smoleńskiej.

  2. Katastrofa smoleńska w mediach Pierwsze informacje dotyczące katastrofy smoleńskiej ukazały się w polskich mediach przed godziną 9. Wszystkie stacje w trybie nagłym zakończyły nadawanie codziennych programów, wprowadzając na anteny specjalne wydania wiadomości. Pierwsze napływające do Polski informacje, których źródłem była znana na całym świecie brytyjska agencja prasowa Reuters, mówiły o wypadku prezydenckiego samolotu w wyniku problemów z lądowaniem. Większość Polaków nie zdawała sobie chyba wówczas sprawy z powagi sytuacji, tym bardziej, że media wcześniej, co jakiś czas zalewały nas informacjami o kłopotach prezydenckiego Tu-154M. Właśnie z ich powodu na polskiej scenie politycznej dochodziło do konfliktu o zakup nowych maszyn dla 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa do przewozu najważniejszych osób w państwie. Tymczasem w pobliżu Smoleńska rozgrywał się niewyobrażalny dramat, w wyniku którego 96 osób straciło życie. Po godzinie 9 serwisy informacyjne zmieniły jednak rozmiar wydarzenia. Powszechnie zaczęto mówić o katastrofie samolotu prezydenckiego Tu-154M, udającego się do Katynia na obchody 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Nikt jednak chyba nie był do końca świadomy tego, co się wydarzyło. Dopiero po chwili dotarły do nas informacje, że samolot rozbił się na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem. W mediach zaczęto wówczas transmitować amatorskie nagranie polskiego dziennikarza, który w czasie katastrofy przebywał w Smoleńsku. Cała Polska oglądała te makabryczne obrazy z miejsca katastrofy. Na filmie widać szczątki prezydenckiego Tupolewa, służby porządkowe i strażaków, którzy podjęli akcje ratunkową. Wkrótce media dowiedziały się także, że po oględzinach miejsca zdarzenia i w wyniku akcji ratunkowej ustalono, że żadna z osób przebywających na pokładzie nie przeżyła katastrofy. Niejasnością stała się wówczas lista pasażerów feralnego lotu. Ani Kancelaria Prezydenta, ani Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji nie potrafiło udzielić żadnych informacji na ten temat. Wiadomo było tylko jedno: Lech Kaczyński był na pokładzie samolotu Tu-154M. To była jedyna potwierdzona ofiara porannej katastrofy. Serwisy informacyjne w Polsce natychmiast podały tragiczną informację, że Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej zginął w katastrofie lotniczej w Smoleńsku. Dopiero około godziny 12 rzecznik MSWiA podał do publicznej wiadomości pełną listę osób znajdujących się na pokładzie samolotu prezydenckiego Tu-154M. Wśród 96 ofiar znaleźli się m.in. Lech i Maria Kaczyńscy, Ryszard Kaczorowski, Janusz Kurtyka, Piotr Nurowski, Jerzy Szmajdziński, Przemysław Gosiewski, Aleksander Szczygło, gen. Franciszek Gągor, Janusz Kochanowski, Sławomir Skrzypek, gen. Andrzej Błasik i Anna Walentynowicz. Kamery różnych stacji telewizyjnych starały się na bieżąco śledzić sytuację w Smoleńsku. W wielu miejscach w Polsce podobnie jak przed Pałacem Prezydenckim wystawiono księgi kondolencyjne, do wpisała się ogromna rzesza Polaków. Ludzie zaczęli się także gromadzić w wielu miejscach by wspólnie przeżywać tragedię, oraz łączyć się w bólu i cierpieniu z rodzinami ofiar i Polakami. Takim miejscem był również Pałac Prezydencki, przed którym tłumy warszawiaków modliły się o spokój duszy ofiar katastrofy. Obok siebie, w jednym miejscu stali zwolennicy różnych opcji politycznych, zwolennicy i przeciwnicy zmarłego prezydenta. W obiektywach kamer wszyscy się jednoczyli, znikały podziały, konflikty i spory. Tak tragedia jednoczyła Polaków. Wkrótce po katastrofie w Smoleńsku dowiedział się o niej również świat. Do Polski na ręce premiera Donalda Tuska i ówczesnego marszałka sejmu – Bronisława Komorowskiego płynęły kondolencje i wyrazy wsparcia z różnych stron świata. Katastrofa, której byliśmy świadkami stała się wydarzeniem na skalę międzynarodową. Nie często, bowiem mamy do czynienia z tragiczną śmiercią głowy państwa. W obliczu śmierci prezydenta tymczasowe obowiązki głowy państwa przejął ówczesny marszałek sejmu – Bronisław Komorowski, który zdecydował się na ogłoszenie żałoby narodowej trwającej od 10 do 18 kwietnia 2010 roku. Media przez cały dzień transmitowały materiały dotyczące katastrofy smoleńskiej. W godzinach wieczornych media rozpoczęły nadawanie spotkania premiera Polski Donalda Tuska z premierem Rosji Wladimirem Putinem na lotnisku w Smoleńsku. Nie tylko Polskę, ale i cały świat obiegły zdjęcia uścisku tych dwóch osobistości po zapaleniu symbolicznego znicza i złożeniu wieńców w miejscu tragedii. Kamery były także obecne w chwili, kiedy na lotnisko dotarł brat tragicznie zmarłego prezydenta – Jarosław Kaczyński. Przez kilka kolejnych dni uwaga mediów skupiona była wokół identyfikacji ofiar katastrofy oraz wokół wyjaśniania jej przyczyn. 11 kwietnia 2010 roku stacje telewizyjne transmitowały moment przewiezienia do Polski ciała zmarłego prezydenta, a w kolejnych dniach także pozostałych ofiar. Kolejnym ważnym wydarzeniem w mediach stał się pogrzeb prezydenckiej pary, który odbył się 18 kwietnia 2010 roku. Było to najbardziej medialne wydarzenie w tamtym czasie. Na pogrzeb prezydenta swój przyjazd zaanonsowały, bowiem najważniejsze osoby światowej polityki. Niestety w wyniku nieprzewidzianej sytuacji wielu z nich nie przybyło do Krakowa. Wśród zagranicznych gości był m.in. prezydent Rosji Dymitrij Miedwiediew, kanclerz Niemiec Angela Merkel, prezydent Czech Vaclaw Klaus, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, a w ostatniej chwili dotarł także prezydent Gruzji Michaił Saakaszwili. Mimo, iż od katastrofy smoleńskiej minęło już 9 miesięcy polskie media wciąż żyją tamtymi wydarzeniami. Dzisiaj jednak główna ich uwaga skierowana jest na kwestię wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej.

  3. Skutki prawne katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku do na trwałe zapisał się w polskiej historii. Była to druga śmierć głowy państwa obok prezydenta II Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza zamordowanego w Warszawie 16 grudnia 1922 roku , a pierwsza, jaka miała miejsce w katastrofie. Dzięki zapisom konstytucji z 1997 roku polskie prawo przewiduje taką ewentualność. Zgodnie z rozporządzeniem konstytucji w przypadku śmierci prezydenta lub niezdolności do sprawowania przez niego urzędu obowiązki prezydenta przejmuje tymczasowo marszałek sejmu. Właśnie taka sytuacja miała miejsce 10 kwietnia 2010 roku. Po śmierci Lecha Kaczyńskiego obowiązki prezydenta przejął dotychczasowy marszałek sejmu – Bronisław Komorowski. Pierwszą decyzją p.o. prezydenta było ogłoszenie żałoby narodowej obowiązującej od 10 do 18 kwietnia 2010 roku. Kolejną regulacją prawną, którą w takich przypadkach reguluje konstytucja jest konieczność zarządzenia wyborów prezydenckich nie później niż czternaście dni po zwolnieniu urzędu oraz wyznaczenie daty wyborów, które muszą się odbyć w ciągu 60 dni od ich zarządzenia. W związku z takimi regulacjami marszałek sejmu Bronisław Komorowski podjął decyzje o przeprowadzeniu wyborów prezydenckich na dzień 20 czerwca 2010 roku, a ewentualna druga tura miała odbyć się 4 lipca 2010 roku. Wybory prezydenckie zakończyły się sukcesem dotychczasowego marszałka sejmu – Bronisława Komorowskiego. Kolejne ważne wydarzenie z punktu widzenia polskiego prawa, które nastąpiło niejako w konsekwencji katastrofy smoleńskiej miało miejsce 9 lipca 2010 roku, kiedy obowiązki prezydenta pełniły w Polsce trzy osoby. Pierwszą z nich był dotychczasowy marszałek sejmu Bronisław Komorowski, który po zwycięstwie w wyborach prezydenckich musiał ustąpić ze stanowiska. Władzę po nim, przejął w myśl konstytucji marszałek Senatu w osobie Bogdana Borusewicza, który przekazał władzę nowo wybranemu marszałkowi sejmu, którym został Grzegorz Schetyna. Marszałek sejmu pełnił funkcję p.o. prezydenta do czasu zaprzysiężenia Bronisława Komorowskiego na nowego prezydenta, co miało miejsce 6 sierpnia 2010 roku. Od tego czasu władza w państwie formalnie trawiła w ręce nowego prezydenta.

  4. Śledztwo smoleńskie Jeszcze w dniu 10 kwietnia 2010 roku strony polska i rosyjska rozpoczęły śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Po polskiej stronie śledztwo miała prowadzić Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie oraz Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, powołana przez Ministerstwo Obrony Narodowej, która zajmuje się wyjaśnianiem przyczyn katastrof lotniczych. Po stronie rosyjskiej prowadzenie śledztwa należało do kompetencji Komitetu Śledczego przy Prokuratorze Generalnej Federacji Rosyjskiej, a jego prowadzenie rozpoczął Międzypaństwowy Komitet Lotniczy i rosyjskie Ministerstwo Obrony. Na podstawie uzgodnień między premierem Donaldem Tuskiem i Dmitrijem Miedwiediewem, śledztwo w sprawie katastrofy miało być prowadzone wspólnie przez prokuratorów polskich i rosyjskich. Dzięki tym ustaleniom, a także na podstawie Konwencji Chicagowskiej z 1944 roku o lotnictwie cywilnym do śledztwa MAK-u został akredytowany polski przedstawiciel w osobie płk Edmunda Klicha. Głównym dokumentem na podstawie, którego strona polska może uczestniczyć przy śledztwie Rosjan jest Europejska Konwencja o pomocy prawnej w sprawach karnych z 1959 roku.
    Początkowo współpraca polskich i rosyjskich prokuratorów nie budziła niczyich zastrzeżeń. Dopiero po utrudnieniach ze strony rosyjskiej w sprawie przekazywania polskim śledczym zebranych dowodów spowodowały napięcia na linii Warszawa-Moskwa. Do tej pory śledczym nie udało się ustalić przyczyn kwietniowej katastrofy. DO najbardziej prawdopodobnych można zaliczyć te podane przez Naczelną Prokuraturę Wojskową z 29 kwietnia 2010 roku: • usterki techniczne samolotu Tu-154M/101, • zachowanie załogi Tu-154M/101, • zła organizacja i zabezpieczenie lotu, • zachowanie osób trzecich (np. zamach terrorystyczny). Jedno jest jednak pewne wina leży nie tylko po stronie polskiej, także zachowanie kontrolerów z wieży lotniska Siewiernyj pozostawiało wiele do życzenia. Przede wszystkim zaś nie należy przed wydaniem ostatecznego orzeczenia wydawać sądów w tej sprawie. Biorąc przykład z amerykanów, którzy badali swego czasu przyczyny lądowania samolotu pasażerskiego na rzece Hudson można śmiało stwierdzić, że na ostateczne ogłoszenie przyczyn i winnych tragedii przyjdzie nam trochę poczekać.

  5. Polska po katastrofie Katastrofa smoleńska na zawsze już odbiła piętno w polskim społeczeństwie. Zaraz po katastrofie Polska zjednoczyła się w żalu i rozpaczy w obliczu tragedii. Ludzie różnych opcji politycznych potrafili wzajemnie się wspierać i pocieszać. Niektórzy twierdzili, że katastrofa smoleńska coś zmieni. Jakże się mylili. Już w trakcie żałoby narodowej Polacy podzielili się. Kwestią sporną okazał się pochówek zmarłego tragicznie prezydenta i jego małżonki Lecha i Marii Kaczyńskich. Zdecydowano bowiem, że trumny pary prezydenckiej spoczną na Wawelu. Decyzja ta wywołała lawinę kontrowersji. Część Polaków uznała to za dobry pomysł i odpowiedni gest, lecz zdecydowana większość uznała to za zupełnie nietrafiony pomysł. Mimo ich sprzeciwu pogrzeb odbył się planowo i spokojnie, bez żadnych demonstracji, czy wyrazów niechęci. Para prezydencka jak zaplanowano spoczęła na Wawelu w krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów. Katastrofa smoleńska pokrzyżowała także plany w kwestii wyborów prezydenckich, które miały odbyć się jesienią 2010 roku. W wypadku zginął prezydent Lech Kaczyński, który najprawdopodobniej miał się ubiegać o reelekcje z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, a także Jerzy Szmajdziński, będący kandydatem na urząd prezydenta Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Śmierć tych dwóch kandydatów wywołała niezwykle istotną kwestię na polskiej scenie politycznej. Nie wiadomo było, kto w obliczu zbliżających się wyborów stanie do walki o urząd prezydenta. Wkrótce jednak sytuacja wyjaśniła się. Oprócz Bronisława Komorowskiego z Platformy Obywatelskiej w wyścigu o fotel prezydenta wzięli udział m.in. Jarosław Kaczyński (PiS) oraz Grzegorz Napieralski (SLD). Początkowo największe szansę na prezydenturę miał kandydat PO, z powodów wręcz oczywistych. Opozycja w osobie PiS-u była w Polsce niepopularna, wręcz nielubiana, a elektorat SLD od kilku lat nie mógł nawet marzyć o powrocie do wyników z lat swojej świetności. Wybory okazały się jednak zaskoczeniem. Faktycznie, zgodnie z przewidywaniami I turę wyborów wygrał Bronisław Komorowski, ale uzyskał on niewielką przewagę nad Jarosławem Kaczyńskim. Niespodziewany był tez dobry 13% wynik trzeciego w stawce Grzegorza Napieralskiego, którego elektorat miał w II turze zdecydować, kto zostanie nowym prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej. II tura wyborów prezydenckich nieznacznie wskazała wygraną kandydata Platformy Obywatelskiej. 6 sierpnia 2010 roku Bronisław Komorowski został prezydentem Polski. Wybory prezydenckie z 2010 roku miały wprowadzić nową jakość w polskiej polityce, bez haków i wzajemnych oskarżeń. Miało być to efektem wewnętrznej przemiany Jarosława Kaczyńskiego po katastrofie smoleńskiej. Niestety taki stan rzeczy utrzymał się do ogłoszenia przez PKW wyników II tury wyborów. Na scenę polityczną powrócił „dawny” prezes PiS, a wraz z nim kwestia katastrofy smoleńskiej. Rozpoczęły się oskarżenia, domniemane hipotezy i walki na scenie politycznej. Kolejny spór, który został wywołany dotyczył krzyża postawionego przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim. Zgodnie z decyzją nowo wybranego prezydenta krzyż miał zostać usunięty sprzed pałacu. W tej sprawie kancelaria prezydencka porozumiała się kurią warszawską i harcerzami, którzy po katastrofie smoleńskiej ustawili krzyż. W wyniku porozumień zdecydowano się przenieść krzyż do Kościoła św. Anny. Wiadomość ta wywołała lawinę zdarzeń. Ludzie znowu zostali podzieleni na dwa obozy, tak zwanych „obrońców krzyża” i tych, którzy oczekiwali jego usunięcia. Jedni i drudzy wysuwali swoje argumenty w tej sprawie, ale żadna ze stron nawzajem ich nie uznawała. Pod Pałacem Prezydenckim dochodziło zaś do mało chwalebnych incydentów. Zwolennicy pozostawienia krzyża rozpoczęli koczowanie pod Pałacem Prezydenckim, by jak mówili chronić krzyż przed usunięciem. Początkowo wśród nich pojawiały się głosy, że pozwolą oni przenieść krzyż po tym jak przed pałacem prezydenckim zawiśnie tablica upamiętniająca ofiary katastrofy, by później zmienić swe żądania na umieszczenie przed pałacem prezydenckim pomnika ku czci zmarłym. Mimo powieszenia tablicy, „obrońcy krzyża” nie zrezygnowali z koczowania pod pałacem. Wręcz przeciwnie sposób, w jakim tablic zawisła pozostawiał wiele do życzenia. Kilka dni później głośno zrobiło się o obrzuceniu nieczystościami niniejszej tablicy. Pod krzyżem robiło się coraz goręcej. Próba przeniesienia krzyża do Kościoła św. Anny przez duchownych zakończyła się fiaskiem. Wzburzony tłum „obrońców krzyża” siła zatrzymał realizacje postanowienia. Dopiero „potajemne” przeniesienie krzyża sprzed pałacu, które nastąpiło rankiem 16 września 2010r. uspokoiło sytuację. Głośnym echem odbiła się także podróż do Stanów Zjednoczonych Antoniego Macierewicza i byłej minister Spraw Zagranicznych Anny Fotygi w celu uzyskania poparcia tamtejszych kongresmenów, co do rozpoczęcia międzynarodowego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Przez obserwatorów zostało to odczytane, jako prowokacja w stronę Rosjan i polskiego wymiaru sprawiedliwości oraz zarzucenie im, że dokonują zatuszowania istotnych faktów katastrofy smoleńskiej. Nawet dziś nie ma dnia, by echa katastrofy smoleńskiej nie zostały poruszane w mediach. I pewnie będzie tak jeszcze długo.

  6. Podsumowanie Katastrofa smoleńska to niezwykle świeży temat i może, dlatego tak bardzo emocjonuje on polską opinie publiczną. Watro tu jednak zaznaczyć, że na ręce polskich i radzieckich śledczych badających sprawę wypadku z 10 kwietnia 2010 roku patrzy cały świat. W żadnym wypadku nie powinni o tym zapomnieć. Nie pozostawia wątpliwości, że katastrofa smoleńska jeszcze przez długi czas będzie pojawiała się w mediach. Po pierwsze, dlatego że społeczeństwo polskie jest ciekawe wyników śledztwa, a po drugie katastrofa zostaje obecnie wykorzystywana w porachunkach międzypartyjnych. Jak inaczej, bowiem nazwać wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat katastrofy smoleńskiej. Media zaś żywo interesują się każdą taką rewelacją. Ostatnio głośno zrobiło się po wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego, w którym stwierdził, że nie rozpoznał brata w trumnie w Warszawie. I jak w takim przypadku echo katastrofy smoleńskiej ma przebrzmieć? Z cała pewnością rozmysłem obecnej, największej partii politycznej jest używanie katastrofy smoleńskiej, jako atrybutu walki o władzę w Polsce. Czy warto używać tej tragedii w porachunkach partyjnych? Czy nie stanowi to ujmy dla ofiar katastrofy? Trudno stwierdzić, najlepiej dla wszystkich by było, by zamiast ciągle rozpamiętywać kwietniowe wydarzenia Polska zaczęła żyć teraźniejszością. Bo pewne jest, że mimo wszystko pamięć o tamtych wydarzeniach, zapisanych na kartach historii przetrwa wieki.