Pamiętnik Kolumba

" Pamiętnik Kolumba " 8 sierpnia 1492 Już pięć dni mija od wypłynięcia Santa Maria z portu. Podczas tego niezwykle krótkiego okresu ster złamał się dwukrotnie. Okazało się, że wymiany wymaga cały układ sterujący. Słońce tego dnia tak pięknie świeciło unosząc się na bezchmurnym niebie. Nic nie zapowiadało, że zdążyć może się coś złego. Cała załoga wiwatowała po naprawieniu łodzi. Ja również byłem uradowany. Bardzo dobrze znałem te wody. Każdej nocy wyobrażałem sobie powrót do domu z mnóstwem cennych przypraw oraz metali szlachetnych.

" Pamiętnik Kolumba "

8 sierpnia 1492 Już pięć dni mija od wypłynięcia Santa Maria z portu. Podczas tego niezwykle krótkiego okresu ster złamał się dwukrotnie. Okazało się, że wymiany wymaga cały układ sterujący. Słońce tego dnia tak pięknie świeciło unosząc się na bezchmurnym niebie. Nic nie zapowiadało, że zdążyć może się coś złego. Cała załoga wiwatowała po naprawieniu łodzi. Ja również byłem uradowany. Bardzo dobrze znałem te wody. Każdej nocy wyobrażałem sobie powrót do domu z mnóstwem cennych przypraw oraz metali szlachetnych. Chciałem ujrzeć ten podziw w oczach ludzi czekających na mój powrót. Chyba bardziej zależy mi na ich opinii niż na własnych dokonaniach. Indie to mój największy cel. Wiem jedno, na pewno się nie poddam .

19 sierpnia 1492 Kolejny dzień rozczarowania. Nie tylko siebie, ale i całej mojej załogi. Nawet nie potrafię spojrzeć im prosto w oczy. Nie chcę widzieć tych łez, tego zrezygnowania i całkowitego wypalenia. Nie potrafi. Kolejna godzina, kolejna minuta zero odzewu majtka z kadłubu. Ciągłe czekanie doprowadza mnie do szału. Powoli wątpię w słuszność mojej wyprawy. Jednak nie mogę się poddać, nie teraz kiedy moja załoga potrzebuję mnie najbardziej. Nie mogę.

28 sierpnia 1492 Dziś obudziło mnie ćwierkanie ptaka. Bez zastanowienia ruszyłem na przedni kadłub San Mario. Ląd tak długo wyczekiwany ląd. Ile bym dał by znowu poczuć piasek pod stopami. Od razu obraliśmy ster na wyspę. Jeszcze tylko kilka minut, tak strasznie dłużących się minut. Gdy statek zacumował przy brzegu wszyscy uradowani opuścili burtę. Wiele osób klękało na rozgrzanym piasku nie kryjąc swojego zadowolenia. Zachowywali się tak beztrosko jak dzieci po otrzymaniu wymarzonego prezentu. Po kilku godzinach spędzonych na rozpakowywaniu i uzupełniania zapasów postanowiliśmy udać się na zasłużony odpoczynek. Na niebie zbierały się już ciemne chmury, słońce powoli zachodziło. To był bardzo intensywny dzień jednak dzięki niemu odzyskałem powoli wypalającą się nadzieje.

30 sierpnia 1492 Szczęście nie trwało długo. Właśnie wróciłem z poszukiwania dwóch członków załogi, zaginęli wczoraj wieczorem. Dziś jedynie odnalazłem ich porzucone w lesie ciała. Bezwładne, rozszarpane przez dzikie zwierze ciała. Wszyscy bardzo przeżywają tą stratę. Ja również jestem zdruzgotany. Jeszcze parę godzin przed tym zdarzeniem wspólnie piliśmy i jedliśmy. Nic nie wskazywało na taki obrót sprawy. Myślałem, że tej nocy już nic mnie nie zadziwi. Jednak prawdopodobnie poznałem sprawcę tego wydarzenie. Ogromny wilk obserwujący nasz obóz od paru godzin. Prawdopodobnie szukał kolejnej zdobyczy. Gdybym tylko mógł go zabić i pomścić jego ofiary. Jednak broń stała za daleko, a sam sprawca uciekł w głąb puszczy od razu gdy zauważył, że się mu przyglądam. Bardzo zdziwiło mnie jego zachowanie i fakt, że mnie nie zaatakował. Jednak najdziwniejsze były jego kasztanowe oczy, które tak wyraźnie świeciły w ciemnościach. Mam nadzieje, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.

2 września 1492 Tego dnia nie wydarzyło się nic szczególnego, mam nawet wrażenie, że duża część osób zapomniała o śmierci swoich kolegów. Smutne. Jednak ja nie zapomniałem i nadal rozpamiętywałem tą tragedie. Nawet praca, którą byłem tak pochłonięty nie pomagała. Cały czas widziałem te poszarpane ciała. Najgorsze jest to, że cały obóz jest zagrożony, a ja nie mogę nic zrobić. Znowu.

4 września 1492 Dzisiejszy dzień jest jednym z najbardziej nieprawdopodobnych dni mojego całego życia. Dowiedziałem się o istnieniu stworzenia o którym nigdy wcześniej nic nie wiedziałem. Był to jeden z tubylców. Na początku wydawało mi się, że to normalny człowiek jednak gdy zobaczyłem jego oczy zamarłem. Były identyczne jak u wilka, który przyglądał się naszemu obozowi. Przeszywały mnie z góry na dół nie odrywając ode mnie wzroku. Nikt z nas się nie poruszył. Nikt nie miał odwagi. Ze skupienia wyrwał mnie odgłos strzałów. Postać z naprzeciwka gniewnie się na mnie spojrzała po czym ruszyła w głąb lasu. Nie myśląc długo ruszyłem za nią w pościg i to co zobaczyłem utkwiło mi w pamięci do teraz. Człowiek po usłyszeniu strzałów zamienił się w wilka by bronić swoich terenów przed najazdem obcych. Najprawdopodobniej to on zabił dwóch moich ludzi. Szybko wróciłem by ostrzec resztę załogi lecz to co zastałem odbiegało od najstraszniejszego scenariusza jaki mogłem sobie kiedykolwiek wyobrazić. Zabite ciała leżały na całym wybrzeżu. Reszta osób była ranna lub chowała się w zaroślach. Znowu zawiodłem, gdybym tylko mógł cofnąć czas i zaraz po zaginięciu części mojej załogi opuścić wyspę. Jeden z majtków podszedł i pośpiesznie opowiedział mi co się przytrafiło. Tubylcy przyszli kilka godzin temu oświadczając, że to ich wyspa i nie mamy prawa tu przebywać. Jednak nie potraktowano ich poważnie. Sądzili, że nie są dużym zagrożeniem. Mylili się i to bardzo. Zaraz po okazaniu braku szacunku wobec wodza, mężczyźni zamienili się w wilki i rozszarpali połowę mojej załogi. Innym pozwolili żyć, aby mogli opowiedzieć o sile i możliwościach tego plemienia. Pośpiesznie zebrałem resztę osób i udałem się na statek w celu odpłynięcia z tej przeklętej wyspy. Moja noga już nigdy na niej nie postanie.

4 grudnia 1492 Minęły już trzy miesiące, a ja nadal mam przed oczami widok nieżywych ciał. Jednak najbardziej bałem spojrzeć się w oczy rodziną zamordowanych. Już nie wiem co jest gorsze. Ich ból doprowadza mnie do szału. Nie potrafię sobie z nim poradzić. Również nie sypiam dobrze. Co noc śni mi się postać z kasztanowymi oczami, która rozszarpuje moje ciało kawałek po kawałku. Myślę, że jest to swego rodzaju przestroga, aby nikt nie zakłócał im spokoju. Ja na pewno nie będę. Od przypłynięcia ani razu nie udałem się w choć najkrótszy rejs i nie wiem czy kiedykolwiek zdołam to zrobić. Tą wyspę nazwałem San Salvador, aby dusze zmarłych tam osób zostały zbawione.