Kiezniczka Luna

Koniec szkoły. Zaczęły się wakacje. Mam na imię Daria, mam szesnaście lat, mówią o mnie, że jestem dość specyficzną osobą, zawsze chodzę zamyślona, nie umiem skupić się na rzeczy, która mnie nie interesuje no i jestem szalona, dziwna, spontaniczna; mieszkam w Eureka z rodzicami i młodszą siostrą, ale wszyscy mówią, że to ona jest starsza, Julie jest taka jak współczesna nastolatka, lubi zakupy, imprezy itp.; na wakacje zazwyczaj jeździmy do babci mieszkającej w San Francisco.

Koniec szkoły. Zaczęły się wakacje. Mam na imię Daria, mam szesnaście lat, mówią o mnie, że jestem dość specyficzną osobą, zawsze chodzę zamyślona, nie umiem skupić się na rzeczy, która mnie nie interesuje no i jestem szalona, dziwna, spontaniczna; mieszkam w Eureka z rodzicami i młodszą siostrą, ale wszyscy mówią, że to ona jest starsza, Julie jest taka jak współczesna nastolatka, lubi zakupy, imprezy itp.; na wakacje zazwyczaj jeździmy do babci mieszkającej w San Francisco. Ale w tym roku miałyśmy pojechać do naszej nowej cioci. A dlaczego nowej, bo jak dla nas dopiero teraz zaczęła istnieć rodzice dopiero teraz powiedzieli nam, że żyje, a dlaczego wcześniej nie mówili… Mieszka ona w Michigan a dokładnie gdzie to nie wiem podobno to jakaś wieś, to trochę daleko, ale chce ją poznać. Jest ona starszą siostrą od strony taty. W dzień wyjazdu padał deszcz. Leciałyśmy samolotem około pięć godzin do Detrolit, a potem dwie godziny taksówką. Podczas jazdy patrzyłam przez okno widać było wielką bramę, od razu skojarzyło mi się to z jakimś horrorem, za bramą na wzgórzu wyłonił się potężny, ciemno ceglany dom. A na tarasie stała kobieta o ciemnych, krótkich włosach i wysoki mężczyzna. Kiedy taksówka się zatrzymała małżeństwo podeszło do samochodu.

  • Dzień doby, ja jestem Daria, a to Julie.
  • Witam, was kochane nazywam się Amy i jestem wasza ciotką – mówiła to z takim szczodrym uśmiechem.
  • William – podał nam swoją wielką rękę – wezmę walizki.
  • A wy chodzicie za mną – i machnęła ręką w stronę domu. Weszłyśmy po kilku schodkach na taras, a potem przez ogromne, dwu drzwiowe drzwi, do korytarzu, który jest wyłożony ciemnymi panelami, po prawej i lewej były identyczne, brązowe drzwi; na końcu korytarza znajdował się wielki salon z białym, murowany kominem, były też dwie sofy, a na środku stał mały stoliczek, po prawej widniały białe kamienne schody. Ciocia powiedziała, że pokój Julie to pierwszy po prawej, a mój po lewej. Resztę dnia spędziłyśmy w pokojach rozpakowując walizki i oglądając wnętrze pokojów. Nastał nowy dzień. Jak zazwyczaj wstałam około siódmej, a moja siostra jeszcze smacznie spała, planowała wstać gdzieś po jedenastej. Jak co dzień wstałam, ubrałam się, uczesałam i pomyślałam, „co mam teraz robić? Nie chce wychodzić i kogoś przypadkiem obudzić; na szczęście w moim pokoju znajdowała się mała biblioteczka. Sięgnęłam pierwszą lepszą książkę pod tytułem „Dzisiejsze wierzenia” i zaczęłam czytać. Po paru godzinach ktoś zapukał do drzwi;
  • Proszę.
  • Dzień dobry, śniadanie już gotowe. – Powiedziała to z taką łagodnością i białym uśmiechem. Wyszłyśmy razem z pokoju, a na korytarzu czekała już Julie. Musiałam stracić poczucie czasu przy czytaniu tej książki gdyż nie miałam pojęci, która jest godzina. Ciocia prowadziła nas w stronę kamiennych schodów na drugie piętro gdzie znajdował się przed pokój, który prowadził do kuchni z jadalnią; po drodze ciocia pokazywała nam pokoje - pierwsza była ich sypialnia obok górna łazienka ostatnie drzwi prowadziły do pomieszczenia, w którym były kolejne schody ( no może bardziej stara drabina), prowadziły one na strych. Po tym oprowadzeniu poszłyśmy do jadalni gdzie czekało na nas śniadanie. Przy stole siedział już wujek i czytał gazetę.