PRL, ten sam czas, inne miejsca

Polska Rzeczpospolita Ludowa, oficjalna nazwa państwa polskiego w latach 1945 – 1989. Panował wtedy ustrój komunistyczny, potocznie nazywany komuną, czyli program po-lityczny dążący do stworzenia społeczeństwa, które miało być ujednolicone pod względem przekonań i zachowań politycznych a także sytuacji materialnej. Przewodnicząca klasa robot-ników i chłopów. Mojemu pokoleniu znany jest ten czas jedynie z literatury lub opowiadań swoich krewnych. Przez czterdzieści cztery lata krajem rządzili ludzie wybierani nie na pod-stawie swoich kompetencji, tylko układów partyjnych.

Polska Rzeczpospolita Ludowa, oficjalna nazwa państwa polskiego w latach 1945 – 1989. Panował wtedy ustrój komunistyczny, potocznie nazywany komuną, czyli program po-lityczny dążący do stworzenia społeczeństwa, które miało być ujednolicone pod względem przekonań i zachowań politycznych a także sytuacji materialnej. Przewodnicząca klasa robot-ników i chłopów. Mojemu pokoleniu znany jest ten czas jedynie z literatury lub opowiadań swoich krewnych. Przez czterdzieści cztery lata krajem rządzili ludzie wybierani nie na pod-stawie swoich kompetencji, tylko układów partyjnych. Polacy wspominają tamte czasy w dwojaki sposób, jedni lepiej, drudzy gorzej. Zdania są podzielone. Mimo, że przeciętne życie Polaka nie było łatwe i powodów do narzekań było od groma, to jednak każdy miał pracę, a jak nie, dostawał nakaz. Nie mogło być mowy o bezrobociu. „PRL- kraina absurdu, czasy nonsensu”- często w ten sposób kwituje się dziś opowieści o życiu codziennym w Polsce Ludowej. Powoli wszystko, co ma związek z tamtym okresem, zaczyna budzić rozbawienie przez samo swoje pochodzenie. Albo, zamiast śmieszyć, wzrusza, wydaje się lepsze od tego, co dziś- kiełbasa i szynka „Jak za Gierka”, nostalgiczne wzdychanie do peerelowskiej telewizji, która prezentowała Magazyn Kulturalny „Pegaz” i Wielką Grę, turniej, którego uczestnicy wykazywali się wiedzą na poziomie uniwersyteckim… W poniższej pracy chciałabym przed-stawić, na podstawie wspomnień mojej rodziny, jak żyło się im w mieście i na wsi, porównać sposób życia dwóch, niesamowicie odmiennych rodzin, mieszkających w różnych miejscach lecz w tym samym czasie, czasie marazmu i beznadziei jakim był PRL. Moi rodzice pochodzą z dwóch środowisk, wychowywali się w innych realiach. Ma-ma, wraz z siostrą pochodzi z miasta, urodziła się pod koniec lat 60., jej tata był żołnierzem zawodowym a mama- kierowniczką w wojskowej kantynie. Tata, Dariusz urodził się na po-czątku lat 60. na wsi, wraz z ośmiorgiem rodzeństwa, ojciec był pracownikiem w Państwo-wym Gospodarstwie Rolnym, mama- zajmowała się domem i dziećmi. Różnice te wiązały się z zupełnie innym postrzeganiem czasu, w którym przyszło im dorastać. Moim celem nie jest kwestionowanie, gdzie ogólnie żyło się lepiej, bo to zależało również od przypadku, nie było reguły, że w mieście czy na wsi żyło się wygodniej. Ponieważ w każdych czasach, również teraźniejszych, jednym żyje się lepiej i w dostatku na wsi, a inni ledwo utrzymują się w mie-ście. Chcę przedstawić w jakiej rzeczywistości dorastali moi rodzice w czasach PRL-u i z jakimi problemami przyszło im się borykać. Ponad 4 dekady temu rodzina mamy mieszkała w wieżowcu z tak zwanej wielkiej płyty, przed którym stał słynny trzepak- miejsce spotkań młodzieży i plac zabaw, składający się z jednej huśtawki. Kiedy zapytałam mamę, w co się bawiła z siostrą, odpowiedziała: „Za-bawa pochłaniała cały dzień. Jednak najczęściej bawiłyśmy sie w tak zwany „Dom”. Chciały-śmy poudawać dorosłych. Ubierałyśmy sie w ubrania rodziców, malowałyśmy się, chodziły-śmy w butach mamy. Oprócz tego istniały inne zabawy takie jak klasy, zabawa w chowanego, ciuciubabkę, podchody lub berka… a niekiedy dyskretny przegląd i degustacja ajerkoniaku z barku taty […] Przed telewizorem wraz z moją siostrą siadałyśmy o dziewiętnastej. Wtedy zaczynała się dobranocka. Gdy któraś z nas ją przegapiła, byłyśmy smutne, ponieważ kolejną bajkę mogłyśmy obejrzeć dopiero następnego dnia o tej samej godzinie” . W trakcie rozmowy z moją rodziną przewijały się różne problemy i wspomnienia. Od kolejek (swojsko nazywa-nymi ogonkami) po girlandy papieru toaletowego, który był towarem deficytowym, do ro-dzinnych podróży maluchem do Bułgarii, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Przeciętny Polak mógł jedynie pomarzyć o paszporcie czy kupnie samochodu. Mama, jako młoda dziew-czynka, nie mogła zrozumieć, dlaczego musi oszczędzać papier toaletowy, przecież skoro rodziców było stać na wycieczki to dlaczego w domu nie było, tak mogłoby się wydawać, banalnego przedmiotu? Kupienie czegokolwiek graniczyło z cudem, z resztą to nie było ku-powanie, tylko zdobywanie bądź organizowanie różnych towarów, czasem handel wymienny lub tzw. „spod lady”. Na szczęście, babcia przynosiła z pracy rozmaite produkty spożywcze. Dzięki temu moja mama wraz z siostrą nigdy nie odczuły braku słodkości. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia. Dodatkowo jako kierowniczka kantyny nawiązywała ‘układy wymien-ne’ z innymi pracownikami wojska: paczka słodyczy, na przykład, za wkładki do butów. Nie-ciekawie było też z obuwiem, młodzieży musiały podobać się buty Relaksy, gdyż innych nie było. Wiadomo, ciuchy z Peweksu za dolary- namiastka zachodu oraz niezastąpiona pralka Frania, która była niegdyś wyznacznikiem awansu społecznego. Mama do teraz z uśmiechem na twarzy wspomina zakupy w Przedsiębiorstwie Eksportu Wewnętrznego. Nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Nie sklepy czeskie czy węgierskie powodowały przyspieszone bicie serca, lecz właśnie Peweksy. Po okresie największego zamknięcia na Zachód stopniowo za-częto wprowadzać placówki handlujące towarami ze świata. Można było w nich kupować prawie wszystko: ubrania, tkaniny, materiały budowlane, zabawki, sprzęt AGD i RTV, ko-smetyki, alkohol, papierosy, słodycze, napoje a nawet samochody. Wszystko, co się w nich znajdowało, budziło dreszcz emocji. Przecież nic tak nie podkreśla inności i obcości świata, jak odmienność otaczających nas przedmiotów codziennego użytku. W krainie niedoboru przedmioty nabierają większego znaczenia. Z trudem zdobyte towarzyszą człowiekowi dłużej. Kartki żywnościowe i kilometrowe kolejki do sklepów, w których wiało pustkami. Oczywiście istniał humor kolejkowy, na przykład przed sklepem mięsnym, typu: „podaje się do wia-domości! Jest… kicha i kości!”. Nikomu raczej nie było do śmiechu, gdy stał w kolejce od godziny 4-5 rano niemal do południa, aby zrealizować kartkowy przydział, a jak zabrakło wymarzonej ‘zwyczajnej’ po 44 zł, to raczej wściekłość i zniechęcenie dominowały. System gospodarczy doprowadził do braku towarów. Wyższość gospodarki socjalistycznej, opartej o plany trzy lub pięcioletnie, przyczynił się do całkowitego jej upadku. Jajka w proszku, masło roślinne, wyrób czekoladopodobny- te nazwy nie były przypadkiem, to przemyślana strategia państwa. Gra w udawanie, mająca poradzić sobie z problemami z zaopatrzeniem. Bo niby wiadomo: ani masło, ani czekolada, a jednak nazwa dawała nadzieję… Wszechobecne kolejki wytworzyły nowy zawód- stacza. Płaciło mu się, by pilnował zajętego wcześniej miejsca w ogonku. Pilnujący porządku komitet kolejkowy, niejako produkt uboczny systemu, tworzył kolejkową listę. Była ona szczególnie istotna, gdy oczekiwanie trwało kilka dni. Szkoła- ory-ginalne fartuszki i mnóstwo zabaw. Dwa programy telewizyjne i Miś Uszatek. Polska Kronika Filmowa i Cenzura. Pieniędzy nie brakowało, tylko nie było na co ich wydawać, bo przecież ilość produktów z góry była przewidziana na rodzinę, więc nawet jak chciało się kupić więcej to niestety możliwości takiej nie było… Kiedy dziadkowie kupili działkę budowlaną i zaczęli budować dom, Dziadek wspomina: „Pamiętam, trzy noce stałem w kolejce po cement na budowę. Trzeba było tydzień czekać. Dzień i noc. Należało mieć znajomości, żeby cokolwiek sobie ułatwić” . Oto kilka przykładów absurdalnej rzeczywistości PRL-u, które powstawały na styku zwykłego codziennego życia z systemem politycznym i biurokracją. Jednak im państwo bardziej chce ingerować w prywatne życie obywateli, im bardziej ma rozbudowaną i skostniałą administrację, tym takich absurdów więcej. Mogłoby się wydawać, że dziadek jako żołnierz Wojska Polskiego miał przywileje wynikające z tego tytułu. Otóż nic bardziej myl-nego. Był wręcz szykanowany, za swoje zdanie i poglądy, gdyż wywodził się z rodziny AK, „zdrajców i nikczemników”, ojca i wujków służących w Armii Krajowej, przez co nieraz ucierpiał. Nie dostał zgody od dowódcy okręgu na kurs oficerski. Dlatego, że nie wstąpił do partii Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, nie mógł zapisać się na studia. Na każdym kroku skutecznie utrudniano mu życie, poprzez pozbawiania go kwartalników i różnego ro-dzaju dodatków miesięcznych. Życie na wsi w czasie PRL-u było łatwiejsze, przynajmniej na przykładzie mojej ro-dziny. Mimo, że również funkcjonowały kartki żywnościowe i wypłaty z PGR-ów były mar-ne, to ludzie bardzo dobrze sobie radzili. Rodzice mojego taty mieli przydział ziemi od Pań-stwowego Gospodarstwa Rolnego, na którym hodowali kury, gęsi, indyki, króliki i świnie. Na ogródku mieli warzywa i owoce, dzięki temu łatwiej im się żyło, pomimo braku artykułów spożywczych w sklepach. To co sami wyhodowali i zebrali w ogrodzie musiało wystarczyć na potrzeby utrzymania rodziny. Nie można było narzekać, ale i tak nie było to życie w dostatku. Jak pegeery nie wypłacały wypłat pieniężnych to płacili ‘w naturze’, żywnością. Kiedy zadałam tacie pytanie, to samo co mamie dotyczące zabaw, odpowiedział, że w porównaniu do dzieci z miasta, sami robili sobie zabawki, nikt im nie kupował zabawek, gdyż zawsze były ważniejsze wydatki, tym bardziej, że była to wielodzietna rodzina. Najlepszą frajdą dla dzieci na wsi była gra w ‘palanta’, ‘puszki’, w piłkę zrobioną z pęcherza świńskiego… ale zawsze, na pierwszym miejscu była praca, pomoc rodzicom i obowiązki. Mój tata mówi, że sytuacja na wsi była o tyle korzystniejsza, że nie było klasy średniej, wszyscy byli równi, żyli na tym samym poziomie. Nie było różnicy w majątku. Ludność wiejska była spracowana, a wynagrodzenia otrzymywała niewielkie. Mimo to większość mieszkańców wsi popegeerow-skich, wróciłoby do tamtych czasów, w których nie było bezrobocia i problemów, z jakimi muszą się zmagać obecnie, po likwidacji pegeerów. Sytuację robotników czy rolników w cza-sie PRL-u doskonale opisuje żart, który opowiedział mi mój dziadek: „Dziennikarz zachodni spotkał polskiego robotnika. Nie rozumie jak to jest, że robotnicy zarabiają mniej niż wydają, więc pyta go » Jak Pan to robi, że zarabia Pan np. 1500 zł a wydaje 2000 zł? « na to ro-botnik odpowiada » Ponieważ proszę Pana, ja dokładam resztę…« Ps. Robotnik nie wy-mawia r. Dokrada po prostu” . Uważam, że tata trafnie zauważył, że w mieście jak i na wsi to właśnie zakłady pracy w głównej mierze zajmowały się organizowaniem wypoczynku swoich pracowników i ich rodzin, jako że życie w państwie socjalistycznym miało koncentrować się wokół miejsca pracy. Zakład przydzielał skierowanie i dofinansowywał urlop w zależności od wysokości zarobków danej osoby. Aby wykorzystać skierowanie, należało zgłosić się okre-ślonego dnia do przydzielonego domu wczasowego. Innego rodzaju atrakcje proponował rol-nikom- pracownikom spółdzielni i PGR-ów – Samopomoc Chłopska. Były to wycieczki na targi poznańskie, do Warszawy, by zwiedzić pałac Kultury i Sztuki, na sztandarową budowę komunizmu, czyli do Nowej Huty. Wyjeżdżano także na obchody państwowe- Centralne Do-żynki, Święto Morza, rocznicę rewolucji październikowej w Poroninie. Podsumowując, mieszkańcy miast wysyłani byli w plener. Za to pracownicy PGR-ów Samopomoc Chłopska organizowała wycieczki autokarowe do miast, często kończące się całodziennymi pijatykami. Wnioskuję, że ludzie mieszkający na wsi, chętnie wróciliby do czasów PRL-u, nie tylko dla-tego, że nie było problemu z pracą czy jedzeniem. Myślę, że duży wpływ miało to, że po upadku komunizmu, ludność wiejska musiała zacząć radzić sobie sama. Każdy, musiał posta-rać się o pracę, przemyśleć każdy wydatek, gdyż już nie było przydziałów artykułów spożyw-czych na rodzinę. Po prostu, najpierw przyzwyczajono ich, że państwo zajmuje się organizacją życia a następnie, z dnia na dzień, postawiono ich samym sobie. Podsumowując, życie w PRL-u nie było usypane różami. To czas, gdy absurd i grote-ska życia codziennego i politycznego przeplatały się z niesprawiedliwością społeczną i wie-loma ludzkimi tragediami. Moi rodzice byli wtedy młodymi ludźmi, nie do końca świado-mymi tego, co tak naprawdę działo się w Polsce. Był to okres pełen zakłamania i propagandy. Wspomnienia mojej rodziny dotyczą życia codziennego, celowo tak kierowałam rozmową, aby nie zeszła ona na tor rozważań politycznych, ponieważ nie to było celem mojej pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że ogromna liczba ludzi bardzo ucierpiała, głównie Ci, którzy nie go-dzili się na sposób życia narzucony przez system polityczny PRL, to moja rodzina przeszła przez ten czas praktycznie bezboleśnie. Zależało mi na przedstawieniu odmienności w sposo-bie życia dwóch rodzin mieszkających w zupełnie innych miejscach. Z opowiadań rodziców, nie nasuwa mi się jednak jednoznaczna odpowiedź. Myślę, iż powodem jest to, że pomimo skrajnych różnic, jak na przykład ilość rodzeństwa czy miejsce pracy moich dziadków, jest też wspólny mianownik. Oboje byli młodzi. Owszem, mama miała wyższy komfort życia i mogła sobie na więcej pozwolić, ale czy to wystarczający powód, żeby stwierdzić, że ich życie było zupełnie inne? Przecież oboje będąc dziećmi bawili się z rówieśnikami, tylko że mama miała zabawki ze sklepu a tata robił je sam. W wolnym czasie mama miała możliwość pójścia do kina czy muzeum, tata niestety takiej możliwości nie miał. Raz w miesiącu kino ‘przyjeżdżało’ na wieś - wtedy dopiero była okazja żeby spędzić czas jak dzieci z miasta. Ogólnie rzecz ujmując, życie dzieci w czasie PRL-u, w mieście czy na wsi nie wiele się różniło. Nie można jednak powiedzieć tego samego o życiu dorosłych, którzy musieli się sporo nagimnastykować, aby zapewnić byt rodzinie w tak specyficznym okresie w dziejach Polski. Jak powiedział mój dziadek: „Ludzie na wsi nie mieszali się w sprawy polityczne, po prostu nie mieli na to czasu ani chęci. W mieście zaś ludzie byli bardziej świadomi i nie godzili się z systemem PRL-u”. W wspaniałym świecie socjalizmu forma tytułowa „pan” została wyparta przez obywatela lub bardziej poufną „towarzysz”. Robotnicy i chłopi stali się „ludem pracującym miast i wsi”, a sam reżim mianował się demokracją socjalistyczną. Jak się później okazało, system gospodarki socjalistycznej był delikatnie mówiąc, nie-korzystny, nie oparty o właściwą ekonomię tylko o ekonomię socjalistyczną co w rezultacie doprowadziło do buntu robotników i starć z władzami komunistycznymi co w skutkach, przy-czyniło się do obalenia komunizmu i doprowadzenia do częściowej niepodległości Rzeczpospolitej w 1989 r. a częściowej dlatego, że dalej duży wpływ mieli i mają nadal etatowi komuniści, którzy ogólnie rzecz ujmując, „przefarbowali się” i zachowali kluczowe pozycje w państwie.