Rozważania o cierpieniu!

„Dlaczego?” „Dlaczego w ogóle cierpienia na tej ziemi?”, „jaki jest cel cierpie­nia?”, a w końcu zadajemy pytanie: „jak pogodzić zło i cierpienie z pełną miłości ojcowską troską Boga?” - tym bar­dziej, skoro Ojciec jest przecież wszechmocny? Cierpienie, ból, choroby potrafią nam często odebrać chęć do życia i gdy nas dotykają - to pierwszym pytaniem, które się w nas rodzi, brzmi: “Dlaczego akurat to mnie spotkało? Dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego teraz?

„Dlaczego?”

„Dlaczego w ogóle cierpienia na tej ziemi?”, „jaki jest cel cierpie­nia?”, a w końcu zadajemy pytanie: „jak pogodzić zło i cierpienie z pełną miłości ojcowską troską Boga?” - tym bar­dziej, skoro Ojciec jest przecież wszechmocny?

Cierpienie, ból, choroby potrafią nam często odebrać chęć do życia i gdy nas dotykają - to pierwszym pytaniem, które się w nas rodzi, brzmi: “Dlaczego akurat to mnie spotkało? Dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego teraz?”

  1. Każdy doznaje zranień, cierpień.

któż z nas nie byłby wolny od jakiegokolwiek cierpienia – czy to psychicznego, duchowego, czy też fizycznego.

Świat jest skażony grzechem

Konsekwencje - cierpienie jest rozłożone na wszystkie pokolenia

Każdy z nas bez wyjątku, ma pragnienie bycia kochanym - cierpimy, gdy ten głód jest niespełniony

a ludzie są zranieni - tez nie potrafią kochać - zaspokoić naszych pragnień

Naiwnością by było, że cierpienia, burze życiowe ominą nasz odm życia - że będąc stary, ominie mnie trud tego wieku.

Jednak prawda jest inna - Bóg nie zsyła nam choroby. Ona nie jest tym krzyżem otrzymanym od Niego. Obecna sytuacja człowieka - choroby, które nas spotykają - to nie dzieło i plan Boga, ale skutek i konsekwencja grzechu pierwszych Rodziców - cały świat jest skażony cierpieniem, chorobą, bólem i śmiercią. Choroby i cierpienie są wynikiem, upadłej naszej natury i stały się nieodłączną częścią naszego ziemskiego życia.

Bo na początku tak nie było - Bóg umieścił człowieka w ogrodzie Eden, a tam nie było chorób, cierpienia - wszystko było dobre.

W ciągu swojego życia każdy doznaje zranień. Nikt nie może ich uniknąć.

  1. Zranienia pochodzące od matki i od Ojca.

Rodzice mogą nas najbardziej zranić - bo największe zaufanie

Im większe zaufanie tym większe zranienie.

Bo w każdej Rodzinie są zranienia - nikt inny nie może nas tak zranić, jak mogą to uczynić nasi bliscy z Rodziny, nasi Rodzice - bo im głębsze więzy tym większe rany - i to nie koniecznie wynikające z grzesznego postępowania - w naszych rodzinach występują kłótnie, nieporozumienie – często nie możemy znaleźć w nich oparcia z jakiegoś powodu – że poszczególne osoby w rodzinie się ranią – i to nieraz bardzo głęboko.

A konkretnie przyjrzyjmy się Świętej Rodzinie, którą tworzą trzy osoby święte - bez grzechu - św. Józef, św. Maryja i Jezus – “Święta” czyli będąca dla nas pewnym przykładem - bo z jakiej innej Rodziny, jak nie właśnie ze Świętej - powinniśmy czerpać przykład. Widzimy jak zwyczajem świątecznym chodzą całą Rodziną co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Widzimy jak rodzice pielęgnują w rodzinie pobożność, dbają o rozwój duchowy, religijny - swój i swojego dziecka. Ale zauważmy to również, jak z pewnym wyrzutem Maryja mówi do Jezusa: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie.” Matka Jezusa robi mu wymówkę - wymówka surowa, ale macierzyńska. Chce Jezusowi przez to powiedzieć: „Synu zadałeś nam ból swoim nieodpowiedzialnym, beztroskim zachowaniem.” Zobaczmy, co na to odpowiada Jej Jezus - mówi: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Bezgrzeszny Jezus zadaje ból bezgrzesznej Maryi, a Maryja - kobieta bezgrzeszna - robi Mu wymówki i słyszy: “Czemuście mnie szukali?” Jezus okazuje zdziwienie, że Rodzice go szukali, że powinni wiedzieć, gdzie się znajduje. Jezus też przeżywa swoiste rozczarowanie rodzicami, że nie wiedzieli, że to jest Jego miejsce, że tam właśnie powinien być - a Oni zaś są Nim rozczarowani, że taki beztroski. Czyż to wydarzenie nie przypomina nam sytuacji, które często występują w naszych Rodzinach. Bo czyż nie Rodzice mówią do swoich dzieci: „Dlaczego zadałeś nam ból, twoje nieodpowiedzialne zachowanie zraniło nasze serce.” A dzieci często dziwią się, że Rodzice ich nie rozumieją – nie rozumieją ich potrzeb, problemów w życiu.

Dziecko ma prawo usłyszeć od swoich ziemskich Rodziców, że jest ich umiłowanym dzieckiem - bo gdy tego nie usłyszy w domu rodzinnym, to można powiedzieć, że jest w pewnym sensie poranione życiowo. Tym bardziej jest poranione, gdy nie słyszy tych słów od Boga, który w przeciwieństwie do ziemskich rodziców, zawsze wypowiada do nas te słowa.

Rodzice nie przyjmują dziecka - czuje to już w łonie!

Czasem matki przeciążone pracą i sprawami wy­chowania przekazują dzieciom niewerbalny ko­munikat następującej treści: „zaprowadzisz mnie do grobu. Byłoby lepiej, gdybyś się nie narodził".

Rana pochodząca od matki polega na tym, że dziecko zostaje zaakceptowane tylko warunkowo: „Możesz istnieć, ale pod warunkiem, że coś z siebie dasz, że odniesiesz sukces, że będziesz grzeczny, dostosujesz się do mnie i nie będziesz mi sprawiał kłopotów".

Warunkowa miłość rani.

  1. Cierpienie - to nie kara.

Jezus jest miłośnikiem życia - nie chce, aby człowiek cierpiał - gdyby choroba była karą - to by Jezus działał wbrew Ojcu.

Zaufajmy Mu, bo On pragnie nas uzdrowić. Uczestnictwo w tej drodze krzyżowej będzie naszym wyznanie wiary, że w Jego ranach jest nasze uzdrowienie.

Niektórzy wyjaśniają cierpienie jako karę za grzech. Jednakże nie można zgodzić się z poglądem, że cierpienie jest karą za popełnione winy. Przecież sam Jezus powiedział, że „nie przyszedł świat potępić, ale żeby go zbawić”.

Ale czy Bóg faktycznie jest temu winien, że zachorowaliśmy - czy to On zsyła na nas te wszystkie choroby? Nawet tak mówimy, że Bóg zsyła nam krzyż w postaci chorób.

  1. Są cierpienia zawinione.

Jezus wie doskonale, że człowiek nosi w sobie wielkie pragnienie życia i dlatego chce obdarzyć go życiem. Boli go to, iż człowiek odchodzi od prawdziwego źródła i szuka życia tam gdzie go nie ma, bo świat próbuje tylko maskować brak życia, ale nigdy nie da życia. Bo kto oddala się od Jezusa, oddala się od życia i pozbawia się autentyczności, pogrąża się w ciemności. Ten nie zna rzeczywistości o synostwie bożym i braterstwie – ten tylko zna i widzi jedynie własne marzenia i własne lęki, które przerzuca na wszystkich i na wszystko.

Tak więc cierpienie nie jest karą zesłaną na grzesznika przez Boga – ale cierpienie trzeba bardziej widzieć jako konsekwencja naszych grzechów, naszego życia bez Boga.

  1. Są niezawinione - to oczyszcza intencje.

Podczas zwiastowania Anioł powiedział Jej, że porodzi Syna Bożego, który będzie wielki, który będzie królował na wieki, który będzie Zbawicielem, a teraz widzi Go martwego, całego we krwi. Czyżby Bóg ją oszukał? A może sam jest bezradny?

Maryję ogarniają ciemności, dotychczasowe punkty orientacji przestają istnieć. Widzi zupełnie coś innego, niż obiecał Jej to Bóg.

Z drugiej strony możemy się zapytać: „Skoro cierpienie jest konsekwencją grzechu, to dlaczego ludzie sprawiedliwi również cierpią?” Jak ma się sprawa z cierpieniem niezawinionym?

To prawda – cierpienie może spotkać, także człowieka sprawiedliwego. Bóg przyzwala na to, ale ma to na celu, doprowadzenie tego człowieka do jeszcze większej miłości, a tym samym ma prowadzić do otrzymania jeszcze większej radości.

  1. Oczyszcza intencje - próba wiary - szatan oskarża nas o interesowność wiary.

Ono oczyszcza intencje - cierpienie uzdalnia nas, abyśmy byli z Bogiem bez względu na otrzymane korzyści – prowadzi do miłości bezinteresownej. Można powiedzieć, że cierpienie jest próbą zesłaną przez Boga na człowieka, aby ten mógł wykazać swoją sprawiedliwość i swoje zaufanie Bogu w każdej sytuacji. Może więc człowiek, który zaufał Bogu, także przez cierpienie dojść do bliższego i pełniejszego „spotkania” z Nim.

Księga zaczyna się podważeniem przez szatana intencji Hioba. Szatan mówi do Boga: „Czyż za darmo Hiob czci Boga”. Uważa, iż Hiob czci Boga, ponieważ Bóg mu błogosławi w dobrach materialnych, moralnych, duchowych. Hiob jest zdrowy, ma duży majątek, ma siedmioro zdrowych dzieci. Szatan zakłada, że nie istnieje bezinteresowność, chce to pokazać, udowodnić – żąda próby, aby wykazać bezinteresowność.

  1. Podczas cierpienia się dłuży czas.

Jednak następuje w jego życiu siedem dni milczenia, po których jego postawa całkowicie się zmienia – zaczyna przeklinać dzień swoich narodzin: „Niech przepadnie dzień moich narodzin.”, tęskni za śmiercią: „Dlaczego nie umarłem od razu po wyjściu z łona”. Skarży się: „Płacz stał się moim pożywieniem” Stracił całkowicie sens swojego życia – zadaje gorzkie pytanie: „Po się daje życie strapionym.” Hiob stawia pod znakiem pytania dobroć i miłość Boga stwórcy - mówi do Boga: „Zostaw Mnie” – Hiob odczuwa obecność Bożą jako wrogą, wymagającą: „Czy wzrok swój kiedy odwrócisz”.

Ogarniają go pytania, pokusy, lęki. Hiob stawiał Boga w stan oskarżenia. Można powiedzieć, iż się nakręca – popada w coraz większą rozpacz.

Widzimy wyraźnie, iż pierwsze „tak” powiedziane Bogu może być stosunkowe łatwe, ale wierność Bogu w codzienności cierpienia potwierdza naszą bezinteresowność wobec Boga.

Możemy się zapytać, co się stało podczas tych siedmiu dni milczenia po których ma zupełnie inną postawę w stosunku do Boga niż przedtem. Ogólnie można powiedzieć, iż przez te siedem dni zwrócił się ku sobie, rozczulał się na sobą – pytał w duszy, gdzie jest Bóg. Skupił się jedynie na własnym cierpieniu.

  1. To znak przynależności do Jezusa.

Są cierpienia ze względu na Jezusa - Krzyż

Wtedy zobaczymy jak bardzo uczestniczyliśmy w cierpieniach Jezusa, bo zobaczymy w jakim stopniu uczestniczymy w Jego chwale.

  1. Szatan nie rozumie cierpienia.

Szatan nie może zrozumieć tego, że potrafimy być przy Bogu pomimo cierpienia i dlatego pokorne przyjęcie cierpienia trzęsie piekłem – a im bliżej jesteśmy Boga tym większa jest w nas gotowość do przyjęcia cierpienia.

Co nas leczy:

  1. Najpierw trzeba je odkryć w świetle Słowa i przyjrzeć się im.

Spoglądając na nasze rany, nie powinniśmy nikogo oskarżać, ani ojca ani matki. Nie powinni­śmy również zbyt szybko usprawiedliwiać na­szych rodziców. Po prostu spoglądajmy na nie i zastanówmy się, jak do nich doszło. Za to, jak później postąpimy z naszymi zranieniami, pono­simy odpowiedzialność.

Nasze życie duchowe będzie również od tego zależało, czy przyjrzeliśmy się naszym zranieniom. Inaczej, nieuświadomione będą kształtować naszą pobożność. Zaciemnią nasz obraz Boga i ukształtują w nas duchowość, poprzez którą nieustannie będziemy siebie sa­mych ranili, zamiast pozwolić się Bogu uzdrowić

  1. Błędem jest koncentrowanie się na naszym cierpieniu - lub ukrywanie ran.

Zraniony człowiek rani innych.

A gdy nie wie, że jest zraniony - to obwinia innych.

Sam fakt zranienia nie jest jeszcze problemem. Decydującą sprawą jest to, w jaki sposób do nich podchodzimy. Kto nie przyjrzy się swoim zranieniom pochodzącym z dzieciństwa, ten będzie skazany albo na zadawa­nie ran samemu sobie, albo na przekazywanie tych ran innym. Albo też będzie wciąż wybierał nieświadomie sytuacje, w których zranienia z dzieciństwa będą się powtarzały. Będzie wtedy twierdził, ze to inni są winni jego złemu samopo­czuciu. Zaś tak naprawdę to on po raz kolejny wszedł w sytuację, która upodabnia się do ranią­cego doświadczenia z dzieciństwa.

Trzeba się z tym faktem zgodzić

Pierwszym naszym zadaniem jest obejrzenie naszych ran. To oglądanie polega według mnie na tym, że się im przyglądam w obecności Boga i przedstawiam je Bogu.

Trzeba Mu je okazać - tak jak lekarzowi pokazujemy cielesne rany - bo gdyby nie te rany, to bylibyśmy przecież inni.

Modlitwa oznacza dla mnie, że swoje rany przedstawiam Bogu, że odczuwam raz jeszcze ból, który one mi sprawia­ją że dopuszczam gniew i przedstawiam Bogu swoją wobec nich bezsilność. Kiedy pokazuję Bo­gu swoje rany, wtedy zwracam się do Niego z prośbą o ich uleczenie, o to żeby właśnie Jego miłość dotarła do moich ran, żeby Jego Święty i leczący, zbawiający Duch przeniknął zranione miejsca i przemienił je.

Drugi krok w podejściu do naszych zranień polega na pojednaniu się z nimi. Zamiast nie­ustannie złorzeczyć, nie godząc się na własną sytuację, trzeba zaakceptować fakt, że taka jest historia mego życia. Muszę wybaczyć Bogu, że pozwolił narazić mnie na takie dzieciństwo. Muszę wybaczyć ludziom, którzy mnie zranili. Mogę im jednak wybaczyć dopiero wtedy, kiedy dopuszczę do siebie gorycz rozczarowania i złość z powodu, że tak bardzo mnie zranili. Wreszcie muszę wyba­czyć również samemu sobie to, że w historii moje­go życia stałem się tym, kim jestem.

Bo co to jest uleczenie - to nie znikniecie - a pojednanie się z naszymi ranami - wtedy wykorzystujemy je nas swoja korzyść.

Uleczeni jesteśmy, gdy możemy Bogu podziękować za nasze rany - wówczas jesteśmy pojednani w pełni z naszymi ranami.

Kiedy pojednam się ze swoimi ranami, wtedy mogą one ulec przemianie stając się perłami.

Rana jest czymś cennym. Teraz stała się blizną która mnie wyróżnia.

Bóg złamał mnie przez moją ranę, abym dotarł do swojego prawdziwego ja, abym dotknął tego niezafałszowanego obrazu, (którego Twórcą jest sam Bóg - OK). Tam, gdzie jestem złamany, ule­gają również złamaniu (zniszczeniu) maski i role, za którymi zbyt często się chowam. Tam załamuje się mur, który zbudowałem wokół siebie i dotykam swego serca.

  1. Jezus jest terapeutą.

A Bóg jest przecież większy od naszych zranień -

Dlatego podczas dzisiejszej drogi krzyżowej spróbujmy oddać Jezusowi nasze życiowe rany

Aby to wszystko się dokonało - aby dokonało się uzdrowienie naszych ran - musimy jedynie przychodzić z nimi do Niego - nie ukrywać przed Nim swoich ran - aby Jezus mógł w nie wejść i całkowicie je uzdrowić. Mamy tylko obnażyć przed Nim nasz cały ból, przyznać się do tych bolesnych ran - zaprosić Go do swoich ran.

Bóg pragnie, abyśmy powrócili do swojego pierwotnego przeznaczenia, dlatego sam staje się człowiekiem, wchodzi w nasze cierpienie, w nasze choroby, solidaryzuje się z nami - przychodzi do nas osobiście, aby przyprowadzić nas do Ojca - nie zawołać - ale przyprowadzić osobiście. On nadal pragnie uwolnić nas od cierpienia, abyśmy byli wolni od wszelkich chorób.

Gdyby tak nie było - gdyby Bóg zsyłał choroby, to Jezus - Jego Syn - działałby przeciwko swemu Ojcu, wtedy, kiedy uzdrawiał chorych, chromych, niewidomych, głuchoniemych - a przecież wiemy, ze Jego wola była w pełni zjednoczona z Wolą Jego Ojca.

Dziś Jezus także - tak samo jak przeszło 2000 lat temu - uzdrawia chorych, uwalnia zniewolonych.

W takim razie - skoro tak jest - skoro Bóg nie zsyła chorób i chce, abyśmy byli zdrowi - to możemy się zapytać: “Dlaczego tak wielu jeszcze chorych? Dlaczego nie wszyscy, którzy pielgrzymują np. do Lourd nie doznają uzdrowienia? Przecież jest tylko ponad 2000 tyś uzdrowień, w tym tylko 167 przypadków oficjalnie potwierdzonych przez Kościół i uznanych za cuda.

W tym wszystkim, trzeba nam pamiętać, że Jezus również nie uzdrowił wszystkich chorych żyjących za Jego czasów w Izraelu. Wielu chorych - nawet tych, którzy przychodziło i słuchało Go - nadal nosiło ciężar choroby.

Nie zmienia to faktu, że Bóg nie jest obojętny na sprawy ludzkie a szczególnie na jego cierpienie. Bóg nie chce naszej choroby - każde uzdrowienia Jezusa - te sprzed 2000 tysięcy lat i te obecne - są znakiem, że przybliżyło się do nas królestwo Boże - są znakiem mocy Bożej.

Nick Vuicic - człowiek bez nóg i rąk - prosił o uzdrowienie - Bóg mógłby go uzdrowić - ale dla świata jest większym świadectwem Jego mocy - niż jakby go uzdrowił - świat pyta się: Skąd on ma ta nadzieję?

Ale znakiem mocy Bożej nie są tylko uzdrowienia, ale znakiem mocy Bożej, znakiem działającego Boga - są również chorzy, którzy z wielką ufnością i pokorą trwają w cierpieniu, którzy znoszą cierpliwie jarzmo cierpienia w swoim życiu.

Bóg również okazuje swoją moc, swoje bóstwo - nie tylko uzdrawiając nas, ale także wtedy, gdy daje nam siłę do znoszenia cierpienia.

Może w tym drugim przypadku jest to większe świadectwo działania mocy Boga w człowieku - bo świat tego nie rozumie, pyta: “Jak można być cierpliwym, być radosnym, mieć nadzieję w chorobie?” - nie mieści się to niektórym w głowie.

Świat, w którym żyjemy nie rozumie cierpienia - nie widzi w nim żadnej nadziei - według świata człowiek jest niezdolny do tego, aby cierpliwie trwał w chorobie, więc trzeba mu umożliwić, żeby sam się zabił - trzeba wprowadzić eutanazję i to będzie oznaką wielkiego miłosierdzia.

Świat się nie myli, co do jednej rzeczy - a mianowicie - on dobrze zauważa, że człowiek sam z siebie nie jest zdolny do znoszenia choroby z cierpliwością - i właśnie kiedy człowiek znosi swoją chorobę z pogodną ufnością - właśnie w tym przejawia się moc Boża - i właśnie w tej postawie chorego człowieka - Bóg dostępuje chwały - może nawet większej niż jakby dał człowiekowi uzdrowienie - bo świat się dziwi pogodnym chorym.

Wielu ludzi się nawróciło - nie dlatego że zobaczyło, że jakiś chory wyzdrowiał, że zobaczyli spektakularny cud - ale wielu się nawróciło, kiedy zobaczyło jak człowiek z wielką wiarą znosi cierpienie, chorobę - nawróciło się do Boga - uznało, że musi istnieć Bóg, skoro ten człowiek ma tyle siły, nadziei w swojej chorobie, w swoim bólu i samotności - bo skąd by to miał?

Dlatego Bóg nie zawsze uzdrawia - bo chce, abyśmy w naszej chorobie o Nim świadczyli, daje nam pokój, bo chce, aby inni patrząc jak znosimy cierpienia - spytali się skąd to mamy - aby nasz pokój w cierpieniach doprowadził ich do wiary, bo mężny chory w swojej chorobie - to świadek mocy Boga - a nie Jego bezradności.

Przykładem takiej postawy jest święty Paweł - który był mistykiem, był zjednoczony z Jezusem całkowicie - i doskwierał mu pewien oścień na ciele - jakaś dolegliwość, która mu przeszkadzała funkcjonować w pełni - i prosił Jezusa po trzykroć - czyli bardzo usilnie, z pełnym zaangażowaniem, aby zabrał to od niego, aby go uwolnił od tej dolegliwości - i był pewien, że Jezus go wysłucha, skoro jest tak blisko Niego - a Jezus mu powiedział: “Nie odbiorę ci tej dolegliwości, bo moja Moc w twojej słabości się doskonali - wystarczy Ci mojej łaski - wystarczy Ci mojej pomocy, abyś mógł z tym żyć, abyś mógł spełniać moją wolę i żebym doznał chwały przez Twoje życie.

I również nam - kiedy usilnie Jezusa prosimy o uzdrowienie - kiedy boimy się, że nie damy rady w swoich niedomaganiach - Jezus może nam powiedzieć - tak jak to powiedział świętemu Pawłowi: “Nie bój się - wystarczy Ci mojej łaski”.

Gdy święty Paweł to usłyszał, już przestał się żalić na swe niedomagania - co więcej - zaczął się chlubić ze swojej dolegliwości, choroby - ze swoich słabości, bo wiedział, że Jezus doznaje przez to chwały - że Jego moc uwidacznia się w jego słabości - że dzięki temu jest podobny do Jezusa.

Z tego wynika, że my w naszych prośbach o uzdrowienie - powinniśmy Jezusowi dać wolną rękę - bo On widzi lepiej czego nam potrzeba - On wie lepiej co przyniesie nam i innym większą korzyść - czy uzdrowienie, czy też wytrwanie w chorobie. My tego nie wiemy.

Jezus to wie i dlatego na naszą prośbę o uzdrowienie, Jezus różnie odpowiada - różne udziela łaski. Dla jednych będzie to ulga w cierpieniu, dla innych uzdrowienie, dla jeszcze innych umocnienie się w wierze i pogodzenie z tym co nieuniknione, pobudzenie do ufności w miłosierdzie Boże.

Wierzmy jednak mocno, że jesteśmy w rękach Boga i On chce bardziej naszego dobra, niż czasami tego sami chcemy dla siebie.

Bo Jezus - jeśli Mu zaufamy - to wszystko przemienia na naszą korzyść - nawet nasze choroby zamienia na naszą korzyść - bo On wszystkim kieruje tak, abyśmy mogli osiągnąć jeszcze większą chwałę w Niebie.

Dziś może na choroby patrzymy jak na przekleństwo - ale jeśli będziemy je znosić z wiarą - to wówczas - po naszej śmierci okażą się one naszym błogosławieństwem - znakiem głębokiej przynależności do Jezusa - dostaniemy od Niego order za wierność Jemu w naszych niedomaganiach - zrozumiał to święty Paweł, który zaczął się chlubić ze swoich słabości.

Wszystko jest po to - nawet nasze choroby - aby uzyskać pełnię zbawienia - aby się cieszyć jeszcze większą chwałą w Niebie - jeśli Jezus uzna, że większą chwałę dostąpimy trwają w cierpieniu - to wówczas umocni nas w naszej chorobie i napełni nas nadzieją.

Trzeba tylko zaufać Jezusowi w swojej chorobie - zwrócić się do Niego, powierzając się Jemu - prosić o łaskę, o nadzieję, o siłę - o spełnienie Jego woli w naszym życiu.

Pragnijmy, aby w naszej chorobie objawiła się chwała Boża - aby był uwielbiony Syn Boży przez nią - a wówczas zobaczymy, że doznamy głębokiej radości na dnie naszego serca.

Zapamiętajmy przede wszystkim to, że święty Paweł nie został uzdrowiony na ciele, ale został uzdrowiony na duszy - po słowach Jezusa z większą nadzieją powrócił do swoich obowiązków, już potrafił żyć ze swoją słabością - powrócił do swoich obowiązków z wiarą, siła - tak jak nie jeden pielgrzym powracający z Lourd - choć nie został uzdrowiony na ciele, to powrócił do domu z większą ufnością - z większym pokojem duszy, odkrył sens życia, sens swojego cierpienia - i to nieraz było większym świadectwem miłosierdzia Bożego, niż gdyby Bóg uzdrowił go fizycznie.

Bo świat podziwia wierzących, który właśnie z wiary biorą siłę, żeby w swojej chorobie patrzeć na wszystko pozytywnie.

Ale żeby to się w nas dokonało, musimy być blisko Jezusa - słuchać Jego słów - bo nie samymi lekami żyje człowiek, ale każdym Słowem wychodzącym z ust Bożych. Chory bardziej niż lekarstw potrzebuje miłości.

  1. To miłość nas leczy - chrzest Jezusa, marnotrawny syn w ramionach Ojca.

To nie czas leczy rany

Doświadczenie bezwarunkowej miłości nas leczy!!

Największy ból, zranienia - to niezaspokojony głod miłości!!!

Gdy usłyszymy miłosne wyznanie Boże do nas - zobaczymy swoja warośc

Chce przejść z nami wszystkie miejsca naszego życia, w których choruje nasz prawdziwy obraz sie­bie, nasze poczucie własnej godności, nasza dusza dziecka, nasza pamięć i nasze serce.

Miłość również pomaga nam przejść przez cierpienie. Rzeczy przykre stają się miłymi, gdy wiemy, że przynoszą one innym korzyść, że stają się powodem dobra. Miłość bowiem jest jedyną rzeczą, która czyni ból znośnym i przekształca go w radość ofiary. Właśnie brak tej miłości jest powodem, iż człowiek myśli o ucieczce od cierpienia, pragnie eutanazji – bo tak gdzie człowiek jest obdarzony miłością, tam w obliczu cierpienia wcale nie tęskni za eutanazją, wcale nie uskarża się na ból.

Nie ten prosi o eutanazje, kto cierpi fizycznie, ale prosi o nią ten, kto nie jest obdarzony miłością bliskich, innych osób – kto nie czuje się kochany.

Zauważmy pewien paradoks. W Szwajcarii działają jedne z najlepszych na świecie domów opieki. Przyjeżdżają tu najbogatsi Europejczycy, Amerykanie, Australijczycy. Ponad połowa pensjonariuszy tych pałaców spokojnej starości nie umiera jednak śmiercią naturalną - popełniają samobójstwa. Z drugiej strony globu, w domach Matki Teresy w Kalkucie, żyją ludzie bez jedzenia, lekarstw, chromi, kalecy, bez odzieży i nikt nie odbiera sobie życia. Nie odbiera, bo czują się kochani – miłość pomaga przejść przez cierpienie.

Cierpienie jest nie do zniesienia w pojedynkę, ale jeśli ma się kochających ludzi wokół siebie, to wtedy żadna myśl o samobójstwie nie jest w stanie przyjść człowiekowi do głowy.

Jezus dał nam miłość – a nie śmiertelny zastrzyk, aby już nie cierpieć.

Bóg poprzez niezawinione cierpienie swego syna, chce nas zachęcić do takiej ufność. Bóg, objawiając światu swoją miłość w Jednorodzonym Synu, pra­gnie wskazać na miłość jako na najpełniejsze źródło, w którym można znaleźć odpowiedź na pytanie o sens cierpienia.

Jako dzieci możemy przenieść ten obraz albo na Boga, u którego możemy wtedy do­świadczyć albo macierzyństwa albo ojcostwa, albo też na innych mężczyzn czy kobiety z naszego otoczenia, które zaspokoją nieco nasze potrzeby.

Ostatecznie jednak doświadczenie braku kieruje nas zawsze ku Bogu, ponieważ jedynie On może zaspokoić naszą głęboką tęsknotę za ojcem i mat­ką.

Jego miłosne spojrzenie nas leczy - widzimy wszystko w nowej perspektywie - jak Magda Magdalena przy grobie.

Przypowieść umożliwi im przy­jęcie nowej perspektywy życia. Jeżeli zobaczą własne ży­cie w innym świetle, zaczną traktować siebie w inny spo­sób i inaczej przeżywać własną osobowość.

Tam, gdzie jest w nas ta rzeczywistość, jesteśmy wol­ni od dawnych wzorców oraz od oczekiwań i osądów lu­dzi. Jesteśmy tam szczęśliwi i wewnętrznie zjednoczeni. Owej najgłębszej cząstki w nas nie są w stanie naruszyć choroby i zranienia. Jesteśmy w niej pierwotni i auten­tyczni. Spotykamy tam nasz pierwotny i niezafałszo­wany obraz, na który stworzył nas Bóg. Jeżeli uda nam się nawiązać kontakt z tym niepowtarzalnym obrazem Boga w nas, nasze życie nabierze kolorów, zacznie kwit­nąć i przynosić owoce. Obraz ów jest niczym wytrysku-jące w nas źródło, które napełnia nową siłą. Tam, gdzie jest w nas królestwo Boże, jesteśmy czyści i przejrzyści. Nie ma tam dostępu żadna wina.

  1. On wszedł w nasze cierpienie.

Droga krzyżowa to On wszedł w nasze cierpienie - To On nam towarzyszy w naszym cierpieniu, a nie my Jemu.

W życiu istnieje taka zasada, że to zawsze mocniejszy podtrzymuje słabszego, że to zawsze ten kto zna drogę, prowadzi tego co jej nie zna, że to zawsze ten co ma nadzieje pociesza tego co stracił już nadzieję, że to zawsze zdrowy leczy chorego. I my się z tym zgadzamy, bo to jest niezaprzeczalny fakt.

To wszystko spełnia się podczas rozważania drogi krzyżowej Jezusa - dziś będziemy ją rozważać idąc ulicami naszego miasta - tu również mocniejszy podtrzymuje słabszego, ten co ma nadzieję pociesza strapionego.

I to jest prawda - nie jesteśmy w błędzie uważając tak - ale często mylimy się w interpretacji osób uczestniczących w tej Drodze Krzyżowej - mylimy role. Uważamy bowiem, że to Jezus jest tym słabszym, którego my mamy podtrzymywać - że On jest tym przygniecionym, którego mamy pocieszać - lecz tak naprawdę wszystko jest na odwrót - to my jesteśmy tym słabszym w tej Drodze Krzyżowej, to my błądzimy, to nam brakuje nadziei - to my potrzebujemy uzdrowienia - a On jest tym, który nam daje nadzieje, który nas podtrzymuje, który nas uzdrawia - nie na odwrót.

Tak naprawdę, to nie my, idziemy Jego drogą krzyżową, ale to On idzie naszą drogą krzyżową, drogą naszej historii życia - drogą naszych życiowych ran.

Nasz Ojciec w niebie wie, że potrzebujemy uzdrowienia. Chce nas leczyć z naszych ran, w które nas wpędza nasz grzech - tylko On sam może nas uzdrowić.

Dlatego posyła nam swojego Syna, aby wszedł w naszą drogę życia - w naszą drogę krzyżową, którą każdy z nas kroczy w swoim życiu.

Tak więc droga krzyżowa Jezusa jest dla nas jak dobra nowina o Ojcu, który walczy o nasze życie. Jest jak dobra nowina o Jednorodzonym Dziecku Ojca - Jezusie, naszym Bracie, którego posyła nam Ojciec.

Wysyła swoje Jedyne, Ukochane Dziecko - Jezusa, aby przyprowadził nas do Niego. Posyła nam Jezusa, aby nas uzdrawiał.

On chce się zatrzymać przy każdej naszej życiowej ranie spowodowanej grzechem. Chce się w niej „zanurzyć”, „dotknąć” i „objąć" całym sobą - tak jak obejmuje krzyż.

On bierze na siebie nasze rany powstałe z powodu naszych grzechów i grzechów innych ludzi.

  1. Gdy zobaczymy, że nasze cierpienia zranienia są zawarte w Jego życiu - w Jego ranach nasze uzdrowienie.

Zgwałcona dziewczyna - i obnażenie Jezusa na Golgocie

Niechciane dziecko - przez św. Józefa

Pierw­sza droga polega na medytacji nad historiami uzdrowień zawartymi w Biblii.

Pan jest teraz między nami i może uleczyć nasze rany, jak czynił to wtedy. W chorobach, o których opowiadają historie uzdrowień, możemy rozpoznać własne rany: nasz trąd, fakt że nie po­trafimy sami siebie zaakceptować; naszą ślepotę, to że unikamy doświadczenia własnych ślepych plam; nasz paraliż i nasze zahamowania, które powodują lęk przed porażką nasze rozdarcie, naszą niemotę, głuchotę i inne. Historie uzdrowień urzeczywistniają się w Eucharystii. Jezus dotyka nas wtedy dokładnie tak samo, jak niegdyś. Jeśli w czasie Komunii Świętej świadomie otwieramy nasze rany przed Jezusem, możemy doświadczyć uzdrowienia. Nie możemy go jednak wymusić. Również wtedy Jezus nie uzdrawiał wszystkich chorych. Jednakże powinniśmy ufać, że Komunia Święta wpływa na nasze życiowe rany uzdrawia­jąco.

Stanie się tak wówczas, kiedy uświadomimy sobie, co wtedy tak naprawdę przeżywaliśmy, i zetkniemy się z tym uzdrawiają­cym źródłem na modlitwie i medytacji.

Takie sposoby modlitwy i medytacji mają dla nas moc uzdrawiającą. Wtedy Bóg sam uzdrawia nasze rany. Nie patrzymy wtedy wcale na nasze rany, ale na rzeczywistość Boga. Im bardziej spoglądamy na Boga, który jest już w nas obecny, tym silniej zadziała w nas Jego uzdrawiająca moc. Jest to równie ważne jak przedkładanie naszych ran Bogu.

Kontemplujmy Miłość Boga - a nie nasze zranienia - albo będziemy żyć Bogiem, albo będziemy żyć naszymi zranieniami.

Tak sie jednamy z naszymi zranieniami - gdy czujemy się kochani z nimi przez Boga. - moc w słaobości sie doskonali.

Jezus nie uzdrawia niczym zwy­kły lekarz, który po prostu uwalnia pacjenta od jego cho­roby, lecz spotyka w chorym człowieka, którego konfron­tuje z własnymi ranami i któremu ukazuje sposób dostąpienia uzdrowienia poprzez otwarcie się na Niego. Histo­rie uzdrowień nie są zatem skierowane wyłącznie do te­rapeutów i kierowników duchowych, którzy będą w nich w stanie znaleźć inspiracje dla własnej pracy - zaprasza­ją one również każdego Czytelnika do uświadomienia sobie własnych ran i oddania ich Jezusowi w spotkaniu z Nim. W sposobie uzdrawiania przez Niego chorych może on odnaleźć wskazania przydatne również na jego własnej drodze do uzdrowienia.

Musimy rozważyć wszystkie słowa i sceny, w któ­rych Jezus spotyka ludzi, przemawia do nich i działa dla ich dobra, aby dostrzec w Nim lekarza i terapeutę, zna­komitego duszpasterza i kierownika duchowego. Ogra­niczyłem się tutaj wyłącznie do historii Jego uzdrowień, Jego przypowieści i niektórych Jego słów. Przyjrzeliśmy się terapeutycznej mądrości Jezusa i różnym sposobom uzdrawiania chorych. Medytowanie nad tymi historiami i słowami Jezusa wciąż ukazywać nam będzie nowe aspekty Jego leczniczej działalności oraz metod, którymi się w jej ramach posługiwał. Ewangelie opowiadają nam jednak o Jezusie nie tylko dlatego, abyśmy podziwiali Jego słowa i czyny, a w spotkaniu z Nim doświadczyli uzdrowienia. Mówią nam o Nim także po to, aby wezwać nas do naśla­dowania Go w Jego działaniu. Jezus posłał swoich uczniów, aby tak jak On głosili, że królestwo Boże jest już bliskie.

On nie przypadkowo się z Nimi spotykał i nie przypadkowo to sie znalazło w Ewangelii.

Doświadczamy w niej tego, co wtedy miało miejsce między Jezusem a chorymi. Waż­ne jest jedynie, abyśmy, pamiętając o ewangelicznych uzdrowieniach, przychodzili do Jezusa jako ludzie spa­raliżowani, niewidomi i głusi, wypaleni i sfrustrowa­ni, aby w Komunii przyjmować - niejako integrować w sobie - pod fizycznymi postaciami Chleba i Wina -Jego wcielone Słowo.

Gdy zobaczymy, że w cierpieniach jesteśmy podobni do Jezusa - gdy zobaczymy, że nasze zranienia są zawarte w Jego życiu - to łatwiej będzie nam przebaczyć tym osobom, które nas zraniły.

  1. Słowa Jezusa nas leczą - ono ma Moc.

Dobrze będzie, jeśli my sami potraktujemy słowa jak koany, które przenoszą nas na inny poziom rzeczywisto­ści. Będziemy mogli posługiwać się nimi w terapii tak, aby stanowiły odpowiedź na sytuację klienta. Nie cho­dzi tylko o to, by podjął on refleksję nad ich treścią. Po­winien je raczej potraktować jak koany i -jak to określali dawni mnisi - „przeżuwać" je, aż słowa Jezusa przenio­są go w inną rzeczywistość, na poziom doświadczenia duchowego, na którym nie będzie on determinowany przez chorobę i wzorce neurotyczne, lecz odkryje swą najgłębszą cząstkę, przestrzeń ciszy, w której jaśnieje w nim królestwo Boże.

np.: Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie

W rozważaniach nad terapeutycznymi metodami Jezu­sa interesują mnie zatem w szczególny sposób te Jego stwierdzenia, które mają charakter paradoksu, przypo­minając koany, a także wypowiedzi nasycone obraza­mi, które jesteśmy w stanie zrozumieć jedynie wówczas, gdy wnikniemy w język obrazów Jezusa.

Przypowieści można trakto­wać jako element Jego terapii, kryje się w nich bowiem uzdrawiająca moc. W przypowieściach Jezus opowiada ludziom o sposobach osiągnięcia udanego życia. W histo­riach tych Jezus pragnie ukazywać nam nową perspekty­wę życia - nowy wizerunek Boga i nowy wizerunek siebie

Opowiadane przez Jezu­sa historie sprawiają, że w słuchaczach dokonuje się we­wnętrzna przemiana. Otwierają się oni na Jego słowa, po­nieważ są nimi zafascynowani. I w ten oto sposób Jezus niepostrzeżenie prowadzi ich na inny poziom rzeczywi­stości. Przysłuchujący się przypowieściom przeżywają na­głe olśnienie, w jednej chwili zaczynają rozumieć samych siebie i są zdolni do spojrzenia na siebie innymi oczyma. Tej wewnętrznej przemiany naszej perspektywy życia nie da się wywołać za pomocą suchego, teoretycznego prze­kazu. Konieczna jest do tego sztuka przypowieści.

  1. Przebaczenie nas leczy.

Dlatego tak istotne dla Rodziny jest fakt, posiadania zdolności do przebaczenia

Natomiast tylko przebaczenie naszym bliskim uwalnia nasze życie z ciężaru tych zranienie - nie wygarnięcie komuś - ale właśnie przebaczenie prowadzi do pełni życia - co więcej prowadzi do pokochania naszego życia, bo gdyby nie te zranienia, które nas dotknęły, bylibyśmy przecież innymi ludźmi.

Nigdy nie pokochamy swojego życia, jeśli nie wybaczymy.

  1. Cierpienie, rany zmieniają się w perły.

My zranieni - a później uzdrowieni stajemy się bardziej wrażliwi na zranienia innych - np depresja

mogą one stać się dla nas czymś niesłychanie cennym, mia­nowicie życiodajnym źródłem i błogosławieństwem nie tylko dla nas, ale również dla innych. I o to właśnie chodzi.

swoją ranę otwieram się na ludzi wokół mnie. Potrafię wejść w ich położenie i zro­zumieć ich. Rana staje się bramą przez którą kto inny może wejść do mojego wnętrza. Dzięki tej ranie staję się wrażliwy na drugiego człowieka, potrafię wczuć się w jego zranienia i z nim współ­czuć. Nigdy go nie zawstydzę. Nie włożę swoich palców do jego ran, ale stworzę dla niego przestrzeń, w której będzie mógł sam mówić o swoich zranieniach. W ten sposób rana uczyni mnie sa­mego lekarzem, który sam doznał zranienia. Gre­cy uważali, że tylko lekarz, który sam doznał zra­nień, jest w stanie leczyć rany innych. Znam wielu terapeutów, którzy w dzieciństwie zostali bardzo zranieni. Ponieważ stawili czoła swoim ranom, stali się dobrymi terapeutami. Ich rana stała się skarbem, perłą, która stanowi o ich jedynej i nie­powtarzalnej wartości.

Jego miłość zamienia nasze zranienia w przepiękne perły.

Pamiętajmy:

  1. Cierpienie jest tajemnicą.

W tym wszystkim, trzeba przede wszystkim nam pamiętać, że cierpienie jest tajemnicą, ono jest wpisane w nasze życie – jest nieodłączne od ziemskiego bytowania czło­wieka. Ono jest tajemnicą i zawsze nią pozostanie. Musimy się zgodzić, że jesteśmy ogarnięci tajemnicą, musimy się zgodzić na to, że życie człowieka jest pełne „Nie wiem”. Człowiek nie wie, nie rozumie tajemnicy cierpienia – bo tak naprawdę, to dopiero po śmierci, ujrzymy sens naszych cierpień tu na ziemi. Dopóki żyjemy, jest on zakryty przed nami.

Trzeba nam zaufać Bogu, że wszelkie cierpienie, także to niezawinione, zawarte jest w Jego planach, stąd ma swoją wartość i celowość.

Po postawieniu Boga w stan oskarżenia głos zabiera sam Bóg. Naj­pierw kwestionuje kompetencje Hioba do zadania mu pytań: „Któż tu plan chce zaciemnić słowami nierozumnymi?” – Następnie pyta Hioba, podobnie jak on pytał Boga - a gdzie byłeś, gdy zakładałem podstawy ziemi?” Kieruje go, aby on wyszedł z wąskiego kręgu swojego cierpie­nia.

Bóg nie wyjaśnia niczego Hiobowi – dlaczego stracił wszystko – Bóg zadaje mu serię pytań, które dziś słyszeliśmy w pierwszym czytaniu. Ale nie oczekuje od Hioba odpowiedzi. Pragnie by te pytania przeniknęły, zapadły głęboko w serce Hioba, by pomogły mu wejść w tajemnicę Boga i w tajemnicę ludzkiego cierpienia. Hiob musi się zgodzić, że jest ogarnięty tajemnicą, musi się zgodzić na to, że życie człowieka jest pełne „Nie wiem”. Człowiek nie wie, nie rozumie tajemnicy Boga, ale człowiek może zrozumieć, że jest rzeczą rozumną zaufać Bogu do końca.

Bóg przez szereg różnych pytań, chce pokazać Hiobowi, że On jest Bogiem – i nie potrzebuje się nikomu tłumaczyć dlacze­go tak a nie inaczej postępuje. Hiob nie może Go krytykować, skoro nie był świadkiem stwarzania Wszech­świata, skoro nie był świadkiem urządzania Wszechświata, do którego sam należy.

Uznanie tego faktu przez Hioba, powoduje, iż doświadcza Boga, upada przed Nim na kolana, i już nie pyta gdzie On był, dlaczego stracił wszystko, ale upada przed Nim na kolana. Prawdziwa mądrość rodzi się ze zgody na ograniczenie.

Można dodać, iż tak naprawdę, Bożą odpowiedzią na pytania Hioba, jest Męka Jego Syna Jezusa Chrystusa. Sam Bóg wyjaśnia nam sens cierpienia biorąc krzyż i idąc z nami tą samą drogą – drogą naszego cierpienia. Bóg wchodzi w nasze cierpienie. A Jezus poprzez bezinteresowną wierność swemu Ojcu, wynagradza Mu naszą interesowność.

  1. Cierpienie jest wyrazem miłości.

Krzyż to zapewnienie o miłości

Niech Jego ciało poranione na krzyżu , to że swoją krew wylał za nas – krew, która jest pełna życia, aby obdarzyć nas życiem – przypomina nam, właśnie w naszych chwilach zwątpień o Jego miłości do nas. A to pomoże zwycięsko przejść przez te wszystkie nasze ciężkie chwile. On pozwala się przybić do krzyża, bo Mu na nas bardzo zależy. I za to Mu szczerze podziękujmy.

Jest to możliwe, gdyż cierpienie bardzo mocno wiąże się z miłością – tak mocno, że nawet można powiedzieć, iż nie ma miłości bez gotowości na cierpienie. Im większa miłość do Boga tym większa chęć znoszenia cierpień dla Niego. Tak więc, prawdziwą miłość mierzy się termometrem cierpień - im więcej ukochamy cierpienie, tym miłość nasz ku Bogu będzie czystsza.

A im większa miłość, tym w konsekwencji również większe cierpienie - ponieważ ten kto bardziej kocha, tym bardziej cierpi patrząc na niewdzięczność osoby kochanej. Miłość w zetknięciu ze złem, z grzechem, z obojętnością nie może przyjąć innej postaci, jak po­staci bólu i cierpienia. Może więc istnieć cierpienie płynące z miłości.

  1. Uczestniczymy przez nie w dziele zbawienia.

Poprzez solidarność - poprzez upodobnienie się do życia Jezusa.

Cierpienie również ma wymiar zbawczy. W nasze cierpieniu wszedł Jezus. On był bez grzechu, ale przyjął za nas cierpienie, aby nas zbawić – wyzwolić nas z niewoli grzechu. Bóg zaprasza nas do tego dzieła zbawczego, dlatego dopuszcza i będzie wciąż dopuszczał niewinne ludzkie cierpienia, aby w ścisłym związku z męką Chrystusa na nowo odkupiły świat. Jest to forma zadośćuczynienia w sferze duchowej za wszelkie zło istniejące w świecie. Bóg wybiera właśnie człowieka sprawie­dliwego, aby przez swoje niewinne cierpienie zadośćuczynił za winy in­nych.

W sposób nam niezrozumiały z niezawinionych cierpień, a przyjętych w zjednoczeniu z cierpiącym Jezusem, korzystają inne dusze, które zostają obdarzone światłem i siłą do zgadzania się z wolą Bożą. Krótko mówiąc, takie nasze cierpienie przynosi innym zbawienie. Chrześcijanin razem z Jezusem cierpiąc dopełnia tego, czego niedostaje cierpieniom Jezusowym — dla dobra Kościoła, innych ludzi.

  1. Cierpienie wystawia nas na próbę wiary - bez gotowości do cierpienie nie ma miłości.

Bóg wynagradza naszą wierność w cierpieniu

W wydarzeniu Golgoty wiara Maryi osiąga szczyt bezgranicznego zawierzenia. Trzymając umarłego Syna w swych ramionach, nie utraciła wiary. Maryja zachowuje wewnętrzną ufność w realizację Bożej obietnicy Zwiastowania.

Maryja mogła się zbuntować, załamać, jednak trwała mocno w wierze. Pod krzyżem zajmuje miejsce skromne, ostatnie miejsce służebnicy.

Jezus też na krzyżu doświadczył opuszczenia przez Boga - wszedł w nasze doświadczenie samotności.

W tym właśnie miejscu Maryja doświadcza wówczas największej próby wiary – większej od tej, którą przeżyła w chwili Zwiastowania. Tu musiała potwierdzi to swoje pierwotne „tak”, powiedziane Bogu podczas Zwiastowania i to potwierdzenie o wiele więcej ją kosztowało, bo niewątpliwie sztuką jest powierzyć się Bogu w chwili, kiedy wszystko nam mówi, że to już koniec.

Lecz aby osiągnąć taki stopień dojrzałości wiary, aby tak zdać się całkowicie na Boga, Maryja o swoją wiarę musiała się troszczyć.

A umacniała ją poprzez wchodzenie coraz głębiej w zażyłą relację ze Swoim Synem, Jezusem. Ewangeliści często wspominają na kartach Ewangelii, iż Maryja z pieczołowitością zachowywała słowa i wydarzenia, które były związane z tajemnicą Jej Syna, w ciszy rozmyślania i kontemplacji wgłębiała się w nie, aby je zrozumieć. W milczeniu i zasłuchaniu, wpatrując się w Jezusa, umacnia swą wiarę.

Właśnie dzięki temu, Maryja mogła całkowicie powierzyć się Bogu bez żadnych zastrzeżeń, bez względu na okoliczności. Można powiedzieć, iż pod krzyżem „wytrzymała” dzięki słowom Chrystusa, którymi się napełniała za Jego życia. To one nieustannie w Jej sercu podsycały wiarę.

Maryja dzięki temu, że nie zwątpiła, że nie zbuntowała się Bogu, lecz niezachwiane trwała w wierze, dostąpiła w ten sposób łaski od Boga, wielkiego wywyższenia.

My w naszym życiu, również będziemy przechodzić ciężkie chwile. Nas także będą spotykały w życiu różne niezrozumiałe sytuacje, boleści natury fizycznej, duchowej i psychicznej, jest to pewne.

Są one nam potrzebne, aby budować, umacniać, i pogłębiać naszą ufność, naszą wiarę do Boga.

W tych warunkach kształtuje się ufność. Jest to nasza próba wiary, na wzór próby wiary Maryi.

W tych chwilach trzeba nam po prostu stać do końca przy Jezusie. To jest prawdziwa wiara, kiedy mimo wszystko, trwamy przy Jezusie. Tego nam trzeba: trwać do końca, nie załamywać się. A trwać mocno w wierze znaczy przeżywać z Bogiem wszystko, co nas spotyka. Tego wszystkiego nas uczy Maryja.

Nasze wszystkie kryzysy życiowe, stają się naszym egzaminem z ufności i zawierzenia. Każdy kryzys wydobywa na światło dzienne i poddaje weryfikacji nić łączącą nas z Chrystusem, z drugim człowiekiem i samym sobą.

Wzrost naszego ducha wiary, nie jest możliwy bez doświadczania przeciwności. Co więcej, żadna cnota nie rozwinie się, ani w stopniu przeciętnym, ani tym bardziej heroicznym, jeśli nie zostanie poddana próbie przeciwności.

Święty Paweł napisze w liście do Rzymian, że chlubi się z ucisków, bo „ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość – wypróbowaną cnotę, wypróbowana zaś cnota – nadzieję”.

Podobnie widzi rolę sytuacji kryzysowych święty Apostoł Jakub, nawołując wprost do radości z ich zaistnienia: „Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość”.

Bóg wynagrodził Hiobowi:

Patrząc na dalsze życie Hioba – Hiob uwierzył, iż Wszechmocny jest w stanie „powtórzyć” ludzkie życie. Zawierzył Mu już całkowicie w swoim cierpieniu. Bóg oddaje Hiobowi całą majętność w dwójnasób. Wszyscy bracia i sio­stry przychodzą do Hioba, który ma znowu siedmiu synów i trzy córki. Ludzie, jak niegdyś, garną się do Hioba, co jest wyrazem Bożego błogosławieństwa.

  1. Uzdrowienie mówi, że przybliżyło się królestwo Boże.

Nasze uzdrowienia maja tez charakter misyjny - świadczą o Mocy Jezusa.

Według św. Mateusza głoszenie królestwa niebieskie­go powinny poprzedzać dokonane przez uczniów uzdro­wienia. Stanowią one odzwierciedlenie głoszonej przez nich nauki. Bez nich nauka ta byłaby niepełna i nie odpo­wiadałaby Duchowi Jezusa. U św. Łukasza Jezus wzywa Apostołów, aby najpierw uzdrawiali, a potem głosili na­ukę wyjaśniającą sens tego działania: „A gdy wejdziecie do jakiegoś miasta (…) uzdrawiajcie w nim chorych. I mów­cie: Przyszło do was królestwo Boże!" (Łk 10,8-9).

  1. W cierpieniu możemy się powierzyć Bogu - są też narzędziem zbawienia.

Bóg dopuszcza czasami na nas zranienia

Cierpienie nie pochodzi od Boga, ale może być ono też jednym ze środków, jakimi posługuje się Bóg, aby przestrzec człowieka, nakłonić go do refleksji i naprowadzić na właściwą drogę. W takim wypad­ku cierpienie staje się środkiem wychowawczym w ręku dobrego Boga i może prowadzić do nawrócenia człowieka.

Rana może mnie również otworzyć na Boga. Jeśli pojednam się ze swoją raną wtedy staje się ona bramą, przez którą dociera do mnie miłość Boża. Rana sprawia, że pozostaję otwarty na Bo­ga. Oczywiście, że mogę również uskarżać się na swoje rany. Wtedy raczej odcinają mnie one od Boga.

Kiedy przed 28. laty brałem udział w semina­rium służącym pogłębieniu dynamiki grupowej, w bardzo bolesny sposób doświadczyłem braków, jakich doznałem w dzieciństwie. Pierwszą reakcją były wyrzuty pod adresem mojej matki, uskarżanie się, użalenie się nad sobą. Kiedy później w czasie pewnego urlopu siedziałem nad jeziorem, do­świadczyłem głębokiego pokoju. Mogłem powie­dzieć: To właściwie dobrze, iż w dzieciństwie nie została zaspokojona moja potrzeba bliskości i czułości. To bowiem budzi we mnie nieustannie tęsknotę za Bogiem. Gdyby te moje potrzeby zo­stały zaspokojone, prawdopodobnie stałbym się konformistą. Żyłbym po prostu z dnia na dzień. Ale właśnie ten brak bliskości sprawił, że wyruszyłem w drogę ku Bogu i pozwolił mi na nowo zrozumieć miłość Bożą. W ten sposób rana może również stać się czymś najcenniejszym, co posiadamy w naszej relacji do Boga.

Rana pobudza nas do szukania Boga - tak jak marnotrawny syn.

  1. Cierpień jako środek wychowawczy.

Dzięki kryzysowi dotykamy dna, by następnie odbić się i wspiąć wyżej. Jest jakby duchową trampoliną.

Trafnie tę rzeczywistość oddaje - Kryzys sprawia, że dotykając dna, nocy ciemnej, pragniemy iść dalej, wyżej, w głąb siebie. Tak było np. w życiu św. Piotra. Dopiero gdy zdradził Jezusa, przestał liczyć na siebie, mógł na nowo przebudować życie, oprzeć je na nowych wartościach, na Jezusie.

Aby uczynić kryzys czasem szczególnego spotkania z Bogiem, a nie odejścia od Niego.

cierpienie jest konieczną sytuacją, w której dopiero może dojrzeć człowiek

że należy przebudować i ustawić niejako od nowa cały dotychczasowy system własnych wartości – wtedy kryzys taki przynosi pozytywne owoce nie tylko w wymiarze życia konkretnej osoby, ale często owoce te służą kolejnym pokoleniom ludzi.

W sytuacji kryzysu („powalenia na ziemię”) dokonuje się w każdym z nich istotna przemiana, radykalny zwrot w dotychczasowym postrzeganiu własnego życia i wartości jakim obaj swoim życiem i pełnym zaangażowaniem służyli. W ich przypadku pozytywne, twórcze, Boże przejście przez kryzys zaowocowało ogromnym dynamizmem misyjnym początku chrześcijaństwa.

Można by niemal powiedzieć z goryczą, że na cierpienie jako środek ludz­kiego i chrześcijańskiego dojrzewania

Życie duchowe rozwija się dzięki kryzysom.

Kryzys służy rozwojowi.

Bóg pragnie naszego wzrostu - Wzrastanie jest prawem i sensem życia. Życie, które zamknęłoby się na doświadczenie wzrostu, byłoby sprzeczne z sobą.

Ból, pozorne tracenie, obumieranie jest w rzeczywistości procesem wzrastania, dojrzewania.

  1. Cierpień ziemskich żadną miarą nie możemy porównać z chwałą w niebie.

Trzeba nam zaufać, iż tak jak Jezus Chrystus, jesteśmy powołani do ży­cia wiecznego, do udziału w życiu samego Boga przez krzyż i swoje zmartwychwstanie. Gdy to osiągniemy, zapewne wtedy dopiero już inaczej popatrzymy na nasze doznane cierpienia, na nasze krzyże tu na ziemi – popatrzymy na nie z błogosławieństwem, a nie z przekleństwem, bo dzięki nim dostąpimy chwały Bożej tak jak nasz Pan Jezus Chrystus.

  1. Pamiętać, że tu nasze życie nie jest życiem docelowym - Bóg skrócił nasze życie z Miłosierdzia do nas!

I na koniec pamiętajmy jeszcze o słowach świętego, który w liście do Rzymian, napisał takie oto słowa: „Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić w przyszłym życiu".

  1. Poszukiwanie pozytywnych korzeni.

Nie możemy jedynie krążyć wokół naszych zranień.

Terapia duchowa poszukuje również mo­cy uzdrawiających w naszym życiu. Nie nosimy przecież w sobie jedynie zranionego dziecka, któ­rym powinniśmy się opiekować i odpowiadać za nie. Nosimy bowiem w sobie - jak twierdzi John Bradshaw, amerykański psycholog i teolog - Boże dziecko, które doskonałe wie, co dla niego jest dobre. Można wyrazić tę rzeczywistość również przy pomocy innych obrazów.

Zbyt jednostronnie pytaliśmy w psychologii o przyczyny choroby, powinniśmy pytać również o to, co uzdrawia. Ślady Anioła, które odnajdziemy w każdym życiu, wskażą nam moce uzdrawiające w naszym życiu.

Ślady Anioła odnajdziemy pytając: Gdzie ja­ko dziecko czułem się ze sobą dobrze? Co robi­łem chętnie? Gdzie mogłem o sobie zapomnieć? W co najchętniej się bawiłem? Gdzie czułem się przyjęty i bezpieczny?

Pewna kobieta, która miała ojca chorego na choro­bę alkoholową i matkę uzależnioną od leków, jako dziecko najczęściej szukała schronienia w kościele przed ołtarzem Matki Bożej. Tam doświadczała macie­rzyńskiego Boga, przez którego czuła się kochana i przy którym czuła się bezpieczna. Maryi mogła opo­wiedzieć o wszystkim, co nękało jej serce.

Jezus nie mówi ludziom nieustannie o ich winie, lecz pobudza w nich do życia cząstkę, która winą tą nie jest zarażona. Wierzy, że są oni w stanie odkryć w sobie we­wnętrzną rzeczywistość, w której panuje Bóg, a nie grzech. Tam zaś, gdzie Bóg mieszka w człowieku jako Ta­jemnica, możemy odnaleźć nasz dom, duchowe korzenie i wewnętrzne centrum. Czerpiąc zaś soki z owego cen­trum, poprzez owe korzenie, możemy zacząć żyć w nowy sposób, możemy - tak jak chorzy, których uzdrawiał Je­zus - powstać do nowego życia.

  1. Po uzdrowieniu działać.

Po uzdrowieniu inaczej patrzymy juz na rany - nie maja takiej wagi - popatrzymy na nie jak na wartość, dzięki którym jesteśmy bliżej Boga

Nie wolno nam do grobowej deski krążyć wokół naszych ran - i ciągle od nowa je wałkować.

Po uzdrowieniu nasze rany przestają być przeszkodą do życia - a staja się wartością - motorem do pełni życia.

Tak jak św. Magdalena - gdy usłyszała miłosny głos Boga - to juz przestała wpatrywać się w pusty grub.

Nie jesteśmy po prostu na nie skazani. Mogą one zostać przemienione i uzdrowione, jeśli świadomie się im przyjrzymy i przedłożymy je Bo­gu na modlitwie. Mogą one zostać przemienione w perły, w coś drogocennego, co nie będzie więcej przeszkodą w naszym życiu i raczej obdarzy je największą wartością. Nie mamy zresztą samych tylko ran, ale też ślady uzdrowień, kiedy Bóg był obecny w naszym życiu. Są to ślady, przez które Bóg chciałby również dzisiaj w nas działać, wypeł­niając nas swoją mocą i siłą. Bóg jest w nas źró­dłem zbawienia i uzdrowienia. Musimy je tylko odkryć i zwrócić się ku Niemu. Wtedy pośród na­szych zranień doświadczymy tego, że istnieje w nas przestrzeń, która jest już zintegrowana i uzdrowiona.

Jeżeli będziemy medytować nad słowami Jezusa, zyskamy nowe spojrze­nie na rzeczywistość. Jeżeli będziemy otwierać się na Jego przypowieści, przemianie ulegnie nasz wizerunek własny oraz wizerunek Boga i rozpocznie się w nas proces we­wnętrznego uzdrowienia.

Dzięki spojrzeniu na nas samych i na nasze życie przed Bogiem innymi oczyma staniemy się bardziej zdolni do mierzenia się z życiowymi wyzwaniami, które często nas przytłaczają, takimi jak wina, cierpienie czy brak sukce­sów. Przemienione zostaną w nas takie emocje, jak lęk i zazdrość. Jeżeli będziemy rozważać historie uzdrowień, wyzwolona zostanie w nas nowa dynamika.