
Odwaga kwestią sporną
Nigdy nie byłem odważny. Nawet nie próbuję. Zawsze kończyło się to albo chłostą, albo karcerem. Poza tym, na co komu odwaga w niewoli? Pozwala tylko patrzeć w twarz kopiącemu cię strażnikowi. A jeżeli ten zobaczy jakąkolwiek zuchwałość, to uderzenie staje się pięć razy mocniejsze. I jeszcze nie dostaniesz obiadu. „Obiadu” – właściwie. Sucha kromka chleba, też mi posiłek. Chociaż tutaj, w gułagach, wszystko, co ma jakiekolwiek kalorie, jest na wagę złota.
Nigdy nie byłem odważny. Nawet nie próbuję. Zawsze kończyło się to albo chłostą, albo karcerem. Poza tym, na co komu odwaga w niewoli? Pozwala tylko patrzeć w twarz kopiącemu cię strażnikowi. A jeżeli ten zobaczy jakąkolwiek zuchwałość, to uderzenie staje się pięć razy mocniejsze. I jeszcze nie dostaniesz obiadu. „Obiadu” – właściwie. Sucha kromka chleba, też mi posiłek. Chociaż tutaj, w gułagach, wszystko, co ma jakiekolwiek kalorie, jest na wagę złota. O, ruszyliśmy się. W zwartych, pięcioosobowych rzędach, idziemy na apel. Przedstawią nam plan dnia. Spać, jeść, pracować, jeść, spać – wszystko sprowadza się do tych czynności. Dzień w dzień. Minęliśmy dwa baraki sypialne, wszystko pokryte czterdziestocentymetrową warstwą śniegu. Strażnicy prowadzą nas na plac – ogromne, wielkie pole w kształcie kwadratu, otoczone wieżami wartowniczymi, rozstawionymi w każdym rogu. Ustawiwszy się w dwuszeregu, wychodzi przed nas Jedlijczyn – sierżant rosyjski, wyjątkowo wyrafinowany i brutalny. Był zastępcą naczelnika gułagu - Milijnicza (z niego też, swoją drogą, niezły sadysta).
- Baczność! – krzyczy Jedlijczyn. Jego surowy, ostry ton spotkał się z natychmiastowym posłuszeństwem. – Jak już pewnie wiecie – kontynuował, przechadzając się wzdłuż szeregu – nasz gułag jest przeludniony. Dwa dni temu dostałem rozkaz redukcji liczby osadzonych do 350. Czyli, jak dobrze policzycie, miejsca zabraknie dla 24 osób. „Redukcja liczby osadzonych” to wyrok śmierci. Oczywiście, nie bezpośredni. Najpierw zamkną potencjalnie pięćdziesięciu niezdatnych do pracy fizycznej. Zatem wszystkich chorych, słabych i chudych. W przypadku niedomiaru więźniów, wypełnią limit według własnego uznania, więc wybiorą tych, którzy im się z jakiegokolwiek względu nie spodobali. A starają się podobać wszyscy. Podadzą ich nieludzkiemu wysiłkowi, tak długo, do póki nie „padnie” – mówiąc dosłownie – pierwszych dwudziestu czterech. – Z szeregu – kontynuował sierżant – wystąpią wywołane trzydzieści cztery osoby. Jedlijczyn zaczął czytać. Zmrużył oczy, bo nie mógł doczytać nazwisk. Dodatkowo nie pomagał mu w tym coraz mocniej zacinający śnieg. Czytał przy tym dość niewyraźnie i trzeba było wytężać słuch. Serce waliło mi jak młotem. Nagle jednak sierżant ucichł. Chyba skończył. Spojrzałem się w lewo. Stary Wasilijczuk z pięści rozwierał tylko trzy palce. A więc brakuje jeszcze jednej osoby. Szybko wbijam wzrok w Jedlijczyna. Ten, chodząc wzdłuż szeregu, patrzy na przerażonych więźniów, śmiejąc się. Nagle poczułem ucisk. Odwróciłem się natychmiast i zamarłem. To Milijnicz. Patrzył się nie mnie złowrogim spojrzeniem, szczerząc zęby. Od razu zrozumiałem. To ja jestem tym ostatnim. Starając się pohamować drżenie rąk i uspokoić dygoczące serce. Upokorzony, ale znacznie bardziej przerażony, dołączyłem do „wybrańców”. Rozpętała się zamieć. Panikowałem. Przecież to oczywiste, że nie dam rady, skoro mam astmę. Nie mówiłem o tym nikomu, bo już dawno znalazłbym się tu, gdzie jestem teraz. Na dodatek, żeby się nie ujawnić, starałem się – kiedy tylko można było – palić. Głupi, żyłem w ciągłem obłudzie, że nikt się nie pozna, że może nawet dożyję wyroku. Przez moją głowę przechodziły naraz setki myśli. Instynkt kazał mi uciekać. Ale i tak się zorientują, maksymalnie po dwóch minutach. Wszczną alarm i spuszczą psy. Nie będę miał żadnych szans. Lepiej posłuchać rozumu – zostać, a nuż się uda. Wtem jednak, jakby na zawołanie, moje nogi zaczęły się poruszać znacznie szybciej. A więc nie było odwrotu. Rozpocząłem ucieczkę. Wybrałem dobry moment, podczas ostrego zakrętu, w momencie w którym na chwilę zniknąłem z pola widzenia strażników. Natychmiast ukryłem się za budynkiem kantyny. Śnieg zdążył przysypać moje ślady. Przeczekałem konwój – udało się! Zyskałem czas. Pognałem do zasieków. Ponieważ zdążyły usypać się zaspy, istniało realne prawdopodobieństwo pokonania ogrodzenia. Wsunąłem się między wąską szczelinę między dwoma drutami. Spazmatycznie wierzgałem się, ale udało mi się. Kosztem kurtki, którą przedziurawiłem na plecach, zostawiając niewątpliwy ślad tropicielom. Jednak nie było czasu, by go zabrać, ponieważ właśnie wybuchł alarm. Zorientowali się. Nie mam szans. Brodzę w śniegu po pas, a każdy mój ruch spotyka się z ogromnym oporem. Lada chwila znajdą mnie psy. Ale nie mogę się wycofać. Co mam im powiedzieć, że to pomyłka? Że nie chciałem? Desperacko rzucam się w zaspy, poruszając się minimalnie szybciej. W tej chwili jednak nie miało to znaczenia, poczułem ugryzienie, potem ogromny ból, który mało co nie wywołał u mnie omdlenia. Szarpię się, jednak za chwile przybiega drugi. I trzeci. A zanim strażnik. Ujrzawszy mnie, zaczął się śmiać. Jednak nie był to normalny śmiech. Ten był paniczny, histeryczny, jakby go coś rozbawiło i rozwścieczyło jedocześnie. Podszedłszy do mnie, wyjął pistolet i przystawił mi do skroni.
- Twoja odwaga zaprowadziła cię do nieba – szepnął mi do ucha, po czym nacisnął spust. To nie była odwaga. To słowo do mnie nie pasowało. To był akt desperacji, krzyk rozpaczy. Udawałem odważnego, łudząc siebie i współwięźniów. Udawałem, by stłumić w sobie wyrzuty sumienia i zagłuszyć głos rozsądku. Wiedziałem, że czeka mnie śmierć, ale już nie mogłem tego wytrzymać. Skończyłem ze sobą w taki oto sposób. Celowo. Ta myśl mnie przeraża. Jednak oni, ci, co żyją w gułagach nie pomyślą, że to samobójstwo. Będą uważali, że to zbędna brawura, idiotyczna odwaga, głupi heroizm. Jednak jeśli nie jesteś odważny, uważaj, że jesteś. Nikt nie zauważy różnicy. Zwłaszcza oni.
