„ Jeżeli nie jesteś odważny, uważaj, że jesteś. Nikt nie zauważy różnicy.”

To była sobota. Pamiętam, że nic wtedy mi nie wychodziło. Potykałam się o każdy stopień, tłukłam szklanki i psułam każdą rzecz jaka wpadła mi do rąk. To nie było normalne. Mój instynkt mówił mi, że to dopiero początek złej passy. Tak też się później okazało. Dokładnie o 19:20 w samym środku zimy, gdy śnieg obijał się o moje okna, miałam zamiar odczytać list, który dotarł do mnie dnia poprzedniego. Jak się okazało list ten był anonimowy, a zawierał okrutną prawdę o mnie.

To była sobota. Pamiętam, że nic wtedy mi nie wychodziło. Potykałam się o każdy stopień, tłukłam szklanki i psułam każdą rzecz jaka wpadła mi do rąk. To nie było normalne. Mój instynkt mówił mi, że to dopiero początek złej passy. Tak też się później okazało. Dokładnie o 19:20 w samym środku zimy, gdy śnieg obijał się o moje okna, miałam zamiar odczytać list, który dotarł do mnie dnia poprzedniego. Jak się okazało list ten był anonimowy, a zawierał okrutną prawdę o mnie. O tym jakim nieudacznikiem jestem oraz to, ile znaczę dla innych. „ Jeślibyś zniknęła, nikt by tego nie zauważył”. To zabolało. Brutalne słowa uderzyły mnie w twarz. W tamtym momencie jedyne co przychodziło mi do głowy to pytania. Kto napisał ten list? Dlaczego zostało to skierowane do mnie? Czy rzeczywiście tak jest? Nie chciałam wtedy o tym myśleć. Zostało mi jakieś 15 minut do wyjścia na koncert. Trzeba było się szybko ogarnąć. Nie miałam czasu na zaprzątanie sobie głowy obraźliwymi, anonimowymi listami. Muzyka wypełniała mnie. Podskakiwanie i uderzanie we wszystkich swoich ciałem w rytm utworu powodowało, że czułam się wolna. W jednej chwili tłum porwał mnie na sam szczyt „fali”. Znajdując się w górze, czułam każdą rękę dotykającą mojego ciała. Euforia była niesamowita. Niestety krótka gdyż po chwili z wielkim bólem upadłam na ziemię. Nic się nie stało. Po prostu tłum nagle zaczął uczestniczyć w pogo. Natychmiast musiałam się podnieś by nie zostać stratowaną przez oszalałe zgrupowanie. Naturalną koleją rzeczy było to, że sama przyłączyłam się do wściekłego uderzania i popychania każdego, by nie upaść po raz kolejny. Ktoś wniósł alkohol. Amarena oblewała każdego kto stał przed sceną. Niekontrolowane szaleństwo mogłoby trwać w nieskończoność. Dochodziła 00:00. Zmęczona i wycieńczona po dwugodzinnym wyzwoleniu i wariactwie postanowiłam przemierzyć ciemne ulice w centrum miasta, które co kilka metrów były oświetlane latarniami. Okoliczna cisza zmuszała mnie do wielu przemyśleń i retrospekcji. Nieuniknione było również przypomnienie sobie o liście i rozpatrzenie tematu sensu życia. Chwila zadumy minęła wraz z uświadomieniem sobie jak bardzo celne były słowa zawarte w wypowiedzi anonima. Miałam dosyć. Jedyne czego pragnęłam to wrócić do domu i położyć się do łóżka. Wsiadłam w tramwaj.

  Obolałe ciało nie pozwoliło mi wygodnie się ułożyć. Po niewyspanej nocy kubek gorącej kawy był zbawieniem.
 Czy rzeczywiście nikt by nie zauważył, gdybym zniknęła? Nie mogłam przestać o tym myśleć. List ten spowodował, że każdy następny dzień stawał się męczący i trudniejszy. Brak wsparcia od znajomych oraz zauważalna obojętność ludzi wobec mnie powodowały, że jeszcze bardziej pogrążałam się w smutku i zadumie. Chęć udowodnienia  autorowi listu, że tak nie jest była olbrzymia. Jednak co miałabym zrobić by go do tego przekonać? Prawdopodobnie coś niewyobrażalnie trudnego i groźnego, by wykazać się odwagą. W taki sposób by każdy wiedział kim jestem i mnie zapamiętał do końca życia. Nic nie przychodziło mi do głowy, w jaki sposób miałabym  to osiągnąć. Dla mnie zwrócenie na siebie uwagi wcale nie było takie proste. Głównym powodem jest to, że nie jestem pewna siebie. Co jest żelazną zasadą do osiągnięcia postawionego sobie celu.  Własne kompleksy oraz niedowartościowanie uniemożliwiało mi to na daną chwilę. Przegram, jeżeli nie podejmę się pewnych działań. 

 Aby coś zmienić należy w tym kierunku dokonać pewnych poczynań. Taki był mój zamiar. Pierwsze co należało zrobić to wyzbyć się kompleksów. Dlatego też wraz z rozpoczęciem tygodnia zapisałam się na siłownię. Problemy ze zdrowym odżywianiem nie zniknęły, ale to wynikało z braku czasu. Efekty nie będą oczywiście natychmiastowe, jednak sam fakt podjęcia się walki oraz uśmiech na twarzy po wyczerpującym treningu były dla mnie sukcesem. 

Po kilku tygodniach moje starania i ciężka praca zostały wynagrodzone. Kilka centymetrów mniej w tali i udach sprawiły, że moja twarz rozpromieniła się. Każda taka chwila popychała mnie ku osiągnięciu sukcesu. Znajomi zaczęli zauważać zmiany w moim wyglądzie. Zainteresowali się mną. Tak, nareszcie! Chęci stąpania z uniesioną głową do góry były kolosalne. Powody by chodzić ciągle zgarbioną i zmartwioną powoli odchodziły w niepamięć. Moim celem była perfekcja. Głosy w tle z czasem ucichały. Nie byłam tym zaskoczona. Każdy ma swoje 5min. Ja swoje wykorzystałam. Dla mnie liczyło się to, że zdobyłam się na odwagę by podjąć się wyzwania.
Z dnia na dzień kilogramów ubywało, a ja czułam się spełniona. Czy może tylko mi się tak wydawało? Już nikt o mnie nie mówił. Mimo to, wciąż chodziłam z głową podniesioną do góry. To były jedynie pozory. Postawa nasza nie zawsze odzwierciedla to jak się czujemy. Niepokój narastał. Świadectwo ciszy wokół mnie prowokowało do nawrotów depresji. Kompleksy minęły. Teraz tylko byłam niedowartościowaną osobą. Dlaczego? Nadal nikt nie zwracał na mnie uwagi, a głowa powoli zbliżała się do ziemi. Jednak wciąż utrzymywałam pozory. Może nadszedł czas by uwierzyć w siebie? By uwierzyć w to kim chciałoby się być, aby takim się nareszcie stać? W takim razie ja wierzę! Zacznę rozmawiać z innymi.

Momentalnie nastawienie innych do mnie się zmieniło. Nastąpił upragniony, gwałtowny zwrot akcji w moim życiu. Zdobyłam wielu nowych przyjaciół i już nie spędzałam każdego popołudnia wpatrując się w komputer bądź lustro, doszukując się swoich niedoskonałości. Każdy tydzień, dzień, godzina sprawiały mi przyjemność. Wystarczyła moja własna wiara w siebie by przekonać innych do siebie. Kiedy oni uwierzyli, byłam pewna, że jest już dobrze. Dlaczego miałoby być inaczej?

Wraz ze wzrostem mojego samopoczucia oraz samooceny oczekiwania innych również rosły. Z dnia na dzień zaczęli wymagać ode mnie większego zainteresowania nauką, lepszych znajomości, bardzo dobrych ocen oraz większej popularności wśród chłopców. Stwierdziłam, że jeżeli podołałam poprzedniemu wyzwaniu to i teraz sobie nie odpuszczę. Niestety to był ogromny błąd. Im lepiej mi szło tym bardziej ludzie osaczali mnie swoją obecnością. Byłam szczęśliwa, że proszą mnie o rady, udzielenie pomocy lub zapraszają do wspólnych gier i zabaw. Tylko tego było za dużo. Nie potrafiłam robić wszystkiego co każdy chciał, o co każdy mnie prosił. Wtedy obrażali się. Mówili, że jestem samolubna i pyszna. Kiedy ja naprawdę chciałam! Chciałam im pomóc, doradzić. Tylko nie mogłam robić wszystkiego naraz! Utrzymywać dobrych ocen i mieć czas dla przyjaciół. 

 Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy byłam zbyt zmęczona i zestresowana by robić cokolwiek. Miałam ochotę uciec stąd, gdzieś daleko. Najlepszym wyjściem w takiej sytuacji,  jakie przychodziło mi na myśl, to kolejny koncert. Gdyby nie to co wydarzyło się wcześniej, można by powiedzieć, że szczęściara ze mnie. Gdyż właśnie wtedy okazało się, że w pobliżu jest organizowany koncert zespołu LSD. Start miał być  o 20:00.

Gotowa do wyjścia łyknęłam kilka kieliszków na rozluźnienie i dodanie sobie większej odwagi ,by utrzymać głowę w górze, mimo wszystko co dzisiaj się wydarzyło.  Muzyka wprawia w ruch moje ciało. Historia powtarza się po raz kolejny. Dziki taniec wśród oszalałych i pełnych euforii ludzi. Skoki, przepychanki i nieopanowana radość płynąca z pełnej wolności. Nikt cię nie zna, nie ocenia. Można było robić na co tylko się miało ochotę. Przerwa. Musiałam trochę odsapnąć. Wziąć łyk świeżego powietrza przed kolejnym „pogo”. Przyjaźnie nastawieni obcy mi ludzie, poczęstowali mnie papierosem. W ciszy poza klubem spaliłam go do końca.  Jeszcze tylko kilka łyków piwa i będę mogła wrócić w pogo a potem na falę. 

Kolorowo iluminujące światła dobiegające z reflektorów idealnie wprawiały w nastrój. Nic nie mogło mnie zatrzymać. Szybkie, energiczne pociągnięcia rękami w górę. Zamaszyste ruchy biodrami na boki. Energia. Chaos. Radość. Szaleństwo. Było tak cudownie! Jeszcze tylko kilka łyknięć, kilka „fal” i kilka „buchów”. Ciągłe ocieranie się o spocone ciała innych, taniec, pogo. Absolutne wariactwo! Wszystko było idealne nikt nikogo nie znał i nikt od nikogo niczego nie oczekiwał. Brak zasad, określonych ram, norm. Rozczochrane włosy, poszarpane ubrania. Musiałam odsapnąć. Natychmiast potrzebowałam łyka chociażby zwykłej wody. Podchodzę do barku i proszę o …
  • Iza?! Co ty tu robisz? – odezwał się znajomy głos. To była znajoma ze szkoły. Jedna z wielu osaczających mnie osób, które bez chwili wytchnienia wymagała ode mnie wielu rzeczy.
  • Ty tutaj? Jak ty wyglądasz? Spójrz na siebie. Każdy w Ciebie wierzył i ci ufał! Jaki dajesz nam przykład? Żaden. Nie tego oczekiwałam. Nic nie mogłam zrobić. Uciekłam. Wyszłam z klubu i biegłam wprost przed siebie przez ciemne, ciche ulice. Nikogo tam miało nie być! Nikogo kogo bym znała! Wszystkim teraz rozpowie. Znów będą mnie mijać z wyrazem obojętności na twarzy. Lekceważyć. Nie! Nie chcę. Nie mogę też spełniać ich wszystkich życzeń. Wypiłam za dużo. Kręciło mi się w głowie. Upadłam na ziemię. Wydawała się taka przyjemna, cicha. Miałam ochotę ją przytulić. W tamtej chwili wydawała się jedyną najbliższą mi rzeczą. Wręcz można byłoby potraktować ją personalnie. Nie chciałam już uciekać. To niczego by nie rozwiązało. Wrócić też nie mogłam. Cisza. Pustka. Raptem coś mnie oślepiło. To „coś” leżało na ziemi. To tylko mój telefon i kolejne nieodebrane połączenie od znajomych. Wciąż leżąc na ziemi oglądałam niebo. Ogromne, granatowe z pobłyskującymi gwiazdami niebo. Lepszy widok byłby gdzieś z w wyższego miejsca. To też weszłam do wieżowca i windą na najwyższe piętro. By nikogo nie spotkać, wspięłam się po drabince na dach. Tak wysoko. Podczas układania się na zimnym betonowym dachu delikatnie zaczął prószyć śnieg. Spadające, pięknie mieniące się płatki subtelnie gładziły moją twarz. Urzekający krajobraz sprawiał, że pragnęłam zostać tam na zawsze. Cudowny stan w jakim się znajdowałam powodował, że przestawałam odczuwać mróz. Pewnie dlatego, że jedyne co czułam, to ciepło i spokój dobiegający z wnętrza mojego ciała. Oprószone, zaczerwieniałe policzki zaczęły delikatnie szczypać z zimna. Nagle poczułam się dziwnie. Na mojej twarzy pojawił się pewien grymas, który był dosyć dla mnie obcy. To był uśmiech. Szczery, okazały uśmiech. Kompletnie różniący się od tych jakie zwykli oglądać ludzie otaczający mnie. Już nic mi nie było trzeba. Byłam spełniona. Wewnętrzne ciepło dobiegające z rozradowanego serca było najprzyjemniejsza rzeczą jaka do tamtej pory mnie spotkała. W tamtej wyjątkowej chwili przypomniałam sobie moje największe marzenie. Dosyć nierealne. Od dziecka chciałam latać. Być całkowicie fizycznie jak i psychicznie wolna. Szczęśliwa. Mogłam. Była okazja. Sprawdzić jak to jest …latać. Podniosłam się, otrzepałam ze śniegu. Z tej pozycji miasto wyglądało jeszcze lepiej. Drzewa otulone białymi, jakby chmurami, otoczone w oddali pobłyskującymi latarniami. Teraz tylko krok w przód. I nareszcie powoli zaczęłam spadać w dół wraz z drobnymi mieniącymi się śnieżynkami. Z rozpromienioną, zaczerwienioną twarzą. By na zawsze zostać szczęśliwą.

Jeżeli uwierzymy, że jesteśmy w stanie się zmienić, coś zrobić to będziemy potrafili przekonać do tego samą swoją postawą też innych. Jednak czasem nie warto być odważnym i stawać naprzeciw wszystkim wyzwaniom.