Film "Performer"

“Performer” zaczyna się od jazdy kamery po muzeum. Mijamy arcydzieła polskiego malarstwa, kamera zatrzymuje się w końcu na dziwnym obiekcie: odlewie-szkielecie ubranym w błyszczącą, brokatową, jasnobłękitną marynarkę. Scena otwarcia odsyła kinomanów do pierwszej sceny “Człowieka z marmuru”, zapowiadając jednocześnie strukturę filmu. “Performer” jest bowiem przede wszystkim filmem-wystawą, w formie fabularnego widowiska filmowego, przedstawiającą prace Oskara Dawickiego, jednego z najważniejszych polskich artystów współczesnych. Dawicki wciela się na ekranie w samego siebie: improwizuje, performuje, w kinie znajduje dla siebie nowe medium, poza galerią.

“Performer” zaczyna się od jazdy kamery po muzeum. Mijamy arcydzieła polskiego malarstwa, kamera zatrzymuje się w końcu na dziwnym obiekcie: odlewie-szkielecie ubranym w błyszczącą, brokatową, jasnobłękitną marynarkę. Scena otwarcia odsyła kinomanów do pierwszej sceny “Człowieka z marmuru”, zapowiadając jednocześnie strukturę filmu. “Performer” jest bowiem przede wszystkim filmem-wystawą, w formie fabularnego widowiska filmowego, przedstawiającą prace Oskara Dawickiego, jednego z najważniejszych polskich artystów współczesnych. Dawicki wciela się na ekranie w samego siebie: improwizuje, performuje, w kinie znajduje dla siebie nowe medium, poza galerią. Dawicki wypowiadał się do tej pory głównie w medium działań performatywnych. Zapraszał publiczność na performans i nie pojawiał się na nim, odgrywając nagrane na taśmie przeprosiny; prezentował raport wynajętego przez siebie samego detektywa, na temat tego, kim jest Oskar Dawicki; wreszcie razem z Grupą Azorro kręcił krótkie, zabawne filmiki, na ogół eksplorujące paradoksy współczesnej sztuki. Najsłynniejszy z nich, “Wszystko już było”, w którym artyści rozważają, jaki nowatorski gest można by jeszcze zrobić w sztuce, dochodząc do tytułowego wniosku – zostaje zresztą w “Performerze” powtórzony.

Wszystko to sprawia, że sztuka Dawickiego trudno poddaje się umuzealnieniu i stanowi wyzwanie dla kuratorów. Pomysłodawcą i jednym z reżyserów “Performera” jest właśnie kurator i historyk sztuki, Łukasz Ronduda. Już wcześniej, mierząc się ze sztuką Dawickiego, sięgnął po narzędzie fikcji – razem z Łukaszem Gorczycą napisał poświęconą Dawickiemu powieść “W połowie puste”. O ile ta proza eksplorowała ironiczną, prześmiewczą twarz sztuki Dawickiego, o tyle “Performer” bada jej mroczną, melancholijną, depresyjną stronę. Dawicki jest na ekranie performerem w kryzysie i depresji, targanym wątpliwościami co do etosu i sensu swoich działań, problemami finansowymi i relacją z przytłaczającą figurą mistrza – reprezentującego etos czystej, nieidącej na żadne kompromisy ze światem sztuki, któremu współczesny performer sprostać nie potrafi. W tej roli w samego siebie wciela się zresztą faktyczny mentor Dawickiego i nestor polskiej sztuki performans – Zbigniew Warpechowski, twórca obecny w polskiej sztuce od lat 70. – jego wielką wystawę mogliśmy niedawno oglądać w Zachęcie.

“Performer” będzie z pewnością odbierany w kontekście wkraczania artystów ze świata sztuk wizualnych do kina. W Gdyni w konkursie Inne Spojrzenie konkurował z fabularnym debiutem Zbigniewa Libery, artysty znanego m. in. z budowy obozu koncentracyjnego z klocków Lego. Wśród wypraw artystów do kina jest to jednak pozycja wyjątkowa. Artysta – w przeciwieństwie do Libery, Wilhelma Sasnala czy Piotra Uklańskiego – nie występuje tu w roli reżysera, tylko performera-aktora, tworzącego, improwizującego przed kamerą swoje dzieła sztuki. Twórcą scenariusza i jednym z reżyserów jest kurator, drugim – zawodowy filmowiec.

No dobrze – możecie powiedzieć – wszystko to może i jest ciekawe, ale jak właściwie “Performer” sprawdza się jako film? Sprawdza się moim zdaniem całkiem nieźle, choć z całą pewnością nie jest to film dla każdego. Ale już przez samo to, jak inny jest od tego, co na co dzień widzimy w kinie, zasługuje, by dać mu szansę.

Sprawdza się przede wszystkim sam Dawicki. Już galeryjne filmy, w jakich się pojawiał, dowodziły jego wielkiej ekranowej charyzmy na dużym kinowym ekranie można podziwiać ją w pełni. Jego ekranowa obecność przytłacza grające z nim w filmie gwiazdy polskiego kina – Agatę Buzek, Andrzeja Chyrę, Jakuba Gierszała – i nadaje filmowi waloru egzystencjalnej prawdy, jakiej nie dałoby się uzyskać, gdyby tę postać zagrał jakikolwiek aktor. Obecność Dawickiego robi z filmu egzystencjalny dramat, wyprowadza go z formuły wystawy, ożywia wreszcie archetypiczne obrazy, jakie wprawia w ruch – konflikt uczeń-mistrz; artysta przytłoczony przez rzeczywistość; artysta, który się sprzedał itd. Sprawdza się także oszczędna, silnie eliptyczna, szczątkowa narracja, skonstruowana tak, by pozwolić na ekranie wybrzmieć gestu i obecności Dawickiego.

Podstawową stawkę tego filmu wydaje się bowiem właśnie pytanie o gest. O możliwość i władność autentycznego gestu w świecie, gdzie przekroczyliśmy już wszystkie progi zapośredniczenia, gdzie przeszliśmy przez wszystkie piętra ironii, przymierzyliśmy wszystkie maski i kostiumy, rozegraliśmy wszelkie możliwe gry i wyczerpaliśmy symbole. To, że film ten stwarza dla takiego gestu warunki, nie osuwając się przy tym w konserwatywne, romantyczne mity sztuki i artysty jest jego wielką siłą.