LOLommlm;

W baraku „lesorubów” miałem znajomego Kozaka znad Donu, Pamfiłowa, który zwykł czytywać mi w święta listy od syna. Powstała z nich barwna historia – tym ciekawsza, że w połowie roku 1941 znalazła w obozie swój nieoczekiwany epilog. Stary Kozak miał syna w Czerwonej Armii, młodego lejtnanta wojsk pancernych, którego fotografia stała w baraku w posrebrzanych ramkach obok pryczy ojca. O losach samego Pamfiłowa wiedziałem tylko tyle, że w roku 1934 kolektywizacja pozbawiła go dużego gospodarstwa nad Donem i wymiotła go na tak zwane wolne przesiedlenie na Syberię, gdzie pracował jako instruktor rolny do roku 1937, do dnia aresztowania.

W baraku „lesorubów” miałem znajomego Kozaka znad Donu, Pamfiłowa, który zwykł czytywać mi w święta listy od syna. Powstała z nich barwna historia – tym ciekawsza, że w połowie roku 1941 znalazła w obozie swój nieoczekiwany epilog. Stary Kozak miał syna w Czerwonej Armii, młodego lejtnanta wojsk pancernych, którego fotografia stała w baraku w posrebrzanych ramkach obok pryczy ojca. O losach samego Pamfiłowa wiedziałem tylko tyle, że w roku 1934 kolektywizacja pozbawiła go dużego gospodarstwa nad Donem i wymiotła go na tak zwane wolne przesiedlenie na Syberię, gdzie pracował jako instruktor rolny do roku 1937, do dnia aresztowania. Na Syberii umarła mu zona, a jedynego syna zabrano w wieku lat 18 do wojska. Był to prawdziwy „kułak” z gatunku tych, jakich mało już dziś spotyka się w Rosji: uparty, hardy, skąpy, nieufny i pracowity, nienawidzący z całego serca kołchozów, pełen pogardy i nienawiści do urządzeń sowieckich, przywiązany nieludzko do wspomnień o posiadanej niegdyś ziemi. Mimo to pracował w brygadzie jak mało który więzień, z takim oddaniem i zawziętością, jak gdyby karczował własny las. W obozie stawiano go często za wzór, zapominając, że tajemnica jego pracowitości tkwiła w dwóch rzadkich cechach: miał nieprawdopodobnie silny organizm – sękate, żylaste ciało obciągnięte skórą, od której odbijał się puszczony z góry nóż, zdawało się być wyciosane z najtwardszego dębu – i chciał jeszcze przed śmiercią zobaczyć syna. Pamfiłow kochał młodego Saszę miłością zupełnie zwierzęcą. Często po pracy kładł się na pryczy, wpatrywał się godzinami w stojącą obok fotografię, dotykając jej przekrzywionymi ze starości palcami, i wkładał w swój wzrok tyle zapamiętania i tęsknoty, że trącony znienacka budził się jak z głębokiego snu. Tłumiąc przyrodzoną nieufność, Pamfiłow wierzył głęboko, że uczciwą pracą zasłuży sobie w końcu na „swidanije” z synem. Tego przywiązania nie osłabiał nawet fakt, że nie spotykało się ono z pełną wzajemnością. Listy Saszy – które znaliśmy prawie na pamięć, bo stary Pamfiłow odczytywał je nam po kilkanaście razy – były krótkie, powściągliwe i bystrym słuchaczom mogły przywodzić na myśl fragmenty z „politgramoty”. Sasza cieszył się, że ojciec jest zdrów i pracuje, donosił o postępach w karierze wojskowej, wtrącał parę uwag na temat szczęśliwego życia w Związku Sowieckim i polecał ojca sprawiedliwości wyroków „naszej socjalistycznej ojczyzny”. Stary Pamfiłow czytał wolno pierwszy i drugi ustęp, przebiegał z nutą irytacji w głosie przez trz