
Straszna przygoda w starym zamczysku
Na szczycie zalesionego wzgórza wznosiły się ruiny zamku. Z dołu widać było kamienne, poczerniałe ze starości wieże i fragmenty murów. U stóp wzgórza płynęła rzeka. Nie opodal rozpościerało się niewielkie miasteczko – Dobczyce. Dzień był ciepły, ale pochmurny. Znudzona piątka dzieci postanowiła właśnie tego dnia zwiedzić zamek. Wakacje dobiegły końca. Po dwóch miesiącach pływania, opalania się i słodkiego lenistwa wszystkich rozpierała energia i chęć przeżycia czegoś niezwykłego. Po uzyskaniu zgody rodziców, pod opieką najstarszej, piętnastoletniej Justyny, wyruszyli na zamek.
Na szczycie zalesionego wzgórza wznosiły się ruiny zamku. Z dołu widać było kamienne, poczerniałe ze starości wieże i fragmenty murów. U stóp wzgórza płynęła rzeka. Nie opodal rozpościerało się niewielkie miasteczko – Dobczyce. Dzień był ciepły, ale pochmurny. Znudzona piątka dzieci postanowiła właśnie tego dnia zwiedzić zamek. Wakacje dobiegły końca. Po dwóch miesiącach pływania, opalania się i słodkiego lenistwa wszystkich rozpierała energia i chęć przeżycia czegoś niezwykłego. Po uzyskaniu zgody rodziców, pod opieką najstarszej, piętnastoletniej Justyny, wyruszyli na zamek. W kasie wykupili bilety i dołączyli do dużej grupy turystów, którą prowadził przewodnik. Przez ogromną, kamienną sień weszli do pierwszej sali. Leżały tu w gablotach stare mapy, dokumenty, kawałki naczyń. Szybko znudziło im się oglądanie staroci. Rozpoczęli ”myszkowanie” na własną rękę. W pewnej chwili Justyna dostrzegła małe, żelazne, lekko uchylone drzwi. Zawołała pozostałą gromadkę. Wszyscy byli ciekawi, co jest za tymi drzwiami. Pierwsza zajrzała Agnieszka. Powiedziała, że widzi pustą salę. Justyna zaproponowała, żeby tam wejść. Piotruś, ich dziesięcioletni kuzyn, najwyraźniej nie miał na to ochoty. Agata, dorastająca panienka, wyraziła obawę, że się pobrudzi. Rozmowę przerwał Grześ, otwierając drzwi i wchodząc do komnaty. Za nim natychmiast weszła Agnieszka, potem Justyna, wsunęła się ostrożnie Agata, a na końcu Piotruś, który nie lubił zostawać sam. Grzegorz zaświecił latarkę (zabrał ją na wszelki wypadek) i omiótł strumieniem światła ściany pomieszczenia. Wtedy zobaczyli schody prowadzące w dół. Zaczęli schodzić pomału i niepewnie. Z każdym krokiem podnosiły się spod nóg obłoczki kurzu. W załamach muru rozpięte były ogromne, czarne pajęczyny. Schody wydawały się nie mieć końca. Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie i dzieci zaczął ogarniać strach. Zdecydowały, że wracają. Tymczasem strażnik, siedzący w Sali, poczuł piwniczny, zimny ciąg. Rozejrzał się i dostrzegł nie domknięte drzwi. Zajrzał do środka, ale nikogo nie zobaczył. Wzruszył ramionami i starannie zamknął drzwi na kłódkę. Usłyszawszy skrzypienie zawiasów, dzieci rzuciły się pędem do góry. Niestety! Było już za późno. Strażnik wyłączył instalację alarmową, zamknął salę i poszedł. Skończyły się już godziny zwiedzania, ruiny opustoszały. Daremnie zrozpaczona gromadka dobijała się do drzwi i krzyczała. Nikt nie mógł ich usłyszeć. Agata usiadła, wyjęła grzebień i zaczęła rozczesywać swoje długie, złote włosy. Piotruś płakał. Grzesiek próbował go pocieszać. Justyna (sama bliska płaczu) krzyczała, żeby przestał. Agnieszka z mądrą miną oglądała w świetle latarki potężny zamek. Próby otwarcia zardzewiałego mechanizmu: a) spinką do włosów; b) scyzorykiem – nie powiodły się. Zamek od dawna był zepsuty, a drzwi zamykane na kłódkę. Wtedy Grzegorz rzucił myśl, żeby poszukać wyjścia niżej. Mówił, że lochy mogą mieć wyjście na zewnątrz, zamaskowane krzakami. Należy go poszukać, zamiast siedzieć bezczynnie. Rozsądne argumenty Justyny, że tu, przy drzwiach, znają ich najpóźniej jutro rano, zostały zagłuszone przez krzyki dzieci. Były już gotowe do działania. Wierzyły, że same wyjdą z podziemi. Bardzo im się ta myśl podobała. Nawet Piotrek zrobił dziarską minę. Ruszyli schodami w dół. Doszli w końcu do niskiego, rozgałęziającego się korytarza. Pod stopami mieli czarne, śliskie błoto. Grzesiek chciał sprawdzić za pomocą płomienia czy są tam jakieś prądy powietrzne, lecz nikt nie miał zapałek. Poszli przed siebie. Zapuszczali się coraz głębiej, gnani nadzieją. W pewnym momencie latarka zgasła, bo wyczerpały się baterię. Zostali w kompletnej ciemności, w niewiadomym miejscu – jak w grobie. Zapadł zmierzch, potem zrobiło się ciemno. Rodzice najpierw niecierpliwie, później ze strachem, a w końcu z rozpaczą wyglądali dzieci. Po godzinie 22.00 postanowili zawiadomić policję o zniknięciu swoich pociech. Zebrani na tarasie państwa Nowaków oczekiwali na przyjazd radiowozu. Na szczęście młody porucznik policji przejął się sprawą i zarządził poszukiwania. Przesłuchano kasjerkę, przewodnika i dozorcę. Powoli prawda wychodziła na jaw. Obudzono kustosza zamku, aby wziąć od niego klucze. Tuż przed północą na podwórze zamkowe wjechał wóz policyjny i karetka pogotowia ratunkowego. Dzieciom mógł być potrzebny lekarz. Zdenerwowani rodzice przyjechali własnymi samochodami. Otwarto nieszczęsne drzwi i wszyscy zaczęli się tłoczyć w kamiennej sali. Energiczny porucznik rozdzielił zadania. Włączono mocne, policyjne reflektory i ratownicy zeszli po schodach. Agata spojrzała na swój fosforyzujący zegarek. Była dokładnie północ. W przeraźliwej ciszy dzieci usłyszały kroki i głosy. Dostrzegły blask światła. Zamarły z przerażenia. Potem rozpętało się istne piekło,. Agnieszka piszczała przeraźliwie, Piotrek wył, Agata śmiała się histerycznie. Ale miało to swoje dobre strony – usłyszano ich. Kierując się głosami grupa ratunkowa odnalazła dzieci. Trzeba było im podać środki uspokajające. Wyszli na górę. Widok gromadki był żałosny. Usmarowani błotem i kurzem, z pajęczynami we włosach, z rozmazanymi na twarzach łzami wzbudzali współczucie, ale i śmiech. Nawet groźnych ojców rozbroili swym wyglądem. Całe towarzystwo załadowano do samochodu i odwieziono do domu. Następnego dnia, z mocno niewyraźnymi minami poszli podziękować policjantom i lekarzowi za ratunek.
