
Opis Natury w Panu Tadeuszu
Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny, Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny; Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu, Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu; Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza; Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza, Który od swej łodygi aż w daleką stronę Wtoczył się jak gość między buraki czerwone. Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie Stoją jakby na straży w szeregach konopie, Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.
Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny, Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny; Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu, Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu; Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza; Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza, Który od swej łodygi aż w daleką stronę Wtoczył się jak gość między buraki czerwone. Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie Stoją jakby na straży w szeregach konopie, Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone. Ich liście i woń służą grzędom za obronę, Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija. A ich woń gąsienice i owad zabija. Dalej maków białawe górują badyle; Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle, Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni: Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami. W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami, Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem, Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem. Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki, Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki.. Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym, Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym. (księga II ZAMEK) Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu, A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu; Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory I wcisnął się po cichu jak wilk do obory; Nieszczęściem, trącił krzaki suchego agrestu. Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu, Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostrzegła; Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła. A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie, Między liście łopuchu, na rękach, po trawie, Skacząc jak żaba, cicho, przyczołgał się blisko, Wytknął głowę - i ujrzał cudne widowisko. W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie, Śród nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie: Pszenica, kukuruza, bob, jęczmień wąsaty, Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty. Domowemu to ptastwu taki ochmistrzyni Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni. Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi- czówna; jej wynalazek epokę stanowi W domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany, Lecz w owych czasach jeszcze za nowość PODANY, Przyjęty pod sekretem od niewielu osób, Nim go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób Na jastrzębie i kanie, albo nowy środek Wychowywania drobiu - był to ów ogrodek. Jakoż zaledwie kogut, co odprawia warty, Stanie i nieruchomie dzierżąc dziob zadarty, I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem, Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem, Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury, Krzyknie - zaraz w ten ogród chowają się kury, Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu Gołębie, gdy nie mogą schronić się na dachu. Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga, Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga, Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku; Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku. Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe, Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe; Szyje nagie do ramion; a pomiędzy niemi Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższemi; Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę, Na której główki białe, jak na tle obrazku, Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku, Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu, Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski I angielską trawicą posrebrzaną w paski, I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem, Których kształty i barwy mieszały się razem Niby krata ze srebra i złota pleciona, A powiewna od wiatru jak lekka zasłona. Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka, Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka, Gdy w powietrzu zawisną, zaledwo widome, I chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome. Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku; Nią zdała się oganiać główki niemowlęce Od złotego motylów deszczu. W drugiej ręce Coś u niej rogatego, złocistego świeci, Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci, Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei, Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei. Tak zatrudniona, przecież obracała głowę Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe, Nie wiedząc, że napastnik już z przeciwnej strony Zbliżył się, czołgając się jak wąż przez zagony; Aż wyskoczył z łopucha. Spójrzała - stał blisko, O cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko. Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona, I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona, I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem, Kiedy dzieci, przelękłe podróżnego wniściem I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie; Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić: Wracała wstrzymując się, lecz musiała wrócić, Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem; Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem, Siadła przy niem na ziemi, wzięła je na łono, Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną; Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta Pod skrzydło matki. Ona rzekła: “Czy to pięknie Tak krzyczeć? czy to grzecznie? Ten pan was się zlęknie. Ten pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny. To gość, dobry pan, patrzcie tylko, jaki ładny”. Sama spójrzała: Hrabia uśmiechnął się mile I widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle; Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła I jako róży pączek cała się spłoniła. W istocie był to piękny pan: słusznej urody, Twarz miał pociągłą, blade, lecz świeże jagody, Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy; Na włosach listki ziela i kosmyki trawy, Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony, Zieleniły się jako wieniec rozpleciony. “O ty! - rzekł - jakimkolwiek uczczę cię imieniem, Bóstwem jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem! Mów! własna-li cię wola na ziemię sprowadza, Obca-li więzi ciebie na padole władza? Ach, domyślam się - pewnie wzgardzony miłośnik, Jaki pan możny albo opiekun zazdrośnik W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże! Godna, by o cię bronią walczyli rycerze, Byś została romansów heroiną smutnych! Odkryj mi, Piękna, tajnie twych losów okrutnych! Znajdziesz wybawiciela - odtąd twem skinieniem, Jak rządzisz sercem mojem, tak rządź mym ramieniem”. Wyciągnął ramię. Ona z rumieńcem dziewiczym, Ale z rozweselonym słuchała obliczem. Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę, Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jej pieści Z dźwięcznemi słowy, których nie pojęła treści. Na koniec zapytała: “Skąd tu Pan przychodzi? I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj?” Hrabia oczy roztworzył, zmieszany, zdziwiony, Milczał, wreszcie, zniżając swej rozmowy tony: “Przepraszam - rzekł - Panienko! Widzę, żem pomieszał Zabawy! Ach, przepraszam, jam właśnie pośpieszał Na śniadanie; już późno, chciałem na czas zdążyć; Panienka wie, że drogą trzeba wkoło krążyć, Przez ogród, zdaje mi się, jest do dworu prościéj”. Dziewczyna rzekła: “Tędy droga Jegomości; Tylko grząd psuć nie trzeba; tam między murawą Ścieżka”. - “W lewo - zapytał Hrabia - czy na prawo?” Ogrodniczka, podniosłszy błękitne oczęta, Zdawała się go badać, ciekawością zdjęta: Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni, A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu Rozmowy. “Panna mieszka tu? blisko ogrodu? Czy na wsi? Jak to było, żem Panny we dworze Nie widział? Czy niedawno tu? przyjezdna może?” Dziewczę wstrząsnęło głową. - “Przepraszam, Panienko, Czy nie tam pokoj Panny, gdzie owe okienko?” Myślił zaś w duchu: Jeśli nie jest heroiną Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną. Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryta W samotności, jak róża śród lasów rozkwita; Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem, Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem! Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu, Podniosła jedno dziecię źwisłe na ramieniu, Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem. Odwróciwszy się rzekła: “Czy też Pan nie może Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?” “Ja ptastwo pędzać?” - krzyknął Hrabia z zadziwieniem. Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem. Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje Przeświecało coś na wskróś, jakby oczu dwoje. Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie; Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie, Ostygała powoli, barwy brała ciemne; Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne. Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał; Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał! Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce, Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce; Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał, W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał! Wszystko znalazł inaczej. Prawda, że twarz ładną, Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną! A owa pulchność liców i rumieńca żywość, Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość! ZNAK, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne. I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne! “Po cóż się łudzić? - krzyknął - zgaduję po czasie! Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!” Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze, Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma? Hrabia z załamanemi poglądał rękoma Na snopek uwiązanej trawami mietlicy, Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy. Nie zapomniał naczynia: złocista konewka, Ów różek Amaltei, była to marchewka! Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie: Więc było po uroku! po czarach! po dziwie! Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty, Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty, Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem, A w ręku widzi tylko badac





