Bardzo szczegółowe streszczenie Potopu

Rozdział V Wieś stanęła w ogniu. Ludzie Kmicica mordowali ludność. Czerwona łuna rozświetliła wioskę. Morze ognia szalało nad zaściankiem Butrymów. W Wodoktach tymczasem ciotuchna obudziła Oleńkę mówiąc, że Wołmontowicze się palą i rozgrywa się tam jakaś straszna bitwa. Panna ze wszystkimi dziewczętami rozpoczęła modlitwę. Nagle zebrane usłyszały kołatanie do drzwi i słowa parobka, że dobija się jakiś człowiek. Gdy młoda gospodyni kazała otworzyć, w progu stanął Andrzej Kmicic – czarny od dymu, zakrwawiony, z „obłąkaniem w oczach”.

Rozdział V Wieś stanęła w ogniu. Ludzie Kmicica mordowali ludność. Czerwona łuna rozświetliła wioskę. Morze ognia szalało nad zaściankiem Butrymów. W Wodoktach tymczasem ciotuchna obudziła Oleńkę mówiąc, że Wołmontowicze się palą i rozgrywa się tam jakaś straszna bitwa. Panna ze wszystkimi dziewczętami rozpoczęła modlitwę. Nagle zebrane usłyszały kołatanie do drzwi i słowa parobka, że dobija się jakiś człowiek. Gdy młoda gospodyni kazała otworzyć, w progu stanął Andrzej Kmicic – czarny od dymu, zakrwawiony, z „obłąkaniem w oczach”. Prosił narzeczoną o schronienie, gdyż był ścigany, a jego koń padł z wyczerpania w lesie. Na pytanie kobiety, czy to on spalił Wołmontowicze – Andrzej przytaknął. W tej chwili usłyszeli zbliżający się pościg, więc panna ukryła kawalera w izbie przyległej do pomieszczenia czeladnego. Po chwili znajomi mężczyźni wpadli do izby z krzykiem: „- Kmicic spalił Wołmontowicze! (…)Pomordował mężów, niewiasty, dzieci! Kmicic to uczynił!…- My ludzi jego wybili!”. Prosili, by szlachcianka nie ukrywała przestępcy (nazwanego przez Butryma przeklętym), gdy się zjawi. Na to Oleńka odparła: „- Przeklinam go wraz z wami!…”. Gdy w końcu odjechali z zapewnieniami, że i tak odnajdą Kmicica, zawołała narzeczonego i rzekła: „- Nie chcę cię widzieć, znać! Bierz konia i uchodź stąd!..(…) - Krew na waćpana ręku jako na Kainowym! - krzyknęła odskakując jakby na widok węża. - Precz, na wieki !…”.

Rozdział VI Gdy nastał dzień, w Wołmontowiczach ludzie szukali wśród popiołów ciał swoich bliskich. Szlachta zabiła wszystkich żołnierzy Kmicica i odniosłaby gruntowne zwycięstwo, gdyby udało się jej zabić jeszcze ich przywódcę. Ci Butrymowie, którzy ocaleli, zamieszkali z rodzinami na prośbę Oleńki w Wodoktach. Reszcie pogorzelców Billewiczówna oddała całe Mitruny. Szlachta laudańska ustawiła około stu ludzi do pilnowania Wodoktów, podejrzewając, że Andrzej zjawi się u narzeczonej. Aleksandra czuła ból w sercu, bała się o Kmicica. Obwiniała się o zaistniałą sytuację. Przyjechał do niej jako przyszły mąż, a tymczasem spotkało go tyle nieszczęścia. W głębi duszy czuła, jak bardzo go pokochała.

Sytuacja nie była optymistyczna. Szlachta wniosła przeciw Andrzejowi sto pozwów w sądzie grodzkim. Tymczasem nad krajem zawisła groźba wojny, zbliżającej się do Żmudzi. Janusz Radziwiłł choć mógł: „prawo zbrojną ręką poprzeć, zbyt był sprawami publicznymi zajęty, a jeszcze bardziej pogrążony w wielkich zamysłach tyczących domu własnego, który chciał wynieść nad wszystkie inne w kraju, choćby kosztem dobra publicznego”.

Po upływie miesiąca szlachta zabrała swą czeladź (wojsko) z Wodoktów. Domagała się teraz majątku Lubicz (odziedziczonego przez Kmicica) jako rekompensaty za poniesione straty i szkody, za spalone Wołmontowicze. Chciała zająć rzeczony teren, by następnie oddać go Butrymom. Od tego zamiaru odwiodła ich Oleńka, karząc czekać na sądowe wyroki. Nalegała, by nie ruszali czegokolwiek w Lubiczu, obiecawszy przy tym dać im wszystko, czego brakowało - z Mitrunów. Za to oni mieli zostawić Andrzeja w spokoju, dopóki sąd nie orzeknie o jego winie. Szlachta posłuchała panienki.

Pewnego dnia Aleksandra otrzymała list od Andrzeja, dostarczony przez nieznajomego posłańca. Wyjaśniał ukochanej powody wymordowania szlachty z Wołmontowicz. Czuł ogromny gniew na niesprawiedliwy los przyjaciół: „Nie będę też zaprzeczał, że i gniew mnie prawie nadludzki opanował, ale któż będzie się dziwił gniewowi, który w krwi przyjacielskiej rozlanej początek bierze?”, lecz jednocześnie zdawał sobie sprawę, że być może zabił niewinnych: „Żal mnie teraz tych ludzi w zaścianku, bo może i niewinnym się dostało, ale żołnierz, mszcząc się krwi bratniej, niewinnych od winnych odróżnić nie umie i nikogo nie respektuje”. Prosił pannę o sprawiedliwy osąd, podkreślając nieustannie siłę uczucia, którym ją darzył: „wszystko zniosę, wszystko przecierpię, jeno ty, na Boga ! nie wyrzucaj mnie z serca (…)Ocaliłaś mi życie, ocalże i duszę moją, daj krzywdy nagrodzić, pozwól żywot na lepsze odmienić, bo już to widzę, że gdy ty mnie opuścisz, to mnie Pan Bóg opuści i desperacja popchnie mnie do gorszych jeszcze uczynków…”. Oleńka z płaczem wręczyła list napisany do Kmicica posłańcowi, w którym postawiła warunek pojednania. Jeśli otrzyma wybaczenie szlachty laudańskiej, to jej także. Mijały tygodnie. Wojska Chowańskiego zalewały Rzeczpospolitą: „na ostatni, widać szczebel niemocy zeszła Rzeczpospolita, gdy nie mogła dać oporu tym właśnie siłom, które lekceważono aż dotąd i z którymi zawsze rozprawiano się zwycięsko. Prawda, że siły te wspomagał nieugaszony i odradzający się ciągle bunt Chmielnickiego, prawdziwa hydra stugłowa; pomimo jednak buntu, pomimo wyczerpania sił w poprzednich wojnach, i statyści i wojownicy uręczali, że samo tylko Wielkie Księstwo mogło i było w stanie nie tylko napór odeprzeć, ale jeszcze chorągwie swe zwycięsko poza własne granice przenieść. Na nieszczęście, niezgoda wewnętrzna stawała owej możności na przeszkodzie, paraliżując usiłowania tych nawet obywateli, którzy życie i mienie w ofierze nieść byli gotowi”.

Miasteczka i wsie na Żmudzi przepełnione były ludnością, nie starczało żywności, ludzie umierali z głodu. Na polach, przy drogach prowadzących do wsi leżały skostniałe trupy ludzkie ogryzione przez wilki, które bardzo się rozmnożyły. Całymi stadami podchodziły do wsi i atakowały. Nędzarze palili na polach przy wsiach ogniska, błagając przejeżdżających ludzi o kawałek chleba. Cała Rzeczpospolita żyła jak w gorączce. Na Litwie między Januszem Radziwiłłem a hetmanem polnym Gosiewskim rosła niezgoda. Po stronie tego drugiego stanęli Sapiehowie, którym solą w oku była potęga Radziwiłła (oskarżali go, że pragnąc sławy dla swego domu i siebie „wojsko pod Szkłowem wytracił i kraj na łup wydał”, prześladował katolików, chciał zasiadać w sejmach cesarstwa niemieckiego).

Rozdział VII Pan Wołodyjowski mieszkał teraz w Pacunelach u Pakosza Gasztowta – najbogatszego szlachcica w okolicy. Jego trzy starsze córki były żonami Butrymów, a trzy młodsze - Tarka, Maryśka i Zonia - jeszcze pannami. Panny były ładne, rosłe, miały rumiane policzki i włosy jasne jak len. Chcąc przypodobać się lubianemu rycerzowi, opiekowały się chorą ręką. Słuchały wówczas jego historii o wojnach. Pewnego wieczoru przybył do Pacunelów do Michała włodarz Znikis z Wodoktów z prośbą o pomoc. Skarżył się, że Kmicic porwał pannę Oleńkę i wywiózł do Lubicza. Słysząc to, szlachta laudańska zwołała oddziały utworzone z Gościewiczów, Butrymów, Domaszewiczów i Gasztowtów. Na czele stanął oczywiście Wołodyjowski, który poprowadził wszystkich do Lubicza. W drodze Butrym zdał relację Michałowi o rzekomym „zwąchaniu się” Andrzeja z Chowańskim lub Zołtareńką, co wywnioskował z obecności Kozaków w oddziale Kmicica.

Gdy w końcu dotarli do Lubicza, było tam już około trzystu Kozaków. Wołodyjowski wydał rozkaz ataku i po chwili na podwórzu rozpoczęła się walka. Ci żołnierze Kmicica, którzy przeżyli, uciekli do budynku i zaryglowali drzwi. Uniemożliwiło to dalszą bitwę, ponieważ Michał i jego towarzysze nie mogli otworzyć ciężkiego wejścia. W końcu zdenerwowany Wołodyjowski wyzwał pułkownika na pojedynek. Obiecał, że jeśli Andrzej go pokona, będzie mógł odjechać wolno. Kmicic przystał na tę propozycję. Po wyjściu na środek podwórza mężczyźni przedstawili się sobie. Narzeczony Oleńki oznajmił, że miał prawo porwać swą ukochaną, ponieważ byli sobie już dawno przeznaczeni. Dalej przyznał się do spalenia Wołmontowicz, lecz nie czuł się winny. Zapewniał potem, że nie miał złych zamiarów, przyjeżdżając na Żmudź. Wysłuchawszy tego, Wołodyjowski oskarżył rycerza o konspirowanie ze zdrajcami. W końcu mężczyźni stanęli naprzeciw siebie i rozpoczęli pojedynek, któremu przyglądało się mnóstwo par oczu.

Michał pokonał Andrzeja, ugodziwszy go szablą w głowę. Nie zabił go jednak, lecz kazał ludziom zająć się rannym. Sam zaś wszedł do domu i odnalazł Oleńkę, której przedstawił się oświadczając, że jest wolna. Panna podziękowała, że darował życie Kmicicowi, a gdy wniesiono rannego mężczyznę, pomogła przytrzymać jego głowę. Gdy Andrzeja położono na łóżku, Aleksandra wyszła na powietrze. Z zaciśniętymi zębami, smutna, słuchała wiwatów na swą część, wykrzykiwanych przez szlachtę laudańską. W drodze powrotnej oczarowany urodą nowej znajomej Wołodyjowski nie mógł przestać myśleć o dumnej pannie Billewiczównie.

Rozdział VIII Wołodyjowski wciąż myślał o Oleńce… Oddział Kozaków Kmicica został rozdzielony między szlachtę laudańską. Od tej pory mieli pomagać w pracach gospodarskich. Jeden Kozak opowiedział Michałowi o poznaniu z chorążym orszańskim. Kiedyś służył u hetmana polnego, lecz gdy chorągiew nie miała co jeść, ludzie się porozchodzili. Właśnie wtedy przystąpił do oddziału Andrzeja, który go przygarnął. Słysząc to, Wołodyjowski był bardzo zdziwiony. Do tej pory uważał Kmicica za zdrajcę i spiskowca, a było inaczej… Ubrawszy się odświętnie, Michał pojechał z oświadczynami do Billewiczówny. Panna w pierwszej chwili nie poznała adoratora, a później zaczęli rozmawiać o jej nieżyjącym dziadku, wojnach. W końcu Michał przyznał się, że niesłusznie posądził Andrzeja o zdradę… Gdy się oświadczył, Oleńka odmówiła. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, zdenerwowany Wołodyjowski opuścił w pośpiechu Wodokty. Uświadomił sobie wówczas, że dziewczyna nadal kochała Kmicica. W drodze powrotnej Michał spotkał Charłampa – znajomego porucznika piatyhorskiej chorągwi litewskiej. Otrzymał od niego listy wiezione od księcia wojewody wileńskiego Janusza Radziwiłła z rozkazem, by „zaraz zaczął zaciąg czynić”. Posłaniec miał dostarczyć taki sam rozkaz Andrzejowi. Wołodyjowski dostał jeszcze prywatny list, w którym wojewoda mówił, że to Michał ma zdecydować, czy Kmicic przyłączy się do walki (hetman bowiem słyszał zarówno o jego złych poczynaniach, jak i zasługach i męstwie), by zmazać swe winy przez służbę ojczyźnie. Jednocześnie książe wojewoda zaznaczał, że w przypadku zgody Michała na przyłączenie się do walki Andrzeja, ten drugi ma nie stawiać się już w żadnych sądach, ponieważ on go rozgrzeszy.

Rozdział IX Wołodyjowski przeniósł się do Upity i z tego miejsca rozpoczął zaciąg. Szlachta chętnie przystępowała do jego chorągwi. Po kilku dniach odwiedził w Lubiczu Kmicica, który mimo słabego stanu, ucieszył się z wizyty. Chory zdawał sobie sprawę, z jak sławnym żołnierzem się pojedynkował. O Wołodyjowskim przecież krążyły legendy… Michał przeprosił Kmicica za nazwanie go zdrajcą, usprawiedliwiając się niewiedzą na temat jego stosunków z Kozakami. Wówczas ranny opowiedział z żalem i szczerością o Wołmontowiczach, pomordowanych kompanach, ciążących na nim procesach. Słysząc to, Wołodyjowski wyznał, że jego oświadczyny zostały odrzucone przez Billewiczównę, która kochała tylko jednego mężczyznę. Słowa te wywołały nagłą bladość Kmicica, który był pewien, że teraz mógł jedynie liczyć na pogardę i odrazę ukochanej. W końcu gość wyjął list od hetmana Janusza Radziwiłła. Ta propozycja miała być szansą zmazania win mordercy. Teraz wszystko zależało od Andrzeja. Gdy chory przeczytał kartkę, powiedział ze łzami w oczach: „- Niechże mnie końmi rozerwą! (…)niech mnie ze skóry obłuszczą, jeślim ja widział zacniejszego człowieka od waszmości… Jeżeliś przeze mnie rekuzę dostał, jeśli mnie Oleńka jeszcze, jako powiadasz, miłuje, inny tym bardziej by się mścił, tym głębiej mnie pogrążył… A waszmość mi rękę podajesz i jako z grobu mnie wyciągasz!”. Michał zaczął pocieszać towarzysza zapewniając, że zyska przychylność szlachty laudańskiej, gdy przysłuży się ojczyźnie. Na pożegnanie rycerze podali sobie ręce. Wołodyjowski pojechał do Wodoktów przekazać Oleńce dobre wieść o Andrzeju, lecz dowiedział się od jej sługi, że panienka wyjechała niewiadomo dokąd.

Rozdział X „Przepowiadano nowe wojny i nagle, Bóg wie skąd, złowroga wieść poczęła krążyć z ust do ust po wsiach i miastach, że od strony Szwedów zbliżała się nawałnica. Na pozór nic nie zdawało się potwierdzać tej wieści, gdyż rozejm ze Szwecją zawarty miał jeszcze na sześć lat siłę, a jednak mówiono o niebezpieczeństwie wojny i na sejmie, który król Jan Kazimierz złożył 19 maja w Warszawie”. Bogusław Leszczyński – generał wielkopolski – zwołał pospolite ruszenie szlachty do obrony granic Rzeczypospolitej przed Szwedami. Pułki piechoty łanowej pod wodzą rotmistrzów: Dębińskiego, Włostowskiego, Stanisława Skrzetuskiego, Żychlinowskiego, Jaraczewskiego, Piotra Skoraszewskiego, Kwileckiego, Golca pierwsze dotarły na miejsce zbiórki. Spotkano się w trzech miejscach: pod Piłą, Ujściem, Wieleniem. Utworzono tam obozy i czekano na przybycie szlachty. Pierwszy pojawił się Andrzej Grudziński – kaliski wojewoda. Z licznymi sługami zatrzymał się u burmistrza. Dopiero po paru dniach zaczęli przyjeżdżać kolejni panowie, którzy usprawiedliwiali swą nieobecność czasem strzyżenia owiec i obowiązkami z tym związanymi. Byli to: Krzysztof Opaliński – drugi wojewoda poznański, a poza tym magnat, który przywiózł trzystu hajduków, tłum dworzan i oddział rajtarów. Kolejnym był jego stryjeczny brat, wojewoda podlaski Piotr Opaliński. Przyjechał jeszcze Jakub Rozdrażewski – wojewoda inowrocławski (szwagier Piotra) i kasztelani: Sędziwój Czarnkowski, Stanisław Pogorzelski, Maksymilian Miastkowski, Paweł Gębicki. Łąki otaczające obóz na kilka kilometrów zastawione były namiotami: „Nadjechali i bazarnicy, którzy nie mogąc się w rynku pomieścić wybudowali rząd szop wedle miasteczka. Sprzedawano w nich przybory wojskowe - od szat do broni i jadła. Polowe garkuchnie dymiły przez dzień i noc roznosząc w dymach zapach bigosów, jagieł, pieczeni-w innych sprzedawano trunki. Przed szopami roiła się szlachta, zbrojna nie tylko w miecze, ale i w łyżki, jedząc, popijając i rozprawiając to o nieprzyjacielu, którego jeszcze nie było widać, to o nadjeżdżających dygnitarzach, którym nie żałowano przymówek”. Przeciw zebranym od strony Szczecina zbliżał się Arwid Wittenberg (dowódca szwedzkich wojska, uczestniczył w wojnie trzydziestoletniej). Nadjeżdżał z siedemnastoma tysiącami wojska. Wraz z nim podążał Hieronim Radziejowski – były podkanclerzy koronny, zdrajca, który uciekł do Szwedów, by przekazywać informacje o słabych stronach oddziałów Rzeczypospolitej. Szlachta polska była gotowa do bitwy w pierwszych dniach lipca. Szańce były usypane, wały do obrony przygotowane. Jednak po paru dniach… zaczęto wyprawiać uczty. Wszystkim doskwierał dokuczliwy upał. Na wojska wroga czekano już trzeci tydzień, panowała bezczynność i nuda. Czeladź wszczynała kłótnie między sobą i w końcu zaczęła się rozjeżdżać. Pierwszy do domu odjechał starosta średzki – Zygmunt Grudziński. Po nim kilkuset szlachciców również opuściło obóz. Niektórzy wymykali się potajemnie. Coraz więcej żołnierzy było zniechęconych, narzekało na polskiego króla, brak wojska. Duch walki wygasł wskutek długiego oczekiwania. Gdy w obozie polskim nie działo się dobrze, wojsko szwedzkie pod dowództwem Wittenberga specjalnie zbliżało się powoli, ponieważ zdawało sobie sprawę ze zniecierpliwienia rycerzy Rzeczypospolitej. Do słupa granicznego Szwedzi dotarli dwudziestego pierwszego lipca. Do obozu polskiego przybył szwedzki trębacz z listami od Radziejowskiego i Wittenberga. Po lekturze („Jenerał szwedzki oświadczał, że Karol Gustaw przysyła swe wojska krewnemu Janowi Kazimierzowi jako posiłki przeciw Kozakom, że zatem Wielkopolanie powinni się poddać bez oporu”) zaczęła się narada wśród wojewodów. List pozostał bez odpowiedzi.

Dwudziestego czwartego lica wszystkie szwedzkie oddziały stanęły naprzeciw Piły. Szlachta polska siadła na koń, była gotowa do bitwy. Rozpoczęło się starcie. Okazało się, że szańce były usypane źle, obóz niekorzystnie zorganizowany. Kule armatnie „zagoniły” żołnierzy z powrotem na zajmowany teren. Wojewodowie byli przerażeni. Wiedzieli już, że są kilkakrotne słabsi od wroga. Szwedzi zaś nocą otoczyli obóz, do którego wysłano posłów w celu zawarcia ugody. W odpowiedzi z terenu okupanta z zielonymi gałęziami przybyli Radziejowski i Wirtz. Weszli do domu burmistrza, w którym stacjonował poznański wojewoda. Zaczęto naradę, trwającą kilka godzin. W końcu z budynku wybiegł Władysław Skoraczewski z przeraźliwym krzykiem na ustach: „Słyszycie, mości panowie, oni tam ojczyznę zaprzedają jak judasze i hańbią ! Wiedzcie, że już nie należym do Polski. Mało im było wydać w ręce nieprzyjaciela was wszystkich, obóz, wojsko, działa. Bogdaj ich zabito!- oni jeszcze podpisali w swoim i waszym imieniu, że wyrzekamy się związku z ojczyzną, wyrzekamy się pana, że cała kraina, grody warowne i my wszyscy będziem po wieczne czasy do Szwecji należeć. Że się wojsko poddaje, to bywa; ale kto ma prawo ojczyzny i pana się wyrzekać?!”. Poparł go Kłodziński, Stanisław Skrzetuski, podczas gdy reszta nie reagowała. W końcu zebranym ukazali się uczestnicy rozmów, wojewoda poznański Krzysztof Opaliński, Grudziński – wojewoda kaliski, Miastkowski, Gębicki, Słupecki. Pierwszy z nich oznajmił, że od dzisiaj „oddają się” królowi szwedzkiemu. Mówił: „Prócz tego mam słowo i obietnicę jenerała Wittenberga, daną w imieniu jego królewskiej mości, iż jeśli cały kraj pójdzie za naszym zbawiennym przykładem, wojska szwedzkie wnet ruszą na Litwę i Ukrainę i nie wprzód ustaną wojować, aż wszystkie ziemie i wszystkie zamki będą Rzeczypospolitej powrócone. Vivat Carolus Gustavus rex!”. Na koniec Opaliński uściskał Radziejowskiego i Wirtza mówiąc, że Wittenberg zaprosił wszystkich na ucztę do obozu szwedzkiego. Po wystawnej kolacji mieli rozjechać się do domu na żniwa. Prawie wszyscy byli zachwyceni.

Rozdział XI U państwa Skrzetuskich we wsi Burzec na ziemi łukowskiej pan Jan Onufry Zagłoba – człowiek w starszym wieku, lecz „obdarzony siłą ducha” – odpoczywał w sadzie. Przy nim bawiło się dwóch synów gospodarzy: pięcioletni Jeremek i czteroletni Longinek. Chłopcy byli weseli i nazywali bohatera dziadkiem. Po pociechy przyszła ich matka Helena, kobieta wysoka, tęga, ciemnowłosa i piękna. Pojawiła się z najmłodszym synkiem na ramieniu. Zabrała potomstwo, by nie przeszkadzało odpoczywającemu. Skrzetuska zwracała się do Zagłoby „Ojcze”, a on do niej „córuchno”, choć nie byli spokrewnieni. Gdy pan Zagłoba drzemał, obudził go mąż Heleny – Jan. Przyszedł wraz ze swym stryjecznym bratem – Stanisławem (rotmistrz kaliski). Ten drugi opowiedział o wydarzeniach z pospolitego ruszenia szlachty: o zajęciu Wielkopolski przez Szwedów, poddaniu się pod Ujściem wielu wojewodów, którzy podpisali ugodę (wyrzekli się króla i Rzeczypospolitej). Stanisław komentował opisywane zajście, a Zagłoba nie mógł uwierzyć w taką zdradę i pakty z Wittenbergem, na które nie zgodziło się zaledwie kilku żołnierzy (Stanisław Skrzetuski, dwóch Skoraczewskich i paru innych). Jan postanowił, że nazajutrz odwiezie rodzinę do krewnego Stabrowskiego do Puszczy Białowieskiej w bezpieczne miejsce, a sam z dwoma towarzyszami pojedzie służyć pod chorągiew księcia Janusza Radziwiłła. Tak też się stało. Rankiem mężczyźni wyruszyli do Puszczy, do której dojechali po sześciu dniach. Stabrowski – łowczy królewski – przyjął ich serdecznie, obiecując opiekę nad Heleną i dziećmi. Nazajutrz Jan, Stanisław i Zagłoba pożegnali się ze Skrzetuską i odjechali do hetmana Radziwiłła.

Rozdział XII Zagłoba z Janem i Stanisławem pojechali najpierw do Upity do Wołodyjowskiego, czym go niewymownie ucieszyli. Opowiedział gościom, jak z rozkazu księcia: „czynił zaciąg” wraz z Kmicicem i Stankiewiczem. Poinformował ich również o zaproszeniu przez Radziwiłła do Kiejdan. Przyjaciele postanowili pojechać do zamku razem. W drodze Michał opowiadał o szlachcie laudańskiej, pojedynku z Andrzejem i odrzuceniu przez Billewiczównę. Rankiem następnego dnia przybyli do Kiejdan – dziedzictwa księcia Janusza Radziwiłła. Zauważyli obcych żołnierzy, co złożyli na karb nadchodzącego zjazdu. Gdy przypadkiem spotkali Charłampa, skorzystali z zaproszenia odpoczynku w jego kwaterze. Mężczyzna opowiedział im, jak Radziwiłł całe noce naradzał się z Harasimowiczem – gubernatorem i szlachcicem z Zabłudowa na Podlasiu. Ponadto zdradził, że przed dwoma dniami na zamek przyjechał kawaler maltański, wielki rycerz Judycki i hetman polny Gosiewski. Wczoraj cała trójka długo radziła z księciem, zaś w nocy Radziwiłł ustawił wartowników pod ich drzwiami, zakazując opuszczania sypialni i rozmowy z kimkolwiek. Po tym incydencie Harasimowicz ogłosił na zamku, że goście to zdrajcy, co oburzyło Skrzetuskich i Zagłobę (aresztowanie bez sądu). Charłamp poinformował jeszcze zebranych, że poprzedniego dnia hetman wysłał Kmicica do Czejkiszek po regiment piechoty. Gdy towarzysze słuchali relacji, do kwatery przyszedł Harasimowicz z wiadomością o zajęciu przez Szwedów całej Wielkopolski, Łowicza oraz o ucieczce z Warszawy króla Jana Kazimierza. Mężczyzna zaprosił zabranych na rozmowę do księcia Janusza Radziwiłła. W zamku było mnóstwo szlachty i rycerstwa. Harasimowicz małymi drzwiami wprowadził Zagłobę, Wołodyjowskiego i Skrzetuskich do komnaty, w której siedzieli już Janusz i Bogusław Radziwiłłowie. Pierwszy z nich miał czterdzieści parę lat, był barczysty, a z jego ogromnej twarzy biła pycha, powaga i potęga. Po wyjściu Bogusława, przywitał gości. Dziwił się, że Jan Skrzetuski nie otrzymał w nagrodę za bitwę pod Zbarażem starostwa. Wołodyjowskiemu zaś ofiarował dokument, czyniący go dożywotnie właścicielem Dydkemii za służbę dla kraju. W czasie rozmowy okazało się, że Zagłoba i Radziwiłł pochodzili z Litwy, a Jan Skrzetuski opowiedział o hańbie i zdradzie, którą Stanisław widział pod Ujściem. Na koniec wszyscy czterej ofiarowali księciu swą służbę i zostali zaproszeni na wieczorną ucztę. Jutro mieli wyruszyć pomścić Wilno, zajęte przez Szwedów. Gdy towarzysze wyszli od Radziwiłła, Zagłoba stwierdził, że książę tak przypadł mu do serca, że gotów byłby wejść za nim w ogień. Z kolei Wołodyjowskiego i Skrzetuskich zdziwiła hojność i łaska gospodarza. Przewidywali, że miał ukryte zamiary i dlatego przekupywał ludzi. Po wyjściu na zamkowy dziedziniec, co chwilę mijały ich oddziały konnych, karety. Przejechał ksiądz biskup Żmudzki, pan Korf – wojewoda wendeński, Tokarzewski oraz szwedzcy posłowie z Inflant (eskortowani przez Tokarzewskiego od Birż). Wszyscy spieszyli na spotkanie z księciem. Gdy posłowie weszli na naradę, Zagłoba wznosił na dziedzińcu okrzyki za zdrowie Janusza Radziwiłła. Przemawiał ponadto do zebranej szlachty, rozprawiając o nadchodzącym nieprzyjacielu, o konieczności obrony ojczyzny. Krzyczał przy tym nieustannie: „Na Szweda! Panowie, bracia! Na Szweda”. Zebrani mu wtórowali.

Z kolei książę, słysząc te okrzyki i prowadząc pertraktacje z posłami czuł coraz większą złość na Zagłobę, który denerwował go swym krzykliwym postępowaniem. Wołodyjowski ujrzał w kolasce, która zajechała na dziedziniec, Oleńkę w towarzystwie mężczyzny, w którym Zagłoba rozpoznał Tomasza Billewicza – miecznika rosieńskiego, sługę i przyjaciela Radziwiłła.

Rozdział XIII W Kiejdanach rozeszła się wieść o aresztowaniu hetmana polnego Gosiewskiego z powodu odmówienia połączenia swych chorągwi z radziwiłłowskimi. Po obiedzie książę odbył pojedyncze rozmowy z pułkownikami: Mirskim, Stankiewiczem, Wołodyjowskim, Charłampem, Ganchofem, Sółłahubą, którzy byli zdziwieni poufnym charakterem dysput.

Wieczorem do miasta powrócił Kmicic. Po serdecznym przywitaniu z Wołodyjowskim, udał się na wezwanie do zamku hetmana. Usłyszał tam, że Janusz pokłada w nim wiele ufności i nadziei, został nazwany „przyjacielem”. Ostatnie słowa zdziwiły Andrzeja. Przyrzekł Radziwiłłowi na święty krzyż (książe mu go podsunął), że nigdy go nie opuści. Książe zaś oznajmił rozmówcy, że sprowadził do siebie Billewiczównę by doprowadzić do zgody narzeczeństwa. Wzruszyło to Kmicica. Nie mógł wyrazić słów wdzięczności: „- Wasza książęca mość, ja chyba oszaleję!… Życie, krew moja do waszej książęcej mości należą!… Co mam czynić, aby się wywdzięczyć? co? Mów wasza książęca mość! rozkazuj!”. Gdy usłyszał: „- Dobrem za dobro mi odpłać… Miej wiarę we mnie, miej ufność, że co uczynię, to dla dobra publicznego uczynię. Nie odstępuj mnie, gdy będziesz widział zdradę i odstępstwo innych, gdy się złość wzmoże, gdy mnie samego…”, obiecał: „stać przy osobie waszej książęcej mości, mego wodza, ojca i dobrodzieja!”. Po tych słowach przeszli do wypełnionej ucztującymi ludźmi sali i wmieszali się w tłum. Po chwili podeszli do Tomasza Billewicza i Oleńki, która zbladła na widok kawalera. Radziwiłł przywitał się z panną i jej wujem mówiąc, że przyprowadził przed ich oblicze grzesznika, który potrzebuje pokuty. Gdy Kmicic pozostał sam z narzeczoną, obiecał jej poprawę. Zamierzał pojednać się z ludźmi oraz prosił, by mu wybaczyła i czekała na jego powrót (bał się, że wstąpi do klasztoru). Aleksandra zgodziła się. Para przeszła do sali jadalnej, zastawionej na trzysta osób. Goście zasiedli do stołu. Gdy wybiła północ, nastała cisza i wszyscy odliczali działowe wystrzały. Janusz Radziwiłł wzniósł toast za Karola Gustawa – nowego władcę! Po tych słowach zapadło milczenie. Zdekoncentrowani pułkownicy i szlachcice nie wierzyli w to, co przed chwilą padło z ust księcia. Zaraz potem ktoś odczytał ugodę podpisaną przez hetmana i szwedzkiego monarchę. Oto jej fragment: „1) Łącznie wojować przeciw wspólnym nieprzyjaciołom, wyjąwszy króla i Koronę Polską. 2) Wielkie Księstwo Litewskie nie będzie do Szwecji wcielone, lecz z nią takim sposobem połączone, jak dotąd z Koroną Polską, to jest, aby naród narodowi, senat senatowi, a rycerstwo rycerstwu we wszystkim było równe. 3) Wolność głosu na sejmach nikomu nie ma być bronioną. 4) Wolność religii ma być nienaruszona (…)”. Mimo, iż zebrani zaczęli prosić o litość: „- Nie czyń tego! Zmiłuj się nad nami!”, Radziwiłł był nieprzejednany: „- Kto nie ze mną, ten przeciw mnie! Znałem was, wiedziałem, co będzie!… A wy wiedzcie, że miecz wisi nad waszymi głowami!…”. Buławę pierwszy rzucił Stankiewicz. Za nim uczyniła ten gest reszta oficerów. Wszyscy krzyczeli: „Zdrajca! Zdrajca!”, a Janusz rzekł: „-Kto za mną, niech przejdzie na prawą stronę sali!”. Posłuchał go Charłamp, Mieleszko i Niewiaromski, a pozostali, czyli Mirski, Stankiewicz, Hoszczyc, Wołodyjowski, dwaj Skrzetuscy, Zagłoba i Oskierko zostali otoczeni przez książęcych rajtarów, pod dowództwem Ganchofa. Kmicic stał niczym rażony piorunem. Po toaście Jana Radziwiłła szeptał: „-Boże, Boże, Boże, com ja uczynił!”. W tej trudnej chwili nie pomogła mu ukochana, która uważała popleczników hetmana za zhańbionych. Gdy kazała narzeczonemu wybierać, ten oszołomiony poszedł za oddziałem rajtarów. Odchodząc, słyszał za sobą słowa: „-Precz zdrajco!”.

Rozdział XIV Tej nocy hetman naradzał się ze szwedzkimi posłami i wojewodą wileńskim Korfem. Oficerów, którzy się do niego nie przyłączyli, nakazał aresztować. W jego duszy gościł niepokój. Obawiał się groźnego przeciwnika Pawła Sapiehy, przy którym z pewnością staną największe siły kraju. Harasimowicz przyniósł mu list od Michała Kazimierza Radziwiłła, w którym krewny donosił, by nie liczył na jego pomoc, ponieważ nie udzieli jej zdrajcy Rzeczpospolitej. Po jakimś czasie doniesiono Januszowi, że Andrzej chciał uciec z Billewiczami, lecz przeszkodzili mu czujni wartownicy. Tymczasem Kmicic nie chciał pozostawać na usługach Janusza, po związaniu uderzał głową w ścianę z rozpaczy nad swym losem. Radziwiłł nakazał przyprowadzenie do swej komnaty Kmicica. Gdy wprowadzono mężczyznę i książe przypomniał mu przysięgę złożoną na krzyż, Andrzej odparł: „- Potępiony będę, gdy tej przysięgi nie dotrzymam; potępiony będę, gdy jej dotrzymam! (…)Wszystko mi jedno! (…)- Przed miesiącem groziły mi sądy i kary za zabójstwa… dziś wydaje mi się, żem wonczas był niewinny jak dziecko!”. Janusz nie ustępował jednak w indoktrynacji dzielnego żołnierza. Zaczął go przekonywać do swych racji: „- Słuchaj (…) czas powiedzieć ci wszystko… Rzeczpospolita ginie… i zginąć musi. Nie masz dla niej na ziemi ratunku. Chodzi o to, by naprzód ten kraj, tę naszą ojczyznę bliższą, ocalić z rozbicia… a potem… potem wszystko odrodzić z popiołów, jako się feniks odradza… Ja to uczynię… i tę koronę, której chcę, włożę jako ciężar na głowę, by z onej wielkiej mogiły żywot nowy wyprowadzić… Nie drżyj! ziemia się nie rozpada, wszystko stoi na dawnym miejscu, jeno czasy nowe przychodzą…Oddałem ten kraj Szwedom, aby ich orężem drugiego nieprzyjaciela pohamować, wyżenąć go z granic, odzyskać, co stracone, i w jego własnej stolicy mieczem traktat wymusić… Słyszysz ty mnie? Ale w onej skalistej, głodnej Szwecji nie masz dość ludzi, dość sił, dość szabel, aby tę niezmierną Rzeczpospolitą zagarnąć. Mogą zwyciężyć raz i drugi nasze wojsko; utrzymać nas w posłuszeństwie nie zdołają… (…)Jana Kazimierza nie pozbawią Szwedzi państwa ni panowania, ale go w Mazowszu i Małopolsce zostawią Bóg mu nie dał potomstwa. Potem przyjdzie elekcja… Kogóż na tron wybiorą, jeśli chcą dalszy sojusz z Litwą utrzymać? Kiedyż to tamta Korona doszła do potęgi i zgniotła moc krzyżacką? Oto gdy na jej tronie zasiadł Władysław Jagiełło. I teraz tak będzie… Polacy nie mogą kogo innego na tron powołać, jeno tego, kto tu będzie panował. Nie mogą i nie uczynią tego, bo zginą, bo im między Niemcami i Turczynem powietrza w piersi nie stanie, gdy i tak rak kozacki pierś tę toczy! Nie mogą ! Ślepy, kto tego nie widzi; głupi, kto tego nie rozumie! A wówczas obie krainy znowu się połączą i zleją się w jedną potęgę w domu moim!”.

Starania nie poszły na marne. Kmicic uwierzył w słowa i intencje księcia, w pozorną tylko ugodę ze Szwecją. Ufał, że Janusz Radziwiłł wzmocni Litwę, zostanie królem i wówczas – potężny i niepokonany – zacznie wojnę ze Szwedami. Rozdział XV Zagłoba, dwaj Skrzetuscy, Wołodyjowski i inni oficerowie po aresztowaniu zostali zamknięci w zamkowych podziemiach. Czuli się oszukani i zdradzeni przez księcia, któremu wierzyli. Ciągle radzili nad możliwościami ucieczki, za wszelką cenę chcieli sprowadzić chorągiew Wołodyjowskiego z Upity na ratunek. Zagłoba poprosił Michała o jego pierścień, który byłby znakiem dla żołnierzy pułkownika w razie, gdyby udało mu się do nich dotrzeć. Z podwórza zamkowego zaczęły dochodzić do nich krzyki. Michał, podsadzony do okienka, zdał relację z sytuacji, którą zaobserwował: na dziedziniec wytoczono armaty przeciw piechocie węgierskiej chorągwi Oskierki (również był aresztowany), która czekała w szyku bojowym na oswobodzenie dowódcy. Naprzeciw nich stanęły wojska Charłampa, Mieleszki i Niewiaromskiego. Michał miał nadzieję, że ludziom Oskierki z pomocą przyjdzie Kmicic (nie wiedzieli, po której stronie stanął). Na podwórzu powstał bunt. Wystrzały z armat rozpoczęły walkę. W pewnej chwili przybył Andrzej ze swym oddziałem i… zaczął wybijać i „siekać” ludzi Oskierki. Wówczas zdruzgotany i wstrząśnięty Michał zeskoczył na ziemię. Choć podał przyjazną dłoń chorążemu, ten stanął przeciw ojczyźnie. Andrzej wygrał tę bitwę, dowodząc tym samym, iż z całego serca popiera dążenia Janusza Radziwiłła.

Rozdział XVI Hetman Radziwiłł kazał Andrzejowi sprowadzić do Kiejdan chorągwie Mirskiego, Stankiewicza i Wołodyjowskiego, czyniąc go przedtem regimentarzem. Gdy powiedział, że Zagłobę, Wołodyjowskiego i Skrzetuskich każe rozstrzelać, Kmicic zaczął błagać na kolanach o darowanie im życia. Wówczas Janusz zmienił zdanie komunikując, że oficerów internuje do Birż, do Szwedów. Taki los miał spotkać wszystkich prócz Zagłoby. Ten zaś miał umrzeć, ponieważ jako pierwszy nazwał księcia na balu zdrajcą. Słysząc to, pułkownik począł całować Janusza po rękach i tłumaczyć, że Zagłoba z pewnością nie wiedział co mówi ze względu na wypity alkohol. Radziwiłł przystał na prośby Kmicica – Jan Onufry miał także jechać do obozu do Birż. Na koniec rozmowy książe nakazał Andrzejowi sprowadzenie na czas wojny do zamku Billewiczówny i jej stryja (odjechali zaraz po północy). Jeśliby stawiali opór – miał użyć siły. Hetman obawiał się, że miecznik przyłączy się ze swymi towarzyszami laudańskimi do Sapiehy. Andrzej przystał na to rozwiązanie. Przywożąc Oleńkę do Kiejdan, zyska pewność, że panna nie wstąpi do klasztoru.

Rozdział XVII Kmicic nie wyruszył po chorągwie Stankiewicza i Mirskiego następnego dnia, gdyż te już zbliżały się do Kiejdan na pomoc swym pojmanym dowódcom. Wieść o zdradzie hetmańskiej rozniosła się po okolicy bardzo szybko, powodując, iż wszystkie chorągwie postanowiły się połączyć w obronie ojczyzny przeciw Radziwiłłowi. Wieczorem wyprowadzono z piwnicy oficerów-aresztantów. Do Birż miał ich dostarczyć Roch Kowalski ze swym oddziałem. Oskierko słyszał o nim same superlatywy, podobno mieli podążać z człowiekiem silnym i odważnym. Bohaterowie wyruszyli w końcu w drogę. Podczas jazdy Zagłoba ułożył plan ucieczki: Rochowi wmówił, że są rodziną, zapraszając go do wozu zajmowanego przez siebie i towarzyszy. Onufry upił Kowalskiego, a gdy ten zasnął, sprytny żołnierz założył opończę i hełm śpiącego Rocha na siebie, wsiadł na jego konia (jechał obok wozu) i oddalił się. Ludzie Kowalskiego nie zatrzymali uciekiniera, ponieważ wzięli go za swego komendanta. Dopiero nad ranem odkryto nieobecność jeńca. Roch był wściekły. Zagłoba zabrał mu konia i list polecający hetmana do komendanta Birż. Z kolei Wołodyjowski i inni oficerowi cieszyli się z takiego obrotu spraw. Byli pewni, że Zagłoba sprowadzi na pomoc chorągiew z Upity. Mimo ucieczki, podróż trwała dalej. Żołnierze jechali przez wsie i miasteczka. Zagłoba faktycznie wkrótce powrócił z posiłkami laudańskimi i uwolnił aresztantów. Doszło do bójki Rocha i Józwy Butryma, w trakcie której Wołodyjowski wziął buławę z rąk Zagłoby i przejął dowództwo nad chorągwią. Wybawca opowiedział przyjaciołom o ucieczce. Wspominał rolę pierścienia Michała po dotarciu do oddziału. Mówił również o liście skradzionym Kowalskiemu, w którym Radziwiłł rozkazał komendantowi szwedzkiemu rozstrzelać jeńców po dotarciu do Birż. Słysząc to, oficerowie nie mogli uwierzyć, że za długoletnią, wierną służbę Janusz skazał ich na śmierć. Dragoni Kowalskiego przeszli na stronę niedawnych aresztantów, którzy postanowili połączyć się z oddziałami Sapiehy. Podczas podróży ujrzeli w Klewanach ogień. Okazało się, że to Szwedzi zaatakowali wieś. Wszyscy zgodnie zamierzali pomóc ciemiężonym, zaś Zagłoba został w lasku pod Klewanami, pilnując Rocha, by nie zbiegł do Radziwiłła.

Rozdział XVIII Gdy żołnierze dojechali do wsi, zastali krzyczących ludzi. Kobiety i wieśniacy byli targani i poniewierani przez szwedzkich rajtarów, którzy zabierali ich inwentarz i palili chałupy. Wołodyjowski z chorągwią zaatakowali. Walka przeistoczyła się w zaciętą rzeź: „Gdzieniegdzie bito się większymi kupami, po kilkunastu na szable i rapiery, gdzieniegdzie bitwa zmieniła się w szereg pojedynków i mąż potykał się z mężem, rapier krzyżował się z szablą, czasem strzał pistoletowy buchnął. Tu i owdzie rajtar, wymknąwszy się spod jednej szabli, biegł jak pod smycz pod drugą. Tu i owdzie Szwed lub Litwin wydobywał się spod obalonego rumaka i padał zaraz pod cięciem czekającej nań szabli”. Po godzinie bitwa zakończyła się zwycięstwem Michała. W tym czasie Zagłoba przekonał Kowalskiego, by przystąpił do ich oddziału. Po powrocie Wołodyjowskiego do lasku, przekazał tę wieść przyjacielowi. Michał przywiózł siedmiu jeńców i rotmistrza szwedzkiego. Na „pożegnanie” powiedział, że pojmali i wypuścili ich ludzie Janusza Radziwiłła, którzy walczyli z jego rozkazu. Okłamali Szwedów, że zawarta ugoda między ich królem a hetmanem była tylko fikcją. Wiedzieli, że Radziwiłł szybko się o tym nie dowie, ponieważ byli daleko od zamku w Kiejdanach. Podejrzewali za to rychłą reakcję urażonych zerwaniem umowy Szwedów.

Rozdział XIX Na Litwie rozpoczęła się wojna domowa. Wojsko komputowe podzieliło się na dwa obozy. Jedni stali przy hetmanie, drudzy opowiedzieli się przeciw unii ze Szwecją i poparli Sapiehę. Wołodyjowski z chorągwią przybył do Poniewieża, gdzie otrzymał wieści o zniszczeniu przez Janusza oddziałów Mirskiego i Stankiewicza. Tych, którzy nie chcieli przystąpić do księcia – pomordowano. Części udało się uciec do lasów. Przyczynił się do tego Kmicic. Zbiedzy każdego dnia dołączali do Michała, przynosząc nowe wieści: „Najważniejszą z nich była wiadomość o buncie chorągwi komputowych, stojących na Podlasiu, wedle Białegostoku i Tykocina. Po zajęciu Wilna przez wojska moskiewskie miały owe chorągwie stamtąd przystęp do krajów koronnych osłaniać. Lecz dowiedziawszy się o zdradzie hetmana, utworzyły konfederację, na której czele stanęli dwaj pułkownicy: Horotkiewicz i Jakub Kmicic, stryjeczny najwierniejszego poplecznika radziwiłłowskiego, Andrzeja (…)”. Do buntu dołączyła również chorągiew Niewiaromskiego, wypowiadając hetmanowi posłuszeństwo. Sprzeciw jednak nie trwał długo – niegodzący się na politykę Radziwiłła zostali wybici przez Andrzeja. Po tych wieściach Wołodyjowski zmienił najbliższe plany. Do momentu przyłączenia się do Sapiehy musieli poczekać. Teraz należało ruszyć na Podlasie, do chorągwi tworzących konfederację. Zbiegowie donieśli Michałowi, że król Jan Kazimierz kazał wracać oddziałom z Ukrainy i dołączyć do obrony przeciw Szwedom nad Wisłą. Wołodyjowski wyruszył z towarzyszami. Aby dotrzeć na Podlasie, musieli jechać obok Kiejdan, w których stał Kmicic z piechotą, jazdą konną i armatami. Gdy hetman dowiedział się o ucieczce oficerów, o zbuntowanej chorągwi laudańskiej, o wygranej przez nią bitwie klewańskiej, w której śmierć poniosło stu dwudziestu żołnierzy szwedzkich – dostał ataku astmy, na którą cierpiał od dawna. Do pogorszenia jego stanu przyczynił się również list od szwedzkiego komendanta z Birż – Pontusa de la Gardie (głównodowodzący siłami szwedzkimi). Radziwiłł dowiedział się, że żołnierze szwedzcy pod przysięgą zeznali o napadzie wojska Janusza w Klewanach… Hetmana ogarnęła ogromna wściekłość. Choć starał się listownie wszystko wyjaśnić, adresat nie uwierzył. Gdy Kmicic otrzymał korespondencję od księcia z wiadomościami o poczynaniach zbiegów, o ocalenie głów których błagał niegdyś na kolanach, ucieszył się, że udało im się uciec. Z rozkazu Radziwiłła, obawiającego się ataku Michała, Andrzej umocnił obronę Kiejdan. Pułki Mieleszki i Ganchofa zrobiły zasadzkę na drodze do zamku. Choć czekali w gotowości, pułkownik i jego ludzie „zapadli się pod ziemię”. Tymczasem książe podupadł na zdrowiu, wychudł. Przerażała go groźba ruiny i niespełnienia planów.

Rozdział XX Kmicic zakończył ubezpieczanie Kiejdan, a następnie pojechał z rozkazu księcia po Oleńkę i Tomasza, by sprowadzić ich do zamku. Gdy dojechał do Billewicz, pozostawił swych dragonów w karczmie, a sam z wachmistrzem Soroką i jednym pachołkiem udał się do miecznika i panny. Widząc narzeczonego, Aleksandra wyszła do drugiej izby. U Tomasza Billewicza przebywał akurat sąsiad Dowgirg z Plemborga i pan Chudzyński – dzierżawca z Ejragołów. Po przywitaniu i wypiciu kieliszka wina, Andrzej oznajmił, że zamierza ich zabrać z zaproszenia hetmana do Kiejdan. Mieli tam mieszkać do czasu zapanowania pokoju w kraju. Po powrocie do komnaty, Oleńka razem ze stryjem sprzeciwiła się przedstawionym planom. Nie chciała jechać do domu zdrajcy. Gdy Kmicic zapowiedział, że zabierze ich siłą, usłyszeli tętent koni. Nagle otworzyły się drzwi i stanęli w nich Wołodyjowski, Mirski, Zagłoba, dwaj Skrzetuscy, Stankiewicz, Oskierko i Roch Kowalski. Gospodarz zaczął ich prosić o ratunek przez Andrzejem, a Michał przemówił do pułkownika, nazywając go zdrajcą i renegatem, mordercą niewinnych żołnierzy - przeciwników zdrady. Na koniec powiedział, że Kmicic poniesie za to słuszną karę – zginie. Sześciu ludzi otrzymało rozkaz rozstrzelania zdrajcy ojczyzny. Po wyprowadzeniu pułkownika, Oleńka zemdlała.

Zagłoba, chcąc dać upust swemu wścibstwu, pojechał za żołnierzami, by przeszukać Andrzeja. Miał nadzieję znalezienia jakiegoś ważnego listu (tak, jak przy Rochu). Tymczasem omdlałą Aleksandrę odnalazł wuj, który natychmiast zawołał na pomoc oficerów. Po odzyskaniu przytomności panna była świadkiem takiej sceny: nagle pojawił się zziajany Zagłoba mówiąc, że chcieli zabić zacnego kawalera, który uratował im życie. Podał pismo zdziwionemu Wołodyjowskiemu. Okazało się, że ową korespondencją okazała się ta, w której Janusz Radziwiłł gorzko wymawiał Kmicicowi, że tylko za jego wstawiennictwem darował oficerom życie w Kiejdanach (zaraz po ogłoszeniu ugody ze Szwedami). List kończył się poleceniem, by pułkownik przywiózł Billewiczów. Zebrani byli pewni, że gdyby nie interwencja Andrzeja, byliby już martwi. Zagłoba był pod wrażeniem postawy Kmicica, który nawet w chwili nadchodzącej śmierci nie próbował się tłumaczyć. Gdy do izby przyprowadzono bohatera, Wołodyjowski rzekł: „-Wolny jesteś, panie kawalerze (…) i pókiśmy żywi, żaden z nas się na ciebie nie targnie”. Powiedział, że pułkownik może wrócić do hetmana-zdrajcy lub przyłączyć się do nich, na co Andrzej odparł, że tylko Janusz Radziwiłł pragnie uratować Rzeczpospolitą. Wówczas głos zabrał Zagłoba. Zapytał, czy Kmicic, gdy błagał o życie towarzyszy, otrzymał przyrzeczenie księcia, że nie zabije oficerów. Otrzymawszy potwierdzenie, pokazał zaślepionemu pułkownikowi list Radziwiłła (ukradziony Rochowi) do szwedzkiego komendanta, w którym to nakazywał rozstrzelanie przybyłych do Birż mężczyzn. Po odczytaniu polecenia Andrzej zbladł i, powiedziawszy „-Bądźcie zdrowi! (…) Lepiej mi było zginąć z rąk waszych” – wyszedł. Pożegnawszy się z miecznikiem, Wołodyjowski zaproponował mu, by wraz z Oleńką wyjechał do Białowieży, do Heleny Skrzetuskiej. Tylko tam mogli być bezpieczni. Z kolei Billewiczówna podziękowała Zagłobie, całując go w rękę, za uratowanie życia Andrzejowi.

Rozdział XXI Gdy Wołodyjowski wraz ze swą chorągwią odjechał, tej samej nocy do Billewicz przybył… Janusz Radziwiłł! Hetman porwał Oleńkę i miecznika do swego zamku. W kraju u boku Michała byli najlepsi oficerowie, mogący zmienić trudną sytuację na Podlasiu. Wojska rosły w siłę, codziennie przybywało im stronników, toteż hetman – obawiając się o swe zwycięstwo – kilkakrotnie wysyłał listy do Sapiehy. Chciał się z nim pojednać, jednak korespondencja wracała do nadawcy bez odpowiedzi. Do księcia dochodziły wieści, że Sapieha z każdym dniem rośnie w wojskową potęgę. Srebra przetapiał na monety, sprzedawał swoje stada, nie liczył się z groszem, wyposażając oddziały w armaty, szable, pistolety i żywność. Garnęła się do niego szlachta, patrioci, wszyscy nieprzyjaciele hetmana. Janusz Radziwiłł zdziwił się, że wracając z Billewiczami do zamku, nie spotkał Andrzeja. O uszy obiły mu się wieści, że dragonów pułkownika zabrało wojsko Wołodyjowskiego. Tymczasem Kmicic już czekał w Kiejdanach. Wyznał, że wie o liście do szwedzkiego komendanta w Birż, a co za tym idzie, o złamanym słowie księcia. Powiedział, że nie przystąpił do Michała, choć ten mu to proponował. Ponad wszystko cenił sobie wierność i szczerość. Gdy opuścił komnatę władcy, który dostał kolejny atak astmy, od Charłampa dowiedział się, że w zamku przebywają Billewicze. Wrócił do księcia, gdy wyszedł od niego medyk. Radziwiłł zaczął wpierać pułkownikowi, że to przez jego nierozstrzelanych przyjaciół wybuchła wojna domowa, zachwiała się przyjaźń ze Szwedami, a Michał z chorągwią krzyżuje mu plany obrony ojczyzny. Na koniec rozmowy hetman zaprosił Andrzeja na wieczorną ucztę.

Rozdział XXII Wieczorem na zamkowy dziedziniec zajechało dużo bryczek i kolasek z zaproszonym na ucztę gośćmi. Miecznik rosieński długo musiał namawiać Oleńkę by towarzyszyła mu w kolacji. Kmicic z rozkazu hetmana został posadzony przy stole między panną a jej stryjem. Gdy rozpoczęła się kolacja, narzeczeni rozmyślali o ostatnich wydarzeniach, które miały wpływ na ich obojętność wobec siebie. Kmicic nadal bardzo kochał Aleksandrę, oddałby za nią życie. Cały czas spoglądał na nią ukradkiem. Ona również darzyła kawalera gorącym uczuciem. Ceniła w nim odwagę, męstwo i wierność przyjaźni. Zdawała sobie sprawę, że służył Radziwiłłowi, ponieważ był ślepo przekonany o jego dobrych intencjach. Gdy ich oczy się spotkały, panna dojrzała w nich ból i zmęczenie. Janusz wznosił toasty, które musieli pić wszyscy, którzy nie chcieli być uznani za wrogów. Potem odczytał listy od Bogusława Radziwiłła, w których ten donosił wiele rzeczy: województwo sieradzkie i wielkopolskie poddało się Szwedom, król Jan Kazimierz został pobity pod Widawą i Żarnowem (dlatego cofnął się do Krakowa). Wieści te ucieszyły wszystkich gości. W pewnej chwili Oleńka źle się poczuła. Nagle wstała do stołu i, wskutek zawrotu głowy, upadłaby, lecz Andrzej chwycił ją na ręce i wyniósł z dusznej sali.

Rozdział XXIII Kmicic nie chciał siedzieć bezczynnie w Kiejdanach. Udało mu się przekonać hetmana, by pozwolił mu wyjechać i dostarczyć w jego imieniu listy: do Harasimowicza, by przysłał pieniądze z publicznych podatków do Tylży, do księżnej, do Bogusława Radziwiłła, przebywającego w Tykocinie, do Karola Gustawa, by przekonać go o braku winy za epizod w Klewanach, do marszałka koronnego Jerzego Lubomirskiego, by namówić go do przystąpienia do księcia. W zamian hetman ofiarowywał rękę swej córki synowi marszałka Herakliuszowi.

Na koniec Radziwiłł powiedział Kmicicowi: „Szwedzi wprawdzie górą: zajęli Wielkopolskę, Mazowsze, Warszawę, województwo sieradzkie poddało im się, gonią Jana Kazimierza pod Kraków i Kraków oblegną, jak Bóg w niebie. Czarniecki ma go bronić, ów świeżo wypieczony senator, ale muszę przyznać, żołnierz dobry. Kto może przewidzieć, co się stanie?… Szwedzi wprawdzie umieją zdobywać fortece, a nie było nawet czasu na wzmocnienie Krakowa. Wszelako ten pstry kasztelanik może się trzymać miesiąc, dwa, trzy. Dzieją się czasem takie cuda, jako wszyscy pamiętamy pod Zbarażem… Owóż, jeśli się będzie zacięcie trzymał, diabeł może wszystko na wspak obrócić. Ucz się arkanów polityki. Wiedz tedy naprzód, że w Wiedniu nie będą chętnym okiem patrzeć na rosnącą potęgę szwedzką i mogą pomoc dać… Tatarzy też, wiem to dobrze, skłonni są pomagać Janowi Kazimierzowi, na kozactwo i Moskwę nawałem ruszą, a wówczas wojska ukrainne pod Potockim przyjdą na pomoc… Desperat dziś Jan Kazimierz, a jutro może jego szczęście przeważyć…”. Podlasie leżało nieopodal Mazowsza. Hetman przewidywał, że albo zajmą je Szwedzi, albo Prusacy. Książe Bogusław miał być ogniwem łączącym Szwedów i Jana Kazimierza. Dlatego też miał jechać do Tylży i czekać tam na przyjazd Prusaków. Andrzej zebrał ludzi do wyprawy za swe pieniądze (książe nie chciał nic sponsorować, mimo iż ostatnio ograbił Wilno). Chorągiew pułkownika – przekazana pod dowództwo Ganchofa - musiała pozostać w Kiejdanach, by w razie ataku bronić Radziwiłła. Wkrótce okazało się to zbawienne, ponieważ zbliżał się Sapieha… Przed wyjazdem Kmicic poprosił Janusza, by w czasie jego nieobecności czuwał na Billewiczami, na co ten oznajmił, że dla bezpieczeństwa odeśle pannę do Taurogów pod Tylżę, do swej żony.

Rozdział XXIV Kmicic i jego ludzie byli gotowi do drogi. Pułkownik zebrał sześciu żołnierzy, w tym wachmistrza Sorokę. Na koniec hetman wręczył mu listy i glejt do szwedzkich komendantów, zapewniając tym samym wolny przejazd. Andrzej pożegnał się z Aleksandrą, starając się odzyskać sympatię narzeczonej: „- Moja mościa panno! (…) Chciałem jechać bez pożegnania, ale nie mogłem. Bóg raczy wiedzieć, kiedy wrócę i czy wrócę, bo i o przygodę nietrudno. Lepiej nie rozstawajmy się z gniewem w sercu i z urazą, aby kara boska na które z nas nie spadła. Ej! siła by mówić, siła by mówić, a tu język wszystkiego nie wypowie. No! szczęścia nie było, woli bożej, widać, nie było, a teraz, choć ty, człeku, i łbem w mur bij, nie ma już rady nijakiej! Nie winujże mnie, waćpanna, to i ja cię nie będę winował. Już na ów testament nie trzeba zważać, bo jako rzekłem: na nic ludzka wola przeciw boskiej. Daj ci Boże szczęście i spokojność. Grunt, żeby sobie winy odpuścić. Nie wiem,, co mnie tam spotka, gdzie jadę… Ale już mi dłużej nie wysiedzieć w męce, w kłótni, w żalu… Człek się o cztery ściany w izbie rozbija, bez rady, mościa panno, bez rady!… Nie masz tu nic do roboty, jeno się ze zgryzotą w bary brać, jeno myśleć po całych dniach, aż głowa boli, o nieszczęsnych terminach i w końcu nic nie wymyślić… Trzeba mi tego wyjazdu, jako rybie wody, jako ptakowi powietrza, bo inaczej bym oszalał (…)Trzeba też waćpannie wiedzieć, że uraza i gniew to co innego, a żal co innego. Gniewum się wyzbył, ale żal we mnie siedzi - może nie do waćpanny. Bo ja sam wiem do kogo i czego?… Myśląc nic nie wymyślę, ale tak mi się zdaje, że lżej będzie i mnie, i waćpannie, gdy się rozmówiem. Waćpanna masz mnie za zdrajcę… i to mnie najgorzej kole, bo jak zbawienia duszy mojej pragnę, tak nie byłem i nie będę zdrajcą! (…)Wiedzże o tym, że zbawienie w księciu Radziwille i w Szwedach, a kto inaczej myśli, a zwłaszcza czyni, ten właśnie ojczyznę gubi. Ale nie czas mi dyskursować, bo czas jechać. Wiedz tylko, żem nie zdrajca, nie przedawczyk. Bodajem zginął, jeżeli nim kiedy będę!… .Wiedz, żeś niesłusznie mną pogardziła, niesłusznieś na śmierć skazała… To ci mówię pod przysięgą i na wyjezdnym, a mówię dlatego, ażeby zarazem powiedzieć: odpuszczam z serca, ale za to i ty mnie odpuść!”. Oleńka też poprosiła kawalera o wybaczenie. Gdy zaczęła płakać, on przytulił ją do swej piersi, całował oczy i usta. Billewiczówna nie stawiała oporu, a Andrzej padł jej do nóg. W pewnej chwili wybiegł jak oszalały.

Rozdział XXV Andrzej wyruszył w drogę, podczas której słyszał opowieści napotkanych ludzi. Mówili o oddziałach Zołtarenki, mordujących ludzi, palących wsie, równających wszystko z ziemią. Kmicic przejeżdżał przez opustoszałe tereny, niegdyś tętniące życiem. W Pilwiszkach nad Szeszupą mieszczanie opowiedzieli mu o napadzie Zołtareńki i jego pięciuset ludzi. Ofiary ocaliła nieznana chorągiew z małym rycerzem na czele, która rozgoniła agresorów. Andrzej domyślił się, że ową chorągwią dowodził Wołodyjowski. Zatrzymał się z oddziałem na odpoczynek w okolicznym zajeździe. Karczmarz doniósł mu, ze w starościńskim domu przebywał książe Bogusław Radziwiłł ze swym wojskiem. Wiadomości ta ucieszyła pułkownika, który teraz mógł dostarczyć list adresatowi, a nie jechać aż do Tykocina. Udał się zatem do Bogusława – człowieka w wieku trzydziestu pięciu lat, o drobnej twarzy. Książe zaczął czytać na głos list od krewnego: „Sam WXMć w drodze bądź ostrożnym, a o tych frantach konfederatach, którzy się przeciw mnie zbuntowali i na Podlasiu grasują, dla Boga pomyśl WXMć, żeby ich rozprószyć, żeby do króla nie szli. Gotują się na Zabłudów, a tam piwa mocne; jako się popiją, żeby ich wyrżnęli, każdy gospodarz swego. Bo nie godzi się nic lepszego; ale capita uprzątnąwszy poszłoby to w rozdrób (…)”, gdy w pewnym momencie zapytał: „- Słuchajże; panie Kmicic (…) więc ja mam razem wyjeżdżać do Prus i razem urządzać rzeź w Zabłudowie? Razem udawać jeszcze stronnika Jana Kazimierza i patriotę, i razem wycinać tych ludzi, którzy króla i ojczyzny nie chcą zdradzić?”. W odpowiedzi zdruzgotany Andrzej oznajmił, że musi dostarczyć jeszcze korespondencję do Zabłudowa, do pana Harasimowicza. Po chwili dowiedział się, że ów przebywał akurat u Bogusława. Harasimowicz stanął przed Kmicicem. Gdy mężczyzna otrzymał swój list, Radziwiłł kazał mu czytać na głos. Z kartki wynikało: „…starostwa moje tłoczą i na Zabłudów się gotują idąc snadź do króla. Z którymi bić się trudno, bo przecie gromada, ale albo ich wpuściwszy, pięknie popoić, a w nocy śpiących wyrżnąć /każdy gospodarz uczynić to może/, albo ich w piwach mocnych potruć, albo o co tam nietrudno, swawolną także kupą na nich zemknąć, co by się na nich obłowili…(…) Win, jeśli nie można wywieźć(bo tu już u nas nigdzie ich nie dostanie), tedy w skok za gotowe posprzedawać(…) jeżeli się zaś kupiec nie znajdzie (czytał żałosnym głosem Harasimowicz), tedy w ziemię pozakopywać, byle nieznacznie, żeby nad dwóch o tym nie wiedziało. Beczkę jednak jaką i drugą w Orlu i w Zabłudowie zostawić, a to z lepszych i słodszych, co by się ułakomili na nią, a podprawić mocno trucizną, żeby starszyzna przynajmniej powyzdychała, to się drużyna rozbieży. Dla Boga, życzliwie mi w tym posłużcie, a sekretnie, przez miłosierdzie boże!… A palcie, co piszę i ktokolwiek o czym wiedzieć będzie, odsyłajcie go do mnie. Albo sami najdą i wypiją, albo jednając może im ten napój podarować…”. Po wyjściu Harasimowicza, Kmicic zbladł, a pot wystąpił mu na czoło. Musiał się opanować. Poprosił Bogusława o szczerą odpowiedź na pytanie, czy hetman miał na celu dobro Rzeczypospolitej, na co usłyszał ze zdziwieniem spowodowanym nieświadomością Kmicica, że: „Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy. Niechaj Chmielnicki przy Ukrainie się ostaje, niech Szwedzi z Brandenburczykiem o Prusy i wielkopolskie kraje się rozprawiają, niech Małopolskę bierze Rakoczy czy kto bliższy. Litwa musi być dla księcia Janusza, a z jego córką dla mnie!”. Po tych słowach Andrzej myślał, że upadnie. Powiedział Radziwiłłowi, że jest zmęczony i musi odpocząć. Obiecał przyjść później, po czym opuścił komnatę. Zrozumiał wówczas, że został oszukany i wykorzystany przez hetmana, któremu wierzył jak ojcu. Po powrocie do zajazdu obmyślił plan uprowadzenia Bogusława by postawić go przed obliczem polskiego króla. Przebrawszy się, przedstawił swym ludziom powzięty zamiar: „- Słuchać! (…)Jeśli chytrością go nie weźmiem, to inaczej wcale nie weźmiem… Słuchać! Ja wejdę do komnat i po chwili wyjdę z księciem… Jeśli książę siądzie na mego konia, tedy ja siądę na drugiego i pojedziem… Jak odjedziemy ze sto albo z półtorasta kroków, tedy go we dwóch porwać pod pachy i w skok, co tchu w koniach!”. Na koniec kazał dla siebie przyszykować dwa konie i czekać dwóm ludziom przy pobliskim lesie. Wszyscy popierali Kmicica całym sercem. Andrzej z ludźmi zajechali przed dom starościński, a potem pułkownik poszedł pożegnać się z Radziwiłłem przed odjazdem w dalszą drogę. Bogusław dał mu listy do dostarczenia, a Kmicic poprosił go o opiekę nad drugim koniem, którego szkoda mu było ciągnąć po polach i wertepach. Gdy wyszli przed dom, Radziwiłł był zachwycony urodą zwierzęcia, zachwalanego nadal przez pułkownika. Książę skorzystał z propozycji przejażdżki. Obok krewnego Janusza jechali „dla bezpieczeństwa” ludzie Andrzeja. Skierowali się pędem w stronę lasu, gdzie czekający dwaj ludzie Kmicica chwycili Bogusława za ramiona i trzymając mocno – wszyscy ruszyli dalej, pozostawiając za sobą tumany kurzu.

Rozdział XXVI Uciekali lasem. Książe, który wiedział już o porwaniu, siedział w kolbace. Ostrzegał Kmicica, że za swój postępek poniesie śmierć, lecz ten nazwał Radziwiłłów zdrajcami i nic nie robił sobie z pogróżek. Tyle wycierpiał przecież dla hetmana myśląc, że poświęca się w słusznej sprawie: „Zababrałem ręce w krwi bratniej, w tej myśli, iż sroga to dla ojczyzny necessitas! Często mnie dusza bolała, gdy dobrych żołnierzów rozstrzeliwać kazał; często natura szlachecka rebelizowała przeciw niemu, gdy raz i drugi przyrzekł mi coś, a potem nie dotrzymał. Alem to myślał: ja głupi, on mądry! - tak trzeba! Teraz dopiero, gdym się o onych truciach z listów dowiedział, aż mi szpik w kościach zdrętwiał! Jakże to? Takaż to wojna? To truć chcecie żołnierzów ? I to ma być po hetmańsku? To ma być po radziwiłłowsku? Ja to mam takie listy wozić?…(…) To z Chmielnickim, ze Szwedami, z elektorem, z Rakoczym i z samym diabłem na zgubę tej Rzeczypospolitej się zmawiacie?… To płaszcz z niej chcecie sobie wykroić? Zaprzedać? Rozdzielić? Rozerwać jako wilcy tę matkę waszą. Takaż wasza wdzięczność za wszystkie dobrodziejstwa, którymi was obsypała, za one urzędy, honory, godności, substancje, starostwa, za takie fortuny, których królowie zagraniczni wam zazdroszczą?… I gotowiście nie zważać na onej łzy, na mękę, na ucisk? Gdzie w was sumienie? Gdzie wiara, gdzie uczciwość? !.. Co za monstra na świat was wydały?”. Na szczęście miał przy sobie dowody winy krewnych. Były nimi listy od Bogusława, zaadresowane do króla szwedzkiego, pana Wittenberga, pana Radziejowskiego. Był też w posiadaniu kartki napisanej przez Janusza, którą zamierzał zawieść królowi polskiemu i szwedzkiemu, by ujawnić niecne palny Radziwiłłów. Wszyscy byli bardzo zmęczeni. Zatrzymali się obok przydrożnej kuźni. Gdy Kmicic zawołał groźnie: „- Proszę na ziemię!”, książę wyrwał mu z szybkością błyskawicy krócicę zza pasa i „huknął mu w samą twarz”, krzycząc „- A ty w ziemię!”. Dalsze wypadki potoczyły się bardzo szybko: „W tej chwili koń pod księciem, uderzony ostrogami, wspiął się tak, iż wyprostował się prawie zupełnie, książę zaś przekręcił się jak wąż w kulbace ku Lubieńcowi i całą siłą potężnego ramienia pchnął go lufą między oczy. Lubieniec wrzasnął przeraźliwie i spadł z konia”. Radziwiłł zbiegł, nim ktokolwiek się zorientował. Po chwili trzech ludzi Kmicica ruszyło w pościg, a Soroka poprosił kowala o wodę i obmył twarz rannego. Jego oczy były przymknięte, a lewy policzek rozerwała kula. Na szczęście oddychał. Wachmistrzowi łzy stanęły w oczach. Kilka minut później wrócił jeden z goniących Bogusława mówiąc, że Radziwiłł zabił pozostałych żołnierzy (jednego przebił wyrwaną mu szablą, drugiemu ściął głowę). Oddział Kmicica obawiał się, że zbieg naśle na nich swe wojsko. Postanowili uciekać. Ułożywszy rannego na związanych miedzy końmi noszach, odjechali. Natomiast sprytny uciekinier przekonany o śmierci Kmicica wrócił do Pilwiszek do swego wojska.