Celowacvghuch3

Powieść rozpoczyna się cytatem zaczerpniętym z książki Dostojewskiego pt. „Zapiski z martwego domu: „Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek zamierzam tutaj opisać”. Herling-Grudziński dedykuje swoje dzieło „Krystynie”. CZĘŚĆ PIERWSZA Witebsk - Leningrad – Wołogda. Lato w Witebsku dobiegało końca.

Powieść rozpoczyna się cytatem zaczerpniętym z książki Dostojewskiego pt. „Zapiski z martwego domu: „Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek zamierzam tutaj opisać”. Herling-Grudziński dedykuje swoje dzieło „Krystynie”.

CZĘŚĆ PIERWSZA

  1. Witebsk - Leningrad – Wołogda. Lato w Witebsku dobiegało końca. Narrator opisuje, w jaki sposób więźniowie spędzali czas, a także to, jak wyglądały ich wspólne posiłki. Otóż, kiedy dyżurny danego dnia uderzał trzy razy butem w drzwi, oznaczało to, iż zbliża się czas kolacji i że należy się na dobre obudzić po drzemce. Podobnie działo się rano, kiedy następowała pobudka – uderzanie w drzwi także było sygnałem tego, iż należy się przygotować na rozpoczęcie nowego dnia. Życie więźniów było wyjątkowo jednostajne – „od posiłku do posiłku”, przerywane rozmowami pomiędzy sobą, jak również drzemką. Jako posiłek podawano chleb oraz wywar z ziela, który nakładano do glinianych misek. Pewnego dnia ktoś oznajmił, iż Paryż został zajęty przez Niemców, zaś pod koniec października wywołano 50 więźniów, w tym Gustawa (głównego bohatera, jak również narratora powieści), aby odczytać im akty oskarżenia i wyroki w ich sprawie. Sam Gustaw wybrał się tam z dość dużym spokojem, ponieważ wyrok usłyszał już wtedy, kiedy przebywał w więzieniu w Grodnie – tam uznano, iż jest „Polakiem na usługach niemieckiego wywiadu”, a oskarżenie to oparto na rzekomych dwóch kluczowych dowodach – pierwszy człon nazwiska bohatera miał wskazywać na bycie marszałkiem niemieckiego lotnictwa, zaś wysokie buty z cholewami, które otrzymał od swojej siostry – iż jest on „majorem wojsk polskich”. Podsumowując wszystkie te „dowody” rzekomego przestępstwa, napisano, iż bohater „zamierzał przekroczyć granicę sowiecko-litewską, aby prowadzić walkę ze Związkiem Sowieckim” i tym samym skazano go na pięć lat pobytu w obozach rosyjskich. Po tym skierowano go do celi, w której przebywali Rosjanie, przeważnie ci bardzo młodociani – 14- czy 16-letni. Ci – jak mówi narrator – nie przebywali w obozach pracy, natomiast było ich bardzo wielu w więzieniach. Zanim do nich trafiali, prowadzili hulaszcze życie – kradli i przemieszczali się z miejsca na miejsce, jeżdżąc na gapę. Przestępcy ci (zwani „biezprizorni”) nie byli traktowani przez władze poważnie, w gruncie rzeczy zaś stanowili „najgroźniejszą mafię półlegalną w Rosji”, oni sami swój pobyt w więzieniu uważali jako kolejną z przygód, co więcej – formę odpoczynku od hulaszczego życia, kiedy to nie musieli martwić się już o jedzenie i o podstawowe warunki sanitarne, bo te im zapewniano. W celi tej Gustaw czuł się wyjątkowo nieswojo, dlatego jedynym człowiekiem, z którym postanowił nawiązać kontakt, był pewien Żyd, który okupował miejsce pod oknem, gdzie oddawał się czynności żucia skórek od chleba. Okazało się, że z zawodu był on szewcem w Witebsku, a skazany został za to, że nie chciał zelować butów przy użyciu skrawków skóry. Z jego opowieści nie wynikało jednak, by zbytnio martwił się tym, co go spotkało – o wiele bardziej trapiło go to, co dzieje się z jego synem, którego zdążył wykształcić na kapitana lotnictwa, zdołał schować jego zdjęcie w swojej marynarce. Była to najcenniejsza rzecz, jaką przy sobie posiadał. Mężczyzna wierzył w to, że dzięki interwencji swego syna on sam zostanie zwolniony z odsiadywania wyroku. Fakt, iż posiadał fotografię, został wykryty przez jednego z młodych chłopców, który przekazał tę wiadomość strażnikowi – ten zlecił zaś rewizję, w wyniku której odebrano Żydowi fotografię, tłumacząc to tym, że „jako szkodnik sowieckiego rzemiosła nie ma prawa przechowywać w celi zdjęcia oficera Armii Czerwonej”. W listopadzie 1940 roku Gustaw udał się na tzw. etap, czyli na miejsce, gdzie więźniowie zostali podzieleni na różne grupy i wysłani do różnych obozów, do „Pieriesyłki”. Działo się to w Leningradzie, gdzie – jak dowiedział się bohater – przebywało w tym czasie około 40 tysięcy więźniów. Przypadkowo Gustaw trafił do tej części więzienia, w której przebywali „pełnoprawni obywatele Związku Radzieckiego”, którzy skazani zostali za drobne wykroczenia, tj. kradzieże, spóźnienia do pracy itd., a kara, jaką otrzymali, nie przekraczała osiemnastu miesięcy. Warunki mieszkania w tej części więzienia wyglądały zupełnie inaczej niż w tej przeznaczonej dla więźniów określanych mianem politycznych – można tam było czytać gazety i książki, spać na ładnie pościelonych łóżkach, dobrze zarabiać za wykonywaną pracę, przyjmować kogoś z rodziny dwa razy w ciągu tygodnia oraz dostawać odpowiednie racje żywnościowe. Gustaw był wstrząśnięty widokiem ścian, na których widniały podobizny Stalina. Swoją część „Pieriesyłki” więźniowie nazywali „Pałacem Zimowym”. W innej części więzienia, tj. dla więźniów „politycznych”, najważniejszą rolę pełnił „urka”, którego pozycja była tym wyższa, im więcej czasu spędził on w odizolowaniu, ile popełnił morderstw, ile ukradł, słowem – im więcej grzechów, tym większy autorytet wśród pozostałych „pospolitych” więźniów. Zaraz po dowódcy warty był najważniejszą osobą w obozie, sam mógł często decydować o tym, kto będzie wykonywał jaką pracę w brygadzie robotniczej. Gustaw znalazł się w celi nr 37, chociaż jego nazwiska nie było na liście. Tam zapoznał się z pułkownikiem artylerii Szkłowskim, którego przodkowie byli zesłańcami po powstaniu styczniowym w 1863 roku (którego skazano za nienależyte wychowanie żołnierzy, oczywiście pod względem politycznym) oraz z pułkownikiem Iwanowiczem, który był niegdyś pracownikiem wywiadu i zaczął rozmawiać z Gustawem na temat uczestników kampanii wrześniowej, a także pozostałych więźniów umieszczonych w tej samej celi. Otóż, wymieniając „winy” wszystkich towarzyszy, okazało się, że zostali oni uznani za szpiegów już w 1937 roku, zaś przed śmiercią uchronił ich wybuch II wojny światowej. Po jakimś czasie Gustaw oraz pułkownik Szkłowski zostali wyczytani na etap i zostali umieszczeni w jednym przedziale z trzema „urkami”, którzy umilali sobie czas, grając w karty – niedługo potem okazało się, że przedmiotem gry były zawsze cudze rzeczy (przykład: jedną z takich rzeczy był płaszcz Szkłowskiego, który jeden z „urków” kazał sobie oddać w ramach przegranej, karą za przegranie była bowiem konieczność odebrania jakiejś rzeczy obcej osobie). Kiedy pociąg zatrzymał się w Wołogdzie, jako jedyny z przedziału opuścił go tylko Gustaw (uprzednio pożegnawszy się ze Szkłowskim), gdzie w więzieniu spędził jedną noc, a następnego dnia pojechał dalej, do Jercewa koło Archangielska.

  2. Nocne łowy. W Jercewie Gustaw poznał historię obozu, otóż wybudowało go ok. 600 więźniów w 1937 roku w temperaturze minus 40 stopni. Wielu z budowniczych zmarło podczas pracy, jednak ci, którzy przeżyli, a byli wśród nich przede wszystkim Finowie, Bałtowie i Rosjanie, otrzymali szczególne względy, tj. większe racje żywnościowe, jako że w 1940 roku „Jercewo było już dużym centrum kargopolskiego ośrodka przemysłu drzewnego z własną bazą żywieniową, z własnym tartakiem, z dwiema bocznicami kolejowymi i z własnym miasteczkiem za zoną dla administracji i straży osobowej”, mieścił już wówczas ok. 30 tysięcy więźniów. Stąd właśnie wzięła się tradycja „proizwołu”. Pod nazwą „proizwoł” kryły się nocne rządy więźniów aż do świtu, którą sprawowali „urkowie”, którzy mieli tę przewagę, że żaden ze strażników nie był w stanie w niczym im przeszkodzić podczas licznych przestępstw, w tym tzw. nocnych łowów na kobiety, szczególnie te „świeżo” co przybyłe do obozu. Po przybyciu do tegoż obozu, Gustaw dostał gorączki, więc za namową dyżurnego Dimki wybrał się do „łazarietu”, skąd dostał skierowanie do szpitala na całe dwa tygodnie, gdzie spędził cudowny czas, leżąc w czystym łóżku. W swoim pokoju miał chorych na „pyłagrę”, którzy po wypisaniu ze szpitala zawsze trafiali do baraku dla niepracujących, który powszechnie nazywano Trupiarnią. Gustaw, ponownie posłuchawszy dyżurnego Dimki, po powrocie do swojego baraku (gdzie otrzymał jeszcze trzy dni zwolnienia), postanowił wkupić się w łaski „urka” stojącego na czele brygady tragarzy, więc sprzedał mu swoje oficerskie buty, które były wysokie i z pewnością przydatne do pracy w tychże trudnych warunkach. I tym oto sposobem Gustaw znalazł się pośród grupy tragarzy, którzy mieli co prawda nieokreślony czas pracy w ciągu dnia (co było znacznym minusem), ale posiadali najlepszą możliwość zdobycia jakiegoś pożywienia (co było plusem tak znacznym, że przyćmiło to jakiekolwiek wady tego systemu pracy). W brygadzie tej rządziło ośmiu „urków”, spośród których najważniejszy był Ukrainiec Kowal. Pewnej nocy obudził on swoich „przybocznych” i wspólnie wybrali się na tzw. nocne łowy, za swoją ofiarę obierając młodą dziewczynę kręcącą się w okolicy szpitala (gdzie obok znajdował się barak kobiecy). Razem obalili ją na ławkę, gdzie dokonali na niej gwałtu. Później, nakryci przez strażnika, zawlekli ją do latryny, skąd po kolei zaczęli wychodzić dopiero po godzinie, jako ostatni wyszedł Kowal, który odprowadził dziewczynę (Marusię) do jej baraku. Następnego wieczora przyszła ona do nich sama i zaczęła całować Kowala, została na całą noc i odtąd robiła to za każdym razem. Pozostali więźniowie zintegrowali się z dziewczyną, jednak w brygadzie zaczęły się tworzyć grupki niechętne Kowalowi, które przyglądały się temu, jak coraz gorzej wykonuje swoją pracę. Ponadto którejś nocy jeden z „urków” zaczął zaczepiać Marusię, za co został przez nią opluty. Kowal stanął w jej obronie, jednak kiedy on sam zobaczył, że wszyscy są przeciw niemu, nakazał dziewczynie zdjąć ubranie i oddać się jego towarzyszom. Kiedy zrobiła to bez szemrania, po 3 dniach od tego wydarzenia na własną prośbę opuściła obóz, a „urkowie” z brygady Gustawa na nowo zbratali się i zapanował między nimi na nowo pokój.

  3. Praca. Dzień po dniu. Każdy dzień zaczynał się o wpół do szóstej, kiedy codziennie każdy inny więzień był odpowiedzialny za wymarsz brygady do pracy. Wszystkie dni były jednakowe, i jak wspomina narrator – „rozdmuchiwanie nadziei” miało w sobie straszliwe niebezpieczeństwo zawodu”. Jednym z towarzyszy Gustawa był kolejarz Ponomarenko, który wielokrotnie rozmyślał o zakończeniu jego 10-letniej kary, lecz gdy nadszedł ten moment, otrzymał wiadomość, iż została ona przedłużona. Po tym mężczyzna rychło dostał ataku serca i zmarł. Szczęście posiadali ci, którzy posiadali zwolnienia lekarskie – oni mogli wstać nieco później. Pozostali musieli zebrać się do pracy, tworząc z rozmaitych strzępków odzieży i opon samochodowych ubiór stosowny do warunków panujących na dworze, jak również adekwatny do jedenastogodzinnej pracy. Z tego też względu wielu więźniów postanowiło w ogóle nie zdejmować swoich ubrań na noc