
Autopedagogika
Nikogo nie znamy lepiej niż samych siebie. Kto lepiej niż my sami wie, co przeżyliśmy, co było dla nas trudnością a co powodem do wszechogarniającej radości. Jesteśmy razem odkąd tylko sięgamy pamięcią. Uczymy się praktycznie od zawsze, zgodnie z zasadą stopniowania trudności. Przechodzimy przez kolejne etapy rozwoju każdy w swoim tempie. Jednak edukacja jest czymś, co powinniśmy robić w miarę synchronicznie. Niejednym się to nie udaje, ale system edukacji jest tak stworzony, aby każdy miał szansę wynieść jak najwięcej z nauki przedkładanej nam w szkole.
Nikogo nie znamy lepiej niż samych siebie. Kto lepiej niż my sami wie, co przeżyliśmy, co było dla nas trudnością a co powodem do wszechogarniającej radości. Jesteśmy razem odkąd tylko sięgamy pamięcią. Uczymy się praktycznie od zawsze, zgodnie z zasadą stopniowania trudności. Przechodzimy przez kolejne etapy rozwoju każdy w swoim tempie. Jednak edukacja jest czymś, co powinniśmy robić w miarę synchronicznie. Niejednym się to nie udaje, ale system edukacji jest tak stworzony, aby każdy miał szansę wynieść jak najwięcej z nauki przedkładanej nam w szkole.
Rodzice od zawsze wiedzieli, że będę miała dużo do powiedzenia, co jest uwiecznione na kamerze, kiedy wygłaszam całkiem sensowny monolog do samej siebie. Ewidentnie widać, że mówię bardzo mądre rzeczy, bo sama jestem zaskoczona lawiną wypowiadanego przeze mnie bełkotu. Ponoć zaczęłam mówić dosyć wcześnie, ale mieściłam się w granicach normy. Pamiętam, że gdy ja mówiłam lub czytałam już płynnie i bez jąkania, moi rówieśnicy nadal potrzebowali więcej czasu do namysłu nad danym słowem.
Między mną a moim bratem jest sześć lat różnicy. Zawsze lubiłam spędzać z nim czas, patrzeć na to co robi, jak robi. Czasami mu dokuczać i skarżyć mamie za to, że wyprosił mnie z pokoju. W nauce pomagała mu mama i oczywiście ja. Dawid jest typowym praktykiem i bardziej interesowało go przyglądanie się tacie w garażu, gdzie znów reperował nasz samochód niż wkuwanie inwokacji “Pana Tadeusza” na lekcję języka polskiego. Chciał czy nie, musiał się tego nauczyć. Z racji tego, iż jak każde dziecko lubiłam obserwować innych, przysłuchiwałam się wspomnianej wyżej inwokacji, tabliczki mnożenia, czy rodzajów ptaków w Polsce. Moja edukacja zaczęła się dosyć wcześnie. Słuchając Dawida, powtarzającego po raz setny jedno zdanie, w końcu sama się go nauczyłam i było to dla mnie całkiem normalne. W tak zwanym międzyczasie zdążyłam pójść do przedszkola, z którego za dużo nie pamiętam, oprócz dnia, w którym byliśmy przebrani za biedronki i robiono nam zdjęcia do gazety. Wycinek oczywiście jest nienagannie zachowany i ma swoje honorowe miejsce w albumie rodzinnym. Byłam dosyć chorowitym dzieckiem, więc większą część etapu życia przedszkolnego spędziłam w domu bądź szpitalu.
Po przedszkolu, przyszedł oczywiście czas na wyróżnienie maluchów, czyli “zerówkę”. Przez ten rok, oprócz anginy wywołanej alergią i ciągłych przeziębień, postanowiłam urozmaicić sobie kartę zdrowia u lekarza rodzinnego o kolejną przypadłość, mianowicie żółtaczkę. Nic nie poradzę, że jako dziecko byłam ciekawa świata i zdarzało mi się jeść piasek w przerwie między drugim śniadaniem a obiadem. W “zerówce” niestety również nie byłam częstym gościem.
W końcu przyszedł czas na szkołę podstawową. Pamiętam do dzisiaj, jaka byłam z siebie dumna, że zostałam pasowana na Ucznia Pierwszej Klasy Szkoły Podstawowej Numer 3 im. Bolesława Krzywoustego w Poznaniu. Pamiętam również rozczarowanie, które mnie uderzyło po oczach, gdy zobaczyłam, że szkoła nie jest jak teleturniej “Idź na całość” i przechodzenie z klasy do klasy nie jest odkrywaniem kolejnej kotary. Można powiedzieć, że idąc do pierwszej klasy “odkryłam Zonka”. Patrząc z perspektywy czasu, klasy od 1. do 3. były najlepszymi latami mojego życia szkolnego. Miałam bardzo zgraną i chwaloną w pokoju nauczycielskim klasę. Nasza Wychowawczyni do dzisiaj jest bardzo ciepło wspominana między mną a kolegami z “podstawówki”. Dziękuję jej za to, że jak tylko mogła, pozwalała nam cieszyć się dzieciństwem i zaszczepiła w nas miłość do muzyki. Do dzisiaj mam nuty do gry na flażolecie, jednak sam instrument uległ zniszczeniu… Gdy widziała, że lekcje zaczynają nas nudzić, przenosiliśmy się na dywanik z motywem drogi prowadzonej serpentynami. Braliśmy piórniki i udawaliśmy, że to nasze samochody. Połowa samochodów oczywiście była w barwach różowych.
Rówieśnicy z innych klas postrzegali nas jak “kujońską klasę”, ale my po prostu byliśmy traktowani jak dzieci przez naszą Kochaną Panią Ulę. Inne Wychowawczynie nie mogły się z nią równać. Od razu traktowały dzieciaki jako już na tyle duże, że żadne zabawy nie powinny im siedzieć w głowach.
Rodzice byli ze mnie dumni, bo nie chorowałam cały rok. Aż do Komunii Świętej. Przez całą drugą klasę podstawową miałam nauczanie domowe i gdyby nie to, że Pani Ula przychodziła do nas do domu, powtarzałabym klasę. Z torebką wypchaną chusteczkami udałam się do Kościoła w celu przyjęcia Sakramentu, szybki obiad i do domu, bo Zuzia złapała gorączkę. Pewnego dnia, Pani Ula powiedziała, że jest to już odpowiedni czas na to, aby zacząć pisać w zeszycie w szerokie linie. Dzisiaj może się to wydawać po prostu głupie, ale wtedy dla mnie to był ogromny zaszczyt i oczywiście nie omieszkałam podzielić się tym z połową rodziny.
Koniec klasy trzeciej nie był taki tragiczny. Przynajmniej dopóki nie poznałam smaczków klas 4-6. Pierwsza lekcja matematyki wywołała u mnie wielką rozpacz i nagłą chęć powrotu do kolorowego dywaniku z końca sali. Dzień, w którym nie mieliśmy matematyki, był najspokojniejszym w tygodniu i jednocześnie dniem bez uspokajania przez rodziców. W tamtym okresie nie działo się nic szczególnego, co byłoby warte uwagi. Po prostu te trzy lata minęły. Nie zostałam ani pobudzona do poznawania nowych zagadnień, może jedynie zostało to gdzieś uśpione za sprawą faworyzowania ze strony nowej Wychowawczyni. Jak nietrudno się domyślić, nie należałam do pupilków, gdyż nie lubiłam słuchać o jej nowym przepisie na zupę kalafiorową koniecznie zabielaną, oraz zakupie nowych zabawek dla Śnieżynki i Śnieżki - największych kocich miłości mojej pani od języka polskiego.
W końcu przyszedł czas na gimnazjum - najgorszy okres mojego życia. Jedyne co dobrze wspominam z gimnazjum, to jego koniec i odebranie świadectw. W gimnazjum zazwyczaj spędzałam przerwy z męską częścią szkoły. Dziewczyny i ich opowieści o nowym serialu, czy naciągnięciu rodziców na nowe ubrania jakoś do mnie nie przemawiały. Miałam nadzieję, że te trzy lata po prostu jakoś uda mi się przetrwać. Niestety tak się nie stało. Dawno nie chorowałam, prawda? Tym razem od anginy przeszłam do zapalenia nerek, które zafundowało mi miesięczny pobyt w szpitalu. Przez ten czas w szkole dużo się zmieniło. Nauczyciele uważali, że przeszłam na ciemną stronę mocy i zaczęłam wagarować, a rówieśnicy po powrocie przestali mnie zauważać. Nie pytałam, nie zagadywałam, po prostu zaakceptowałam i postanowiłam jakoś dotrwać do końca. O tym, że dziewczyny są gorsze od chłopców wiedzą wszyscy. Ja nie wiedziałam, gimnazjum dało mi możliwość przekonania się o tym na własnej skórze. Płacz, depresja, kłótnie w domu, pogorszenie wyników w nauce, wizyty u pedagoga. W ten sposób minęło kilka miesięcy mojego życia. Od zawsze dobrze radziłam sobie z językami obcymi. W gimnazjum brałam udział w licznych konkursach i nauka języka niemieckiego była dla mnie przyjemnością. Żadne zdanie nie brzmiało dla mnie jak “nakaz rozstrzelania”. Dobre wyniki w trzeciej klasie pozwoliły mi na wyjazd do Niemiec. Początkowo łączyłam polski z angielskim niemieckim. Rozmawianie z dziewczyną u której mieszkałam dużo mnie nauczyło. Postanowiłam, że pójdę do liceum o profilu językowym i później pójdę na studia lingwistyczne, co pozwoli mi zostać tłumaczem przysięgłym. Wyniki testów gimnazjalnych poszły mi średnio dobrze. Najbardziej oczywiście satysfakcjonował mnie wynik z testu językowego.
1.09.2011 roku przyszedł upragniony dzień w którym na zawsze pożegnałam się z gimnazjum i złymi wspomnieniami. Tutaj ponownie trafiłam na cudowną klasę, jak również wychowawcę. Może i późno, ale nawet polubiłam matematykę, ponieważ w końcu trafiłam na nauczyciela, który rozumiał, że nie każdy musi być z niej dobry i wykładał ją w bardzo przystępny sposób. Kto chciał, mógł się douczyć na zajęciach pozalekcyjnych, które również prowadził, ale zajęcia głównie były prowadzone pod kątem matury i tego, aby po prostu ją zdać. Nie miałam dreszczy przed dzwonkiem rozpoczynającym wejście na lekcję. Nawet chętnie zgłaszałam się do tablicy, jeśli coś było dla mnie niezrozumiałe, Pani Joasia od razu to tłumaczyła metodą “łopatologiczną”. W kwestii nauki języków obcych zmieniło się bardzo dużo. Po prostu przestałam je lubić. Mieliśmy wymagającą nauczycielkę, a jeśli ktoś nakazuje mi nauki konkretnej rzeczy, wykraczającej poza program, zniechęcam się. Nawet kosztem ocen. Może zrobiłam błąd i powinnam robić dokładnie to, czego wymagała, żeby móc pochwalić się w pokoju nauczycielskim taką zdolną klasą. Pewnie teraz byłabym studentką lingwistyki stosowanej, albo germanistyki. Może. Tak się nie stało i nawet się z tego cieszę.
Doradztwo zawodowe i personalne okazało się “strzałem w dziesiątkę”. Nadal mam wątpliwości, którą ścieżkę zawodową powinnam wybrać. Odbyłam już praktyki pedagogiczne i dzięki nim dostrzegłam, jak zaskakującą i przyjemną jest praca z młodzieżą. Aktualnie jestem asystentem ds. Rekrutacji w jednej z firm Agencji Pracy Stałej w Poznaniu i również jest to bardzo interesująca praca. Codziennie mam styczność z różnymi ludźmi, uczę się czegoś nowego. Przede wszystkim uczę się tego, co naprawdę mnie interesuje. Praca sprawia mi przyjemność i nie chodzę do niej z powinności, ale z uśmiechem na ustach. Od dłuższego czasu moim planem na przyszłość jest praca przez 4 dni w tygodniu w agencji doradztwa personalnego, a jeden dzień w tygodniu przeznaczać na pracę w szkole jako szkolny doradca zawodowy. Planem “B” jest dla mnie ukończenie studiów licencjackich z pedagogiki i studiów podyplomowych z coachingu. Prowadzenie szkoleń również sprawiałoby mi dużą satysfakcję i czułabym, że moja praca jest dla kogoś przydatną.
Podsumowując, szkoła miała na mnie bardzo duży wpływ. Było również wiele pośrednich czynników, ale jednak uważam, że duże znaczenie w naszej edukacji ma nauczyciel. Nie jest ważne to, jakiego przedmiotu ma uczyć, ale to, czy wiedza przedstawiana jest w sposób jasny, przystępny i czy wzbudzi nasze zainteresowanie danym przedmiotem. Uczenie dla spełnienia wymogów Ministerstwa Edukacji Narodowej mija się z celem.
W życiu wszystko dzieje się z konkretnego powodu. Każda nasza decyzja przynosi skutek. Moim największym marzeniem jest robić w życiu to, co będzie sprawiało mi przyjemność i aby pracować zgodnie z mottem “Rób w życiu to, co kochasz, a nie przepracujesz ani godziny”.
