
Aż po grób
Mama, moja kochana mama… Zawsze była dla mnie kimś wyjątkowym, najcudowniejszą przyjaciółką… Zastępowała mi tatę, była wszystkim… Boże, tak bardzo myliłam się.. Przez osiemnaście lat żyłam w błędzie! Ale z nim będę naprawdę szczęśliwa. Dzięki niemu przejrzałam na oczy… Mam nadzieję, że ty też kiedyś poznasz to uczucie, Mel… Jak to jest kochać do szaleństwa Nawet dziś, gdy przypominam sobie ostatnie słowa mojej przyjaciółki, nie mogę powstrzymać płaczu. -Wiesz co? Matka wyjeżdża na weekend do swojej siostry Berty.
Mama, moja kochana mama… Zawsze była dla mnie kimś wyjątkowym, najcudowniejszą przyjaciółką… Zastępowała mi tatę, była wszystkim… Boże, tak bardzo myliłam się.. Przez osiemnaście lat żyłam w błędzie! Ale z nim będę naprawdę szczęśliwa. Dzięki niemu przejrzałam na oczy… Mam nadzieję, że ty też kiedyś poznasz to uczucie, Mel… Jak to jest kochać do szaleństwa Nawet dziś, gdy przypominam sobie ostatnie słowa mojej przyjaciółki, nie mogę powstrzymać płaczu.
-Wiesz co? Matka wyjeżdża na weekend do swojej siostry Berty. Ciotka teraz przechodzi fazę diety, więc histeryzuje, że bez wsparcia nie da rady, a ma zajawkę na „ekstremalną metamorfozę”. Może wpadłabyś do mnie na noc? Obejrzymy sobie jakieś horrory, pogadamy?
- Jasne! Tylko dam znać ojcu i już u ciebie jestem. - odparłam
Arletta, była najbardziej pozytywną osobą, jaką znałam. Długie blond włosy splecione w misterny warkocz, usta w kolorze dojrzałego wina, ręce notorycznie ubabrane farbami – to cała ona. Szalona artystka o duszy anioła. Dla drugiej osoby poświęciłaby wszystko. Trochę nadwrażliwa i przesadnie ekscytująca się każdą błahostką. Naiwna jak dziecko. Gdy nie mogłam zasnąć, pół nocy wisiała na telefonie, snując do słuchawki, jak to nazywałyśmy „opowieści dziwnej treści”. Mniej więcej co dwa miesiące wpadała do mojego domu z głośnym „sto lat!” i prezentem na imieniny (które wypadały raz w roku – i ani razu w dniu świętowania ich wspólnie z Arlettą). Była moją przyjaciółką.
- Może być ,, O północy za drzwiami’’? Tego jeszcze nie oglądałyśmy!
- Odpalaj! - odkrzyknęłam z łazienki.
Odłożyłam szczoteczkę do zębów i spojrzałam w okno. Wysoko na niebie, wśród gęstych chmur prześwitywał księżyc w pełni. Po plecach przeszły mi ciarki. Na cienką piżamę zarzuciłam różowy szlafrok i wychodząc z łazienki, zgasiłam za sobą światło.
- Boże, jakie to romantyczne... – rozczulała się Arletta, w międzyczasie wpychając do ust koleją garść popcornu.
- Niby co? To, że zabił ją w ogrodzie?
- Nie, to,że..
,Drrrr’’ - Arli… Proszę, powiedz, że ten dzwonek do drzwi zadzwonił w filmie… Zanim zdążyłam ją zatrzymać, już popędziła do przedsionka. Ciemna noc, godzina 1:30, dwie nastolatki same w domu, a ta wariatka – otworzyła drzwi!
- Cześć! Wracam z dworca, bo uciekł mi pociąg. Akurat przechodziłem obok twojego domu… Nie mogłem się oprzeć i postanowiłem zapukać… To chyba przeznaczenie, nie? - zapytał wysoki piwnooki brunet, serwując nam profesjonalny uśmiech akwizytora roku.
- Mógłbym tutaj przenocować?Na dworze jest strasznie zimno i mam wrażenie, że zaraz odpadną mi ręce. Obiecuję, że będę je trzymał przy sobie. - Puścił oko do Arli, która stała oniemiała, jakby to co najmniej DiCaprio aproponował jej wspólny rejs Titanicem. W sumie, obie oferty były równie podejrzane i nie zapowiadały niczego dobrego.
- Siema, jestem Mela. – postanowiłam wkroczyć do akcji. - Przepraszamy, ale na dzisiejszą noc mamy komplet gości. Poza tym, to nie jest normalne, że w środku nocy pojawiasz się pod domem zupełnie obcych ludzi i próbujesz wprosić się na nocleg. - zauważyłam.
- No tak, jasne. Sorry, zupełnie zapomniałem się przedstawić. Mam na imię Karol i mieszkam na Świerczewskiego. Cha cha, faktycznie, troszeczkę późno – dodał, nieudolnie udając zakłopotanie. - Tylko tutaj świeciło się światło, więc postanowiłem zaryzykować. No i jak widać, wygrałem główną nagrodę! - spojrzał Arlecie głęboko w oczy, poważniejąc. W tym momencie moja przyjaciółka została zgubiona.
- Przestań już, Mela! Powinniśmy pomagać innym w potrzebie, prawda? - zrugała mnie tonem nauczycielki, której trafił się wyjątkowo mało pojętny uczeń. Nigdy wcześniej nie odzywała się do mnie w podobny sposób.
- Arli…
- Mela, dzisiaj, wyjątkowo, będziesz spać w pokoju mojej mamy – dodała, nie odrywając od Karola wzroku. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po prostu opadła mi szczęka. Arletta chwyciła za rękę nieznajomego i pociągnęła go za sobą na górę. Gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi, puściły mi nerwy. Co ta idiotka sobie wyobrażała? Miałam ochotę wyjść z jej domu tak jak stałam, w szlafroku i pluszowych kapciach, ale lęk o przyjaciółkę okazał się silniejszy. Usiadłam na schodach i nasłuchiwałam głosów dobiegających z pokoju Arletty, gotowa wyważyć drzwi na każdy niepokojący odgłos. Zapadła cisza. Oparłam głowę o ścianę, starając sobie nie wyobrażać, jakie mogą być konsekwencje tego wieczoru. W końcu jednak usnęłam.
Następnym razem widziałyśmy się z Arlettą kilka dni później. Wpadłam do niej wieczorem bez zapowiedzi, bo nie dała mi szansy uprzedzenia się o wizycie - nie odbierała ode mnie telefonów i nie pojawiała się w szkole. Postanowiłam więc dowiedzieć się, co się stało, u samego źródła. Otwarła mi drzwi – w poplamionej koszulce nocnej i bez żadnych oznak porannej toalety. Włosy związane w ciasną kitkę smętnie zwisały jej na ramieniu. Podkrążone oczy zdawały się mnie nie rozpoznawać.
- Co się z tobą stało, Arli? To ten gość, tak! Wrócił! Nie daje ci spokoju, ten…
- Ciiiicho, wchodź. Mama jest w domu. Pogadamy na górze. - syknęła cicho Arletta i wciągnęła mnie do środka.
- Mów, co się dzieje, albo idę powiedzieć twojej matce o namolnym Romeo bez zegarka i poczucia przyzwoitości!
- Nie mów tak o nim! - Arletta wydawała się być autentycznie rozzłoszczona. Najwyraźniej moją troskę odebrała jako atak. - Kochamy się i chcemy być razem.
- Oooo, jeszcze mi powiedz, że razem uciekniecie na jakieś zadupie w Bieszczadach, gdzie będziecie żyć w szczęściu aż po kres waszych dni! Nie bądź śmieszna!
Arletta schowała twarz w dłoniach. Płakała. Poczułam się jak ostatni śmieć. Przecież to ciągle ona. Dlaczego kwestionuję jej wybory? Dlaczego nie szanuję jej zdania? Bo sama miałam inne poglądy? Może to ja się mylę?
Dziś naprawdę żałuję tego, że wtedy wzięły nade mną górę wyrzuty sumienia. Powinnam nią mocno potrząsnąć, wywlec z tego pokoju i wyznać całą prawdę o Karolu jej matce. Niestety, wtedy postąpiłam inaczej. Podeszłam do niej i przytuliłam ją mocno.
- No dobrze już. Przepraszam, poniosło mnie. Chętnie cię wysłucham. I pomogę. Zawsze możesz liczyć na moją pomoc. No więc? Jak to jest z wami? - usiadłyśmy z Arlettą na jej łóżku. - Może niedługo będę świadkową na waszym ślubie, więc chciałabym co nieco wiedzieć o przyszłym panie młodym! Przyjaciółka roześmiała się chicho. Napięcie między nami zelżało.
- No więc… To nie jest tak, że jesteśmy razem jakoś oficjalnie czy coś… Po prostu od tamtego dnia przychodzi do mnie co noc, rozmawiamy, przytulamy się, czasem całujemy,… - w tym momencie zarumieniła się i spuściła wzrok. Ach, ta moja kochana wstydliwa Arli. - ale zawsze, nawet nie wiem kiedy, zasypiam. A gdy rano budzę się, jego już nie ma. Tak samo jak wtedy, gdy byłaś u mnie tej nocy, gdy się poznaliśmy.
Skinęłam głową. Faktycznie, gdy rano obudziłam się na schodach w jej domu, usłyszałam chrapanie Arletty. Drzwi pokoju były otwarte na oścież. Zajrzałam do środka: ona leżała na wznak na łóżku, ściskając w ręku poduszkę z naszytymi gwiazdkami. Po Karolu nie było ani śladu. Zdziwiłam się, że odgłos kroków przechodzącego obok chłopaka, nie wyrwał mnie ze snu, ale w końcu wytłumaczyłam to sobie zmęczeniem.
- On jest w stosunku do mnie taki…. zimny – dodała niespodziewanie Arletta. - A ja… zakochałam się w nim! Do szaleństwa! Całymi dniami o nim myślę, nawet czasami mylę się i do psa wołam: Karol. Nie potrafię się uczyć, nie chce mi się jeść, spać…
- W jakim sensie „zimny”? Nie okazuje ci czułości, tak?
- Tak, jest taki oschły, jakby nieobecny… To ja zawsze przysuwam się do niego, łapię za rękę. On niby odwzajemnia moje zainteresowanie, ale… nigdy wyraźnie nie dał mi do zrozumienia, że coś do mnie czuje. Ta jego niedostępność, tajemniczość… Szaleję za nim coraz bardziej! - Arletta rzuciła się na łóżko i ukryła twarz w poduszkach. - Chciałabym, żeby między nami było coś więcej. - Odwróciła twarz w moją stronę. - Ale on nawet w dotyku jest zimny. On jest cały lodowaty… Boję się, że to jakaś choroba i to dlatego jest taki oschły…
- Może to duch?- zasugerowałam z uśmiechem.
- No weź, nie żartuj… - przyjaciółka rzuciła we mnie poduszką.
- To go po prostu o to spytaj i już. A właśnie. Kochana, przeczytałaś może tę książkę, którą ci pożyczyłam ostatnio. Tę o duuuuchach? – zawyłam upiornie. - Pewnie Ci się spodobała, skoro twój kochaś…
- Nie przeciągaj struny! - Arletta pogroziła mi palcem - Już dawno ją skończyłam, tylko pożyczyłam mamie, bo też chciała przeczytać. Ale zaraz, gdzie ona ją schowała… Aha, pewnie włożyła ją do najniższej szuflady w salonie, tam gdzie trzyma wszystkie dokumenty i inne papierowe świstki… Poczekaj chwilę, przyniosę ci ją. Parę minut później usłyszałam przerażający krzyk Arletty
- Mel!!! Zerwałam się z łóżka, na którym rozmyślałam o nowej miłości przyjaciółki i pognałam na dół, o mało nie spadając ze schodów.
- Zobacz?! Powiedz mi, że to nie to, co widzę! - Arletta trzęsącymi się dłońmi podała mi plik dokumentów. Dwa akty zgonu i jakieś zaświadczenia z zakładu psychiatrycznego wystawione na nazwisko… jej mamy.
- Mela , kim byli ci zmarli ludzie? Dlaczego jeden z nich nazywa się tak samo jak Karol? - dopytywała, wyraźnie poruszona. Nagle usłyszałyśmy pukanie. Zerknęłam odruchowo na zegarek. Było już dawno po północy.
- To on. - Arletta spojrzała na mnie rozgorączkowana.
- Arletko, czemu płaczesz? – zapytał, gdy Arletta otworzyła drzwi.
- Karol! - przyjaciółka rzuciła mu się na szyję jakby był rycerzem na białym koniu, który przybył, aby wybawić ją z opresji. - Chodź! Musisz coś zobaczyć! - pokazała mu papiery.
- No tak, to papiery z psychiatryka twojej matki... A więc pora, byś poznała okrutną prawdę o swojej mamusi… - Ton głosu chłopaka zmienił się na bardziej… złowrogi? Uśmiechnął się jadowicie i kontynuował, odrzucając dokumenty. - Miała naprawdę dobry plan. Najpierw zabiła mojego ojca, bezbronnego, chorego człowieka. Bez świadków, bez dowodów, bez kary. Oczywiście nie wystarczyło jej to. Takim jak ona nigdy nie jest dość. Uwzięła się na mnie. Nachodziła, ubliżała, szantażowała, oczerniała w oczach niewielu przyjaciół, którzy mi zostali. Wykończyła mnie psychicznie.. Zniszczyła mi życie! Rozumiesz? - zaczął wydzierać się na Arlettę, a ta stała jak sparaliżowana. - Co ty sobie myślałaś, głupia dziewucho, że trafiłem tu przez przypadek? Że się w tobie zakochałem? Chciałem, żebyś cierpiała tak samo jak ja. Widziałem, jak na mnie patrzyłaś każdej nocy. Słyszałem, jak wzdychałaś do mnie jak w jakimś tanim romansidle. A kiedy pokazałaś mi blizny na rękach, wiedziałem, że wszystko idzie zgodnie z moim planem.
- Arletta!!!? Jakie blizny? O co tu chodzi?? - przerwałam, nie mogąc dłużej wytrzymać jego drwiącego śmiechu.
- Ja… Ciągle mi go brakowało…To oczekiwanie, aż się pojawi… Czy się pojawi? Musiałam sobie ulżyć! - wymamrotała Arleta, a następnie zwróciła się do Karola. - Dlaczego mi to robisz? Dlaczego kłamiesz? Kim ty w ogóle jesteś?! - pytała zapłakana.
- Pewnego pięknego dnia chciałem ci rzucić prosto w twarz, że nic do ciebie nie czuję i że jesteś żałosna z tą swoją wielką miłością. Być może, zrozpaczona, podcięłabyś sobie żyły albo rzuciła pod samochód… Takie napalone gówniary zwykle z rozmachem ze sobą kończą, a zwłaszcza, gdy przeżyją wielki jedyny absolutny zawód miłosny – szydził. - Wtedy ta morderczyni, twoja matka, dostałaby to, na co sobie zasłużyła. Dziewiętnaście lat temu pracowała jako wolontariuszka w szpitalu psychiatrycznym. Przychodziła do nas codziennie, bo ojciec jeździł na wózku. Zabierała go na spacery, przygotowywała posiłki. Całkowicie go od siebie uzależniła. A pewnego dnia zaszlachtowała jak psa. Potem zabiła mnie.
- Ttt..ty jesteś duchem! - wyjąkała Arletta. - To naprawdę jest twój akt zgonu! Dlatego byłeś taki zimny, dlatego znikałeś nad ranem… - kolejne elementy zagadki układały się w logiczną całość - Ale ja cię kocham…
- Ech, jesteś głupsza niż myślałem. Skoro tak bardzo mnie kochasz, udowodnij to. - Karol nagle ruszył w stronę Arletty. Jego ponury wzrok zapowiadał najgorsze.
- Zostaw ją w spokoju, ty psycholu! - złapałam przyjaciółkę za rękę i pociągnęłam za sobą. Wybiegłyśmy z domu wprost na ulicę. Arletta wyrywała się z mojego uścisku, aż w końcu udało jej się oswobodzić.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam na nią. - W twoim domu siedzi jakiś wariat i tylko czeka, żeby nas dopaść i ukatrupić! Rusz się! Arletta wbiła wzrok w ziemię i milczała. Potrząsnęłam nią kilka razy, ale przyjaciółka jakby wrosła w ziemię. Straciła kontakt z rzeczywistością. Tylko tego brakowało.
- Kochanie, wróć do mnie! - usłyszałam głos Karola. Arletta ocknęła się i spojrzała w stronę swojego domu. Upiorny chłopak stał w drzwiach wejściowych, a na jego twarzy widniał smutek pomieszany czułością. - Przepraszam! Teraz wiem, że jesteś dla mnie najważniejsza! Nie powinienem był mówić tego wszystkiego… Wybacz mi! Tylko ciebie potrzebuję… Kocham cię! Przyjaciółka rozpromieniła się i powoli ruszyła w stronę Karola.
- Ani mi się waż! Stój! - próbowałam ją powstrzymać, ale była silniejsza. Jakby wstąpiła w nią jakaś nadludzka siła. Bez zastanowienia pobiegła wprost w jego ramiona… do grobu. Rozległ się pisk opon. Arletta przekoziołkowała przez maskę i wyleciała w powietrze. Upadła kilka metrów za samochodem. Samochodem swojej matki.
- Arletta!!!! - kobieta wyskoczyła z samochodu jak z procy. - Dziecko, kochanie moje…. Jezu! - próbowała objąć córkę, ale jej powyginane we wszystkie strony ciało na to nie pozwoliło.
- Wiem… o… wszystkim… - wycharczała Arletta, dławiąc się krwią. - Zabiłaś ich… Karola… ojca…
- O czym ty mówisz? - zapytała zdezorientowana matka.
- Znalazłyśmy dokumenty, akty zgonu. - wyjaśniłam po tym, jak wezwałam pogotowie. Nie wiem, jakim cudem wtedy zdołałam opanować głos. Widok Arletty rozciągniętej na asfalcie jak jakaś rozpaćkana mucha… Jej zmasakrowana twarz… Do dziś śnią mi się w koszmarach.
Parę minut później przyjechała karetka. Gdy już umieścili Arlettę na noszach, na ulicy została tylko duża plama krwi. Pojechałyśmy z jej mamą prosto do szpitala. Po drodze długo i chaotycznie tłumaczyłam, w jaki sposób poznałyśmy historię jej przeszłości. Stan Arli był krytyczny, ale po dwóch godzinach od operacji na chwilę odzyskała przytomność.
-Arletko, to moja wina.. Powinnam była ci powiedzieć. To wszystko, co o mnie myślisz, to nieprawda...
- Przes...tań kła...mać – wyszeptała osłabionym głosem. - Dla…cze...go ich... za...biłaś?
- Nikogo nie zabiłam! - zaprotestowała zapłakana kobieta. - To było jeszcze zanim poznałam twojego tatę. Związałam się z Ryszardem, ojcem Karola, po tym, jak poznałam go podczas pracy w szpitalu psychiatrycznym. Nigdy, przysięgam, nigdy nie przeszkadzało mi to, że jeździł na wózku ani to, że leczył się na depresję. Rozumiałam go, wspierałam, kochałam. Jego stan się poprawiał. Okazało się, Karol także był chory psychicznie. Na początku nie wiedziałam o tym. Robiłam wszystko, żeby mnie polubił. W końcu zaczął mnie szantażować, a ja, żeby nie obciążać Ryszarda dodatkowymi problemami, zgadzałam się na wszystko… - na chwilę zawiesiła głos, jakby starając się odświeżyć bolesne wspomnienia. - Znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie. Wyładowywał całą swoją złość. Nigdy nie powiedziałam o tym jego ojcu. Pewnego dnia, po powrocie z pracy, zastałam Ryszarda martwego. Leżał zakrwawiony na podłodze w łazience. Natychmiast stamtąd uciekłam. Wiedziałam, że to był Karol... Zadzwoniłam na policję. Niestety, zanim przyjechali, Karol podciął sobie żyły. Długo po tym sama musiałam się leczyć. Gryzły mnie wyrzuty sumienia, cierpiałam na stany lękowe, miałam myśli samobójcze. Po roku terapii poznałam twojego ojca, urodziłaś się ty i..
- Nie… kłam… - żyły na twarzy Arletty zaczęły pulsować, a jej twarz wykrzywił grymas bólu. W jej oczach dostrzegłam szaleństwo.
Chciałam stamtąd jak najszybciej wyjść. Czułam, że sama tracę rozum. Czy Arletta naprawdę zwariowała przez psychicznie chorego… ducha? Który za życia znęcał się nad jej matką, po śmierci wrócił po Arlettę? To brzmiało jak jakiś obłęd.
Nagle stan Arletty pogorszył się. Ekipa pielęgniarzy błyskawicznie przetransportowała moją przyjaciółkę na salę operacyjną. Rozhisteryzowaną mamę przyjaciółki zaprowadzono do osobnego pomieszczenia. Ja czekałam na korytarzu. Lekarze długo walczyli o życie Arletty. Niestety, przegrali…
- Przykro nam, robiliśmy co w naszej mocy… - ze względu na stan mamy Arletty, to ja pierwsza dowiedziałam się o śmierci Arli.
Gdy pielęgniarki przewoziły jej ciało do szpitalnej kostnicy, podeszłam do łóżka i delikatnie uścisnęłam bezwiednie zwisającą rękę. Była przeraźliwie zimna i sztywna. Poprosiłam o chwilę na pożegnanie przyjaciółki. Zostałyśmy same.
- Arli… Coś ty najlepszego nawyprawiała…. - zaszlochałam w jej dłoń.
Nagle jej oczy otworzyły się. Zaszłe bielmem źrenice odnalazły mój wzrok. Myślałam, że stracę przytomność. Zanim moje ciało zdecydowało się jakoś zareagować na ten cud, z ust Arletty wydobył się zachrypiały głos.
- Mama, moja kochana mama… Zawsze była dla mnie kimś wyjątkowym, najcudowniejszą przyjaciółką... Zastępowała mi tatę, była wszystkim… Boże, tak bardzo myliłam się.. Przez osiemnaście lat żyłam w błędzie! Ale z nim będę naprawdę szczęśliwa. Dzięki niemu przejrzałam na oczy… Mam nadzieję, że ty też kiedyś poznasz to uczucie, Mel… Jak to jest kochać do szaleństwa. - jej usta wykrzywił upiorny uśmiech. Po chwili zamknęła powieki i zastygła w bezruchu.
Roztrzęsiona patrzyłam, jak siostry zabierają Arlettę w dalszą podróż.
- Chryste, co to było? - pytałam samą siebie, wspierając dłonie na parapecie szpitalnego okna, by nie upaść. Czułam się wykończona wydarzeniami ostatnich dni. Przykucnęłam w kącie korytarza i zasnęłam.
Pogrzeb Arli odbył się trzy dni później. Jej twarz, pokryta szwami i grubą warstwą pudru, przypominała maskę, ale włosy nadal pozostały jasnozłote niczym zboże. Pożegnałam ją z uśmiechem, życząc jej szczęścia gdzieś tam, gdzie obecnie przebywała. Tak bardzo na nie zasługiwała. Jeszcze raz przypomniałam sobie jej ostatnie słowa.
- Nigdy, Arli… - wyszeptałam – nigdy…
