Recenzja "Bitwy Warszawskiej"

Film „1920 Bitwa Warszawska”, opowiada historię konfliktu polsko-bolszewickiego. Głównym bohaterem jest grany przez Borysa Szyca, poeta Jan Krynicki, zwerbowany do Wojska Polskiego. Przez wiele zbiegów okoliczności i łutowi szczęścia, odwiedzi obozy trzech stronnictw: polskiego, bolszewickiego i ukraińskiego, poznając oblicza i znaczenie wojny z różnych stron konfliktu. Nie mniej ważnymi postaciami są: grany przez Daniela Olbrychskiego Marszałek Józef Piłsudski, oraz Aleksandra Raniewska - narzeczona Jana, w rolę, której wcieliła się Natasza Urbańska.

Film „1920 Bitwa Warszawska”, opowiada historię konfliktu polsko-bolszewickiego. Głównym bohaterem jest grany przez Borysa Szyca, poeta Jan Krynicki, zwerbowany do Wojska Polskiego. Przez wiele zbiegów okoliczności i łutowi szczęścia, odwiedzi obozy trzech stronnictw: polskiego, bolszewickiego i ukraińskiego, poznając oblicza i znaczenie wojny z różnych stron konfliktu. Nie mniej ważnymi postaciami są: grany przez Daniela Olbrychskiego Marszałek Józef Piłsudski, oraz Aleksandra Raniewska - narzeczona Jana, w rolę, której wcieliła się Natasza Urbańska. Reżyserem i scenarzystą „1920 Bitwa Warszawska” jest Jerzy Hoffman, znany z reżyserii „Trylogii”. Gra aktorska jest bardzo nierówna, szczególnie gdy obok świetnych aktorów, tj. Borys Szyc, Daniel Olbrychski, czy Bogusław Linda stają ludzie, którzy z aktorstwem nie mają nic wspólnego. Taką właśnie osobą jest Natasza Urbańska, moim zdaniem najsłabszy element filmu. Uważam, iż swą rolę grała bardzo źle. Była zbyt sztywna, straszliwie sztuczna i flegmatyczna. Tu można wspomnieć o karykaturalnej scenie, gdy postać grana przez Urbańską, dziesiątkowała oddział bolszewicki za pomocą CKM’u. Podczas gdy Borys Szyc grał swoją rolę bardzo dobrze, najbardziej spodobała mi się kreacja Andrzeja Ferencego – grającego postać Czekisty komisarza Bykowskiego. Jest to postać, która budzi skrajne emocje – od niechęci, aż po sympatię. W oczy kłuje nienajlepszy dobór aktorów do postaci historycznych. Sęk tkwi w tym, iż kompletnie nie przypominają odgrywanych przez siebie postaci, co kończy się na tym, że rozpoznajemy ich najwyżej po fryzurze, specyficznym zaroście, czy znanymi cytatami; przykładem tego mogą być postaci Stalina, bądź Lenina. „1920 Bitwa Warszawska” jest filmem bardzo poprawnym politycznie i korzystającym ze stereotypów. Polscy oficerowie przedstawieni jako uosobienie cnoty, dumy i kultury; komuniści jako bezrozumne, krwiożercze bestie i Kozacy Zaporoscy – pełni gracji, kultury; a to wszystko w patriotycznej otoczce, która sprawia, iż czujemy się dumni ze swojego narodu. Owszem, pojawia się kilka wyjątków, jak np. nieszczęsny kapitan – zalotnik z baru, lecz stanowią one element humorystyczny, przez co tylko potwierdzają regułę. Bardzo na siłę zrobiona moim zdaniem jest historia głównych bohaterów, których z tarapatów co chwilę wyciągał jakiś zbieg okoliczności. Po pewnym czasie robiło się to lekko irytujące. Także zakończenie nie sprawia satysfakcji, i choć nie zdradzę go, to uważam, iż nie pasuje do filmu, przez swój brak realizmu. „1920 Bitwa Warszawska” potrafi jednak wciągnąć wartką akcją i różnorodnością, co sprawia, iż film nie robi się nudny. Efekty specjalne zasługują na prawdziwe uznanie – zrobione są na miarę wielkich produkcji z Hollywood. Świetnie oddano realizm eksplozji, wystrzałów, oraz wojenny klimat grozy i niepewności. Moim zdaniem, jednak film jest zbyt brutalny jak na kategorię wiekową „12+”. Bez ugrzecznień pokazano strzelanie w głowy z bliskiej odległości, poodrywane kończyny, wnętrzności i scenę z odcinaniem ręki piłką chirurgiczną – niczym wisienkę, na tym jakże krwawym torcie. Co jakiś czas zastanawiałem się, czy aby Quentin Tarantino nie przykładał ręki do tworzenia dzieła. Podobieństwa, na brutalnych scenach się nie kończyły, gdyż twórcy filmu nie bali się korzystać z bardzo wyszukanych wulgaryzmów, które zawstydziłyby niejednego dzisiejszego „dresiarza”. Niekonwencjonalne słownictwo używane było często w absurdalnych sytuacjach, co budziło salwy śmiechu. Tu chciałbym wspomnieć o ciekawie wplecionym w całość czarnym humorze. Trudno się nie uśmiechnąć słysząc niektóre hasła antykomunistyczne, bądź specyficzne dialogi i cytaty będące kompletnie nie na miejscu. Podobnie mieszane uczucia mam do muzyki. Instrumentalne podkreślenie bitew i dramatycznych przebiegów akcji, zasługuje na pochwałę, czego nie można powiedzieć o solowych występach Urbańskiej w rewiach. Od utworów w jej wykonaniu trącało tandetą, były topornie wykonane i słabo pasowały do filmu, co sprawiało, iż zastanawiałem się, po co reżyser w ogóle umieścił je w swym dziele. Mimo wszystkich powyższych wad, to wciąż kawał porządnego kina, w którym aż chce się zatracić, poczuć klimat grozy bitewnej, gwizd kul przy uszach i tętet kopyt husarskich koni. Podsumowując, film nie spełni oczekiwań ludzi nastawionych na precyzyjną prawdę historyczną, ani romans na miarę „Tytanica”. Uznałbym go bardziej jako krzyżówkę „Ogniem i Mieczem”, „Szeregowiec Ryan” i „Bękarty Wojny”. „1920 Bitwa Warszawska” ma swoje mocne i słabe strony, lecz choćby z patriotycznego obowiązku warto go obejrzeć.